Święta z klanem

Przy wigilijnym stole, u Małgorzaty i Pawła Królikowskich, zasiądzie około dwudziestu osób. Tylko najbliższa rodzina. Już po raz trzeci gospodyni w nadzienie jednego z pierogów wklei pieniążek, a kto go znajdzie, temu się poszczęści. To taka ich mała, własna tradycja.

Pani Małgorzata wspomina, że dwa lata temu na grosik trafiła jej siostra, Agnieszka. W jakiś czas potem urodziła szczęśliwie córeczkę i Malinka w zeszłym roku zadebiutowała na rodzinnych świętach Bożego Narodzenia.

Wcześniej, a więc w 2007 roku najważniejszą osobą na Wigilii był Ksawery. Ten, co niesie życie! Malec urodził się, jako wcześniak i napędził wszystkim strachu. Przez ponad miesiąc leżał w inkubatorze i dopiero w końcu listopada przyjechał do domu. Dziadkowie, a więc rodzice Małgorzaty, którzy przyjechali z Opola Lubelskiego i rodzice Pawła, ze Zduńskiej Woli oraz siostry i brat z przychówkiem, podczas wieczerzy cały czas się w niego wpatrywali. Wszystkim do głowy przychodziło wtedy jedno proste skojarzenie – z Dzieciątkiem i z Betlejem, oczywiście.

W ubiegłym roku pieniążek znalazł mąż siostry pana Pawła, czyli szwagier. I rzeczywiście nieźle mu się potem wiodło. Można powiedzieć, że mu się darzyło, zarówno w pracy, jak i w domu. Ciekawe, komu się trafi teraz?


Małe, własne tradycje

Na zdjęciach z ostatniej Wigilii, w 2008 roku, uśmiechnięty Ksawery siedzi na podłodze w objęciach Marceliny. Pani Małgosia na kanapie, w otoczeniu Antka, Janka i Julki, ma już ciemne włosy. Za to pan Paweł nie ma ich wcale.

– Mąż musiał się ostrzyc z konieczności, na potrzeby filmowej roli. Ja zmieniłam kolor z ogromnej potrzeby serca. Właściwie, to nie jestem w tej chwili, jak niektórzy myślą, farbowaną szatynką, ja po prostu wróciłam do swojego koloru. Bardzo go zawsze lubiłam i jako blondynka-Grażynka nie najlepiej się czułam, ale trzeba było!

W tym aktorskim małżeństwie są też inne zwyczaje, które stały się już tradycją. Pierwszy z nich polega na tym, że kiedy pani Małgosia rodzi kolejne dziecko, pan Paweł jest w niedalekim zasięgu. Tradycyjnie, po staremu, a więc pod drzwiami porodówki. Do tego zwyczaju o mało nie wkradł się jednakże wyjątek, a to za sprawą pośpiechu Ksawerego. Tata Królik kręcił wtedy i serial „Ranczo”, i film „Pitbull”, ale na szczęście zdjęcia odbywały się niedaleko Warszawy. Na rozwiązanie nie czekał co prawda w szpitalu, jednakże już o dziesiątej wieczorem się w nim zjawił. Tak, więc tradycji, choć lekko zagrożonej, stało się zadość.

Traf chciał, że malec leżał w inkubatorze kupionym przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Pan Paweł powiedział wtedy do żony, że sprawdza się stare porzekadło o dobrze, które raz komuś bezinteresownie dane, wcześniej, czy później wraca.

– Mąż, w początkach działalności Orkiestry, a były to czasy jego pracy we wrocławskim ośrodku telewizyjnym, dużo z nią współpracował. To on chyba wymyślił, aby ekipy telewizyjne rejestrowały to, co dzieje się poza studiem, w terenie. Antek i Janek też się zawsze przy Orkiestrze kręcili.

Pani Małgorzata, aby oddać „swoje dobro”, które wraz z Ksawerym otrzymała, a więc szczęśliwe zakończenie jego pobytu w inkubatorze, bez wahania została ambasadorem akcji charytatywnej pod hasłem „Przytul bobasa”. Niesie ona pomoc wcześniakom, więc aktorka, sama doświadczona przez los, nadaje się do tej roli idealnie. I wcale nie musi jej grać!

Druga zasada Królików, polegająca na tym, aby Wigilię i święta Bożego Narodzenia zawsze spędzać w domu, niestety, doczekała się wyjątku. Po to, oczywiście, aby ją potwierdzić. Otóż, któregoś roku pojechali z dziećmi do Zakopanego. Janek miał chyba trzy latka, a więc Antek pięć. Był to taki moment, kiedy dostali we Wrocławiu nowe mieszkanie, ale jeszcze nie zdążyli się wyprowadzić z tego starego. Taki moment przejściowy.

– Najpierw było cudownie – wspomina pani Małgosia. – Śnieg, górale, muzyka. Wszystko podane do stołu, od śniadania do kolacji. Niby marzenie każdej kobiety, ale brakowało nam czegoś. Tej domowej atmosfery, miłej krzątaniny w kuchni, co obydwoje z mężem lubimy, ubierania z dziećmi choinki. Choinka owszem, była w pensjonacie, ale wspólna dla wszystkich, więc prezenty dawaliśmy sobie w pokoju, bez tych cudownych emocji. Popatrzeliśmy w pewnym momencie na siebie i pomyśleliśmy: nigdy więcej poza domem.

I tak jest do dziś.


Lecą gwiazdki z nieba…

Pani Małgorzata wyznaje, że póki nie mieli dzieci, jeździli na święta Bożego Narodzenia do rodziców. Albo jej, albo Pawła.

– Nie umiałam nic zrobić, tak mi się wtedy wydawało. Moja babcia zawsze przeganiała mnie z kuchni, mówiąc: „jeszcze się w życiu nagotujesz, lepiej poczytaj sobie książkę”.

Wszystko się zmieniło, kiedy urodził się Antek. Mieszkali i pracowali wtedy we Wrocławiu, w którym oboje kończyli studia. Na jego pierwszą Wigilię zaprosili rodzinę do siebie. Pani Małgorzata wspomina, jak siedziała obłożona różnym przepisami i przygotowywała wieczerzę. Postanowiła, że nie kupi niczego w sklepie, wszystko zrobi sama.

– Był barszcz na prawdziwym zakwasie, ryba w galarecie, ciasto, chyba strucla z makiem, według przepisu mamy… Niestety, uszka do barszczu, według przepisu teściowej, zupełnie się nie udały. Były twarde jak kamień! Ale w sumie było wspaniale, mały Antoś i najbliżsi, choinka i prezenty. Skrzynecki i Preisner z pięknymi kolędami z Piwnicy Pod Baranami.

Wtedy też pan Paweł skomponował swoją pierwszą, ale nie ostatnią kolędę. Pani Małgosia pamięta ją do dziś:…


„Wigilijna noc nadchodzi”…

Pierwsza Wigilia z Jankiem, który urodził się dwa lata później, w Łodzi, została zapisana w pamięci z powodu kota. Malutki Felek miał być prezentem pod choinkę dla Antka. Pojawił się w domu wcześniej i rodzice na zmianę chowali go po kątach, czy wręcz za własną pazuchę, żeby chłopiec go nie zauważył. – Nie było to wcale takie proste, bo kociak, jeśli nie spał, to miauczał bez przerwy – wspomina ze śmiechem pani Małgosia. Felek, który w zasadzie należy już do wszystkich i jest jakby kotem przechodnim, ma tyle lat co Janek, czyli 18. Mieszka z zgodzie ze wszystkimi Królikami, z ich psem i koniem, Puchaczem.

Julka, trzecie z kolei dziecko, urodziła się we Wrocławiu, ale swoje dwie pierwsze Wigilie spędzała już w Warszawie. Jedną w serialu „Klan”, a drugą w prawdziwym życiu i w nowym domu. Była chyba pierwszy dzieckiem, które prawie prosto ze szpitala trafiło z mamą na plan filmowy. Pani Małgorzata z kolei pierwszą aktorką, która przez cały okres ciąży grała rolę kobiety w ciąży. Plany scenarzystów spotkały się z prawdziwym życiem.

Mała Julka podczas Wigilii, w domu, już chyba sama chodziła i była oczkiem w głowie wszystkich, rodziców, braci i gości.

– Przerwała dominację panów w naszym domu, zarówno wśród ludzi, jak i zwierząt – żartuje pani Małgorzata. – W zasadzie też miała być chłopcem. Powiedziałam nawet coś żartobliwego na temat rodzinnej drużyny futbolowej. Później już, podczas kolejnych badań, nie pytałam ponownie o płeć, bo mąż uważał, że jest to pewnego rodzaju boska tajemnica. No i czekaliśmy na kolejnego chłopaka, a tu na świat przyszła dziewczynka!

Jeśli chodzi o pierwsze święta, pierwszej warszawianki w rodzinie, Marceliny, która urodziła się w marcu, to pani Małgosia bardziej pamięta Wielkanoc. Pan Paweł przywiózł je ze szpitala parę dni wcześniej i świeżo upieczona mama zachwycała się kwitnącymi w ogrodzie krzewami forsycji i wiosennymi tulipanami. Marcysia też na nie patrzyła i może dlatego ma teraz takie talenty plastyczne.


Coś pożyczonego, na szczęście…

Pani Królikowa, jak mówią o Małgosi przyjaciele, z łezką w oku wspomina te wszystkie Wigilie u nich. W kilku domach przecież i w kilku miastach, nim osiedli na stałe pod Warszawą.

– Zawsze było cudownie, z roku na rok lepiej gotowałam. Kiedy jednak nasza rodzina oraz rodziny brata Pawła, Rafała i ich siostry i mojej siostry się powiększały, wprowadziłam zwyczaj, że każdy klan przynosi ze sobą jakąś potrawę, którą najlepiej gotuje. Tak więc jedzenia nigdy nam nie braknie…

Zawsze jednak czegoś brakowało. A to na pierwszej Wigilii, jeszcze we Wrocławiu, zabrakło krzeseł, potem nie starczyło talerzy, a to stół zrobił się za mały dla wszystkich. Któregoś roku okazało się, że jedna waza z zupą nie sprawdza się. Barszcz do ostatniej osoby, czyli pana Pawła, docierał już zimnawy.

– Najpierw te brakujące przedmioty pożyczaliśmy, choć najgorzej było z krzesłami. Potem kupowaliśmy je przed kolejnymi świętami, ale nie zawsze się udało wszystko przewidzieć czy po prostu kupić. Teraz mam prawie wszystko skompletowane, ale najbardziej dumna jestem z moich, wielkich jak prześcieradła, białych obrusów.

Kiedy pani Małgorzata będzie przygotowywała w kuchni wigilijne potrawy, pan Paweł, jak co roku, zawiesi w salonie, pod sufitem, ogromną jemiołę. Na szczęście dla wszystkich…

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze