Szczęście to decyzja

„Chodzi o to, aby wybrać bycie szczęśliwą w danej chwili i to bez względu na okoliczności. Aby o tym, jak się czuję, nie decydowały chwilowe sukcesy czy fakt, że kupiłam piękne buty”.

Z Pauliną Młynarską, dziennikarką, rozmawia Barbara Jagas


Mówi pani publicznie o swojej tendencji do depresji.


Nie nazwałabym tego „tendencją”, ja po prostu, od czasu do czasu, choruję na depresję. Wiele osób popełnia błąd, lekceważąc jej objawy i na przykład lecząc się środkami ziołowymi na bazie dziurawca. Od wielu lekarzy specjalistów wiem, że są one mało skuteczne. Najlepiej zdecydować się na wizytę u psychiatry, który dobierze odpowiednie antydepresanty. To żaden wstyd.


A czy stosuje pani jakąś profi laktykę?


Depresji można zapobiec? Nie znam takich metod.


Ja na przykład, mając tendencję do spadku energii jesienią i zimą, staram się bardziej dbać o formę fi zyczną: biegam, ćwiczę, chodzę na basen. Wszystko po to, aby się nie dać smutkom i melancholii.


Ja postępuję podobnie, aby lepiej sobie radzić, tyle że w moim przypadku to depresja. Ale tak, dbam bardzo o higienę życia.


Jak wygląda pani dzień?


Codziennie rano biegam 4-5 kilometrów, co zabiera pół godziny. Potem przez 20 minut ćwiczę jogę, są to ćwiczenia rozciągające, znoszące bóle pleców wynikające z usztywnień ciała. Mam po tym wszystkim miłe uczucie, że jestem zdrowa i sprawna. Regularnie medytuję, a to z kolei działa jak tłok, który wyrzuca na powierzchnię niepotrzebne myśli. Osoby medytujące, tak jak ja, szybciej zauważają, że coś niedobrego zaczyna się dziać. I mogą w związku z tym od razu zareagować, nie dopuszczając do „rozkręcenia” się depresji. Ja od razu sięgam po leki lub kontaktuję się ze swoim terapeutą. Najgorszym wyjściem jest znieczulanie się przy pomocy alkoholu lub narkotyków, to daje tylko chwilową ulgę, potem depresja jeszcze bardziej się nasila.


Ludzie boją się leków...


Mnie antydepresanty bardzo pomagają, dzięki nim mogę normalnie funkcjonować. Obecnie jest duży wybór tych środków, można je dobrać indywidualnie i prawie nie dają skutków ubocznych.


Poznała pani trochę osób z depresją.


Tak, ludzie zgłaszają się do mnie, prosząc o radę, ponieważ się ze swoją chorobą nie kryję, piszę o niej nawet w swojej książce „Na błędach! Poradnik-odradnik”.


To książka nie tylko szczerze opowiadająca o pani wzlotach i upadkach, ale dająca dobrą energię.


Dziękuję bardzo.


Co pani radzi osobom z depresją?


Zawsze mówię, że nie ma lepszej metody niż zgłoszenie się do psychiatry i ustalenie leczenia, a także pójście na psychoterapię. Wiele kobiet z depresją, które do mnie piszą, jest w związkach z alkoholikami. Takim osobom radzę, aby udały się na otwarty miting AA, gdzie na pewno dostaną wsparcie, mogą też poszukać od razu mitingów Al-Anon – dla rodzin osób uzależnionych. W Polsce za mało się z tej formy pomocy korzysta, a przecież tego typu wspólnoty działają już wszędzie, nawet w małych miasteczkach, a udział w nich jest bezpłatny.


Osoby, które przeszły depresję, często mówią, że są jej wdzięczne. Czy z panią jest podobnie?


Ja znalazłam na dnie piekieł depresyjnych prawdziwe skarby...


Może pani o nich opowiedzieć?


Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo są zbyt osobiste. Powiem tylko tyle, że dzięki depresji rozwinęłam się, a moje życie osiągnęło inną, nową jakość. Jednak wcześniej musiałam pójść na terapię i tam poszukać odpowiedzi na pytanie: jaki mam wpływ na to, co mi się przydarza w życiu.


I co?


Dzięki swoim poszukiwaniom doszłam do bardzo konkretnego wniosku: że szczęście jest decyzją.


Jak to?


Tak, decyzją, którą sama podejmuję – nawet wbrew przeciwnościom i będąc w złym stanie. Chodzi o to, aby wybrać bycie szczęśliwą w danej chwili i to bez względu na okoliczności. Aby o tym, jak się czuję, nie decydowały chwilowe sukcesy czy fakt, że kupiłam piękne buty. Mnie depresja nie raz dopadała w pięknych i malowniczych okolicznościach – ostatnio w Birmie, gdzie byłam w ubiegłym roku. Pojechałam tam po radość, bo uwielbiam dziką przyrodę, a tymczasem dopadła mnie pustka.


Tak ni stąd, ni zowąd?


Nawet nie wiem kiedy.


I co pani zrobiła?


Wróciłam do Polski i zgłosiłam się na psychoterapię. Szybko zrozumiałam, dlaczego depresja w tym momencie do mnie wróciła.


Chodzi o wyzwalacze?


Kiedy się siebie zrozumie, łatwiej uniknąć wkręcania się w złe stany. Ale też zaczęłam bardziej systematycznie medytować. Medytacja to czas, w którym mózg odpoczywa. Pół godziny dziennie i umysł się uspokaja, nie podąża za myślami, ani ich nie produkuje. Potem jestem odświeżona, odprężona i mogę spojrzeć na wszystko z lotu ptaka.


To rzeczywiście wspaniała higiena dla umysłu.


Prawie wszyscy mamy tendencję, żeby się wkręcać w różne rzeczy. A dzięki medytacji zyskujemy chwilę spokoju. Dzięki pracy nad sobą odkryłam również, że mi nie służą duże emocje. Kiedyś ich poszukiwałam, upatrując w nich smaku życia. Dzisiaj wiem, że uległam fetyszyzowaniu emocji, co jest typowe dla naszej kultury. Te wszystkie moje zakochania, śluby i rozwody, a także niezliczone przeprowadzki temu służyły – podkręcaniu emocji. Dziś jestem na to bardziej wyczulona i staram się już tak im nie ulegać. Pomaga mi w tym codzienna medytacja.


Wiem, że lubi pani podróżować, przeczytałam o tym w pani książce.


Podróże dają mi wytchnienie od siebie i zwykłego życia. Ale też zobaczyłam, że nie wszędzie ludzie są tak emocjonalni jak my. Na przykład w Laosie, gdzie króluje odmiana buddyzmu bliska stoicyzmowi, ludzie są bardzo wyciszeni. Publiczne ujawnianie emocji i nadmierne przeżywanie wszystkiego jest tam źle widziane. Zupełnie odwrotnie niż w sąsiedniej Birmie, gdzie z kolei ludzie są hałaśliwi jak Włosi. W Laosie podeszłam do jednego staruszka handlującego prażonymi orzechami i go zagadnęłam: „A jak pan tak na nas, białasów, patrzy, to co pan widzi? Czym się różnimy od was?”.


I co odpowiedział?


„Jesteście zbyt emocjonalni” – rzekł. „Najpierw się kłócicie, a za chwilę kochacie, to znów krzyczycie, płaczecie, a za moment już się śmiejecie... Nie rozumiem tego”. Wiedziałam, o czym mówi, mieszkańcy Laosu są zupełnie inni. Kiedyś jechałam przez kilkanaście godzin autobusem i dopiero pod koniec drogi spostrzegłam ze zdumieniem, że dwa fotele dalej siedzi rodzina z małym dzieckiem. Nawet nie zapłakało. Było wyciszone spokojem matki. Natomiast rozmowa z tamtym dziadkiem zapadła mi w pamięć i stała się dla mnie wskazówką, by wyciszyć emocje. Potrzebowałam tego w tamtym okresie, bo przeżywałam wtedy wielką miłość…


Opisuje to pani w swojej książce.


Także swoje rozterki. Spotkałam fantastycznego mężczyznę, który mieszka na drugim końcu świata, w Australii. Spotykaliśmy się w różnych miejscach na świecie i tak to trwało przez trzy lata. Emocjonalnie było dla mnie dość wyczerpujące. Jak można ze sobą być na odległość – kiedy ja mieszkam w Kościelisku, a Simon w Adelajdzie? W końcu zdecydowaliśmy się na zakończenie tego związku. Moje koleżanki się dziwiły, jak mogłam zrezygnować z tak wielkiej miłości.


A zrezygnowała pani?


Nie, w jakimś stopniu będę zawsze kochała Simona. Ale podjęłam na chłodno taką decyzję. Przecież taki układ nie miał sensu na dłuższą metę. Zrozumiałam to, gdy wichura zerwała mi dach w Kościelisku. Okazało się wtedy, że jestem sama.

Sporo pani podróżuje i jeździ sama w egzotyczne zakątki. Nie boi się pani?


Po krajach arabskich i Indiach jeżdżę w hidżabie, muzułmańskiej chuście, by zasłonić jasne włosy, wkładam też ciemne okulary, a także koszule z długim rękawem. I nic wypasionego nie mam przy sobie. Robię wszystko, aby wtopić się w tłum. Wtedy czuję się bezpiecznie. Ale raz w Birmie poszłam na plażę w kostiumie i zwróciłam uwagę dwóch mnichów buddyjskich, zresztą bardzo przystojnych. Zapragnęli się ze mną sfotografować. Komiczne to było - babka w bikini i dwóch mnichów.


Samotne podróżowanie zapewne jest trudne?


Odwrotnie, jest łatwiejsze. Solo można więcej zobaczyć, skupić się na tym, co nas interesuje.


Myślę podobnie. Ale czy nie ma pani potrzeby dzielenia się z kimś wrażeniami? Samotność nie dokucza?


Czasem dokucza. Ale czy w normalnym w życiu nie bywamy samotni, chociaż jesteśmy wśród ludzi? Nierzadko towarzystwo jest męczące, gdy ktoś za dużo mówi albo narzeka. To już lepiej być samemu. A znaleźć dobrego partnera do wspólnej drogi nie jest łatwo. Ludzie przecież różnych rzeczy oczekują po podróży. Poza tym ja na ogół na takich wyprawach jestem osobą bardziej doświadczoną i mam tendencję do brania odpowiedzialności za drugą osobę. A to jest dla mnie niekomfortowa sytuacja.


Zwłaszcza gdy obok siedzi królewna.


Nie tylko o to chodzi. Moją towarzyszką lub towarzyszem podróży powinna być osoba otwarta, dla której sama droga jest istotą rzeczy, a nie cel. Dam przykład. Z moją najbliższą przyjaciółką Beatą Sabałą znamy się 15 lat, napisałyśmy razem dwie książki i niemal prowadzimy wspólne gospodarstwo. Nie byłyśmy jednak dotąd na wspólnej wyprawie, tylko na wakacjach w Grecji. I w tym roku postanowiłyśmy pojechać w katalońskie Pireneje i przy okazji odwiedzić Fiolkę Najdenowicz, która tam mieszka. Mnie zależało, aby sobie pojeździć po tych uroczych małych górskich wioskach, a moja przyjaciółka nie mogła się doczekać, kiedy znajdziemy się u Fiolki. Ciągle pytała, kiedy będziemy na miejscu. Ja w ogóle o tym nie myślałam, cieszyłam się samym podróżowaniem. Pamiętam, że był taki moment, że gdzieś spóźnił się autobus i trzeba było czekać na następny pół dnia, bo była niedziela, a miejscowość niewielka. Dla mnie to nic nowego, jestem przyzwyczajona do różnych niedogodności, zwykle wtedy siadam z książką na swoim tobołku i czytam lub obserwuję ludzi i z nimi rozmawiam, innym razem idę obejrzeć miejscowy kościółek. Natomiast Beata okropnie się niecierpliwiła tą sytuacją. Dla niej to był czas stracony. Powiedziałam wtedy: „Beata, lepiej nie jedź ze mną do Azji”. A przecież to bardzo bliska mi osoba.


Nie każdy jest podróżnikiem, chociaż ludzie lubią podróżować.


Dlatego należy sobie wcześniej odpowiedzieć na pytanie, czego ja oczekuję po tej podróży i upewnić się, czy moja towarzyszka lub towarzysz oczekuje tego samego. Nie ma nic złego w tym, że ktoś nie lubi kurzu i upału, brudnych hoteli i nieprzewidzianych okoliczności. Taka osoba po prostu pojedzie do klimatyzowanego hotelu. Ja w trudach podróży upatruję przyjemności, bo podczas takich wyjazdów spotykam określony gatunek człowieka, który mnie interesuje. Lubię miejsca nieuczęszczane i noclegi w wynajętych pokojach lub gościnę u tubylców. Szukam też przyrody, a przyroda to niewygoda. Jeśli chcę zobaczyć prawdziwą dżunglę, muszę się zdecydować na nocleg w domku na palach, gdzie łażą po mnie robale, a nie w luksusowym hotelu. Ale to jest cena za bycie w raju.


Co panią uszczęśliwia poza podróżami?


Wszystko. Życie samo w sobie.


A konkretnie?


Lubię budzić się rano. Lubię dobre jedzenie, towarzystwo przyjaciół, dobre książki, dobre fi lmy... Ale tak naprawdę źródło radości mam w sobie. A reszta to wisienki na torcie, który jest moim wewnętrznym światem.


Wyznaje pani fi lozofi ę „życia tu i teraz”, ale też nie unika pani planowania przyszłości.


Staram się jak najwięcej czerpać z obecnej chwili, ale nie rezygnuję z marzeń, trzeba przecież wiedzieć, w jakim kierunku się idzie. Jestem osobą pozytywną, wierzę w siebie, ufam sobie i mam w sobie oparcie. Jestem też sobie wierna i staram się dbać o siebie. Ale bez przesady – nie ulegam zbytnio tzw. zdrowemu egoizmowi, który często bywa przykrywką dla zwykłego samolubstwa.

Autor: Barbara Jagas

Komentarze