Szczenięce lata

Roztkliwił mnie fakt, jak to niektórzy aptekarze, zadbali o dzieci w wieku dziecięco-szczenięcym  (a znam takich kilku!), organizując w aptekach „stoiska” dla maluchów: krzesełeczka, stoliczek z klockami, liczydełkami i różnymi innymi układankami, a nawet z … konikiem na biegunach, na którym można się pobujać (…). Naśladownictwo ABSOLUTNIE NIE JEST ZABRONIONE.

Niech mi wybaczy w zaświatach idol moich poczynań pisarskich – Melchior Wańkowicz, wspaniały pisarz i reportażysta – zapożyczenie tytułu jego wczesnej powieści pod takim właśnie tytułem. A mam powód, aby po niego sięgnąć: czerwiec, a konkretnie jego pierwszy dzień – Międzynarodowy Dzień Dziecka, święto wszystkich dzieci na całym świecie (choć obchodzone w różnych terminach: w Polsce i w innych krajach słowiańskich, jak np. Czechy, Słowacja czy Ukraina święto dzieci obchodzone jest 1 czerwca od roku 1952. Jego inicjatorem była organizacja „The Internetional Union for Protection of Childhood”).

Myślę, że to nie tylko święto dla uczczenia naszych maluchów, milusińskich, ale także – jak sądzę – powód dla nas, starych, sięgnięcia pamięcią do czasów, kiedy byliśmy… smykami.

Niejako „podpórką” do wspomnień jest dla mnie słynny film Ingmara Bergmana, znany pod polskim tytułem „Tam, gdzie rosną poziomki” (tytuł szwedzki: Smultrenstallet) z 1957 r. Daleki jestem od szczegółowego opowiedzenia jego treści, która jest bardzo złożona; mogę jedynie nadmienić, że film ten przedstawia podróż profesora Issaka Borga ze Sztokholmu do Lund w celu odebrania tytułu doktora honoris causa. Podróż ta pokonywana jest samochodem, co – między innymi – sprawia, że profesorowi przypominają się dawne lata – sielskie-anielskie, kiedy był dzieckiem. Co więcej, on te dawne zdarzenia widzi… jakby na jawie! Ogląda siebie, kiedy był dzieckiem…


Mnie też udziela się taki nastrój, kiedy patrzę na siebie – w bardzo odległą dziecięco-szczenięcą przeszłość. Dziecięca upłynęła jeszcze przed II wojną światową. Ta szczenięca już w czasie wojny. Ale dzieci „szczeniaczki” nie zawsze zdawały sobie sprawę z tragizmu sytuacji w czasie wojny i miały swój świat zabaw. Najczęściej bawiliśmy się w tzw. „chowanego”: ktoś „krył”, a reszta chowała się po krzakach, za drzewami, w załomach murów domów czy jeszcze gdzieś… Tylko kto miał „kryć”? Na to były „sposoby” w postaci „liczonek” w rodzaju: Entele pentele sigi sioj! Rapete papete gnot! Na kogo wypadł, ten „gnot”, ten „krył”, a reszta chowała się, gdzie tylko mogła. Te „liczonka” w swej treści były bez sensu, ważne było tylko, żeby się rymowało i wskazały tego, co ma „kryć”. Bo były także i sensowne „liczonka”, jak np.: Entliczek pentliczek czerwony guziczek, na kogo wypadnie, na tego bęc. No, i ten „bęc” musiał kryć.

To dla mnie czas dawno przeszły i dokonany. Tego czasu nam nikt już nie zwróci. Pamięcią jednak można (i właściwie należy) do niego sięgać i myśleć, jak to bywało drzewiej. A jednocześnie zastanawiać się nad naszą nieuchronnością losu – drogi życiowej, która powoli zbliża się do końca…

A mimo to warto pamiętać o naszych szczenięcych zabawach, bywało, że nagle przeplecionych zgrozą i przerażonymi oczyma, które patrzyły na trupy rozstrzelanych ludzi wiezionych chłopską furmanką, z której na bruk kapała świeża jeszcze krew (taka „scena” miała miejsce w Żarnowie w pow. opoczyńskim). To było dawno, w latach drugiej wojny światowej. Dziś cieszymy się, że w Europie w swój DZIEŃ dzieci nie muszą oglądać takich obrazów. Z drugiej jednak strony musimy pamiętać, że na świecie, gdzie trwają zmagania wojenne, dzieci żyją inną rzeczywistością. Stąd pytanie: czy w różnych stronach świata, dalekich od Europy, dzieci będą beztrosko obchodzić swoje święto? Naszło mnie, starego, na wspomnienia z lat szczenięcych, fajnych, ale i tragicznych. Dbajmy o to, by „taki czas” więcej się nie powtórzył.

I tak już zupełnie na koniec: roztkliwił mnie fakt, jak to i aptekarze, właściciele aptek (niektórzy, oczywiście), zadbali o dzieci w wieku dziecięco-szczenięcym w swoich aptekach (a znam takich kilku!), organizując w izbach ekspedycyjnych „stoiska” dla maluchów: krzesełeczka, stoliczek z klockami, liczydełkami i różnymi innymi układankami, a nawet z … konikiem na biegunach, na którym można się pobujać. Mamusie (także tatusiowie) mogą spokojnie dokonać zakupu potrzebnych leków, witamin czy dziecięcych odżywek. A widziałem takie sceny, że mamusie po załatwieniu sprawy nie mogły malucha oderwać od pysznej zabawy! Naśladownictwo (tych kilku znanych mi aptekarzy) ABSOLUTNIE NIE JEST ZABRONIONE.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze