Świat się bawi

Karnawał wcale nie musi mieć chłodnej weneckiej maski ani przebiegać pod dyktando szkół samby z Rio. Oto najlepsze imprezy świata między adwentem a Wielkim Postem, a nawet kilka dni później.

700 metrów długości, 19 metrów wysokości, 85 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. Tyle ma sambodrom w Rio de Janeiro, potężna arena, która ożywa na kilka dni przed Wielkim Postem. Tłumy półnagich tancerzy, których skrywają tylko pióra i błyskotki, popisują się przed blisko 60 tysiącami widzów, głównie spoza kraju. Każdy turysta przecież wie, że to tu należy przyjechać na najsłynniejszy na świecie karnawał. Skoro jest tak fantastycznie, dlaczego żaden Brazylijczyk nie poleci imprezy w Rio? Bo w tym samym czasie w tym kraju odbywają się inne, znacznie ciekawsze.


Po brazylijsku

Według Księgi Rekordów Guinessa w Salvadorze de Bahia, pierwszej stolicy Brazylii, odbywa się co roku największa impreza uliczna na świecie. W tym samym czasie na ulicach miasta bawi się bowiem nawet 1,5 miliona ludzi! Impreza trwa przez sześć dni, bez przerwy na sen. W przeciwieństwie do Rio tu nikt się nie przebiera i nie ma rywalizacji między szkołami samby. A i samba przegrywa z axe, superszybkim tańcem wywodzącym się z Afryki. Nic dziwnego, Salvador był kiedyś największym na kontynencie miastem czarnych niewolników. Dziś to centrum kultury afrobrazylijskiej.

W Salvadorze niezwykłym elementem zabawy są pokazy trio eletrico, czyli artystów występujących na ciągniętych przez ciężarówki platformach, rozgrzewających do tańca i tak rozgrzany już tłum. Wypija się tu około 5 milionów litrów piwa, nie licząc mocniejszych trunków. I jeśli ma się szczęście, można tu trafić na występy brazylijskich sław, takich jak Gilberto Gil, Timbalada czy grupa Olodum.

Drugim karnawałem, na który ciągną Brazylijczycy, jest ten w Olindzie, na północ od Salvadoru. Gdy w Rio króluje samba, w Salvadorze axe, w OIindzie wszyscy tańczą w rytm frevo. Jest on najszybszy z całej trójki! Sama nazwa tańca wywodzi się od słowa „wrzenie” i nie usłyszysz go nigdzie indziej w Brazylii. Tańczy się go z małymi kolorowymi parasolkami, które pomagają utrzymać równowagę przy akrobatycznych figurach. Według antropologów pierwowzorem parasolek były ozdobne baldachimy, używane kiedyś przez afrykańskich władców. Tancerze odtwarzają ponoć swoim tańcem historię pierwszych niewolników. Ale nie trzeba być ani historykiem, ani antropologiem, żeby się dobrze w Olindzie bawić. Karnawał trwa tu pięć dni i ponoć nie sposób w nim nie uczestniczyć. Wystarczy stanąć na ulicy, a roztańczony tłum dosłownie poniesie cię ze sobą. Nawet jeśli jesteś ubranym w garnitur urzędnikiem i właśnie spieszysz się do pracy.


Po włosku

O tym, że najfajniejsze karnawały wcale nie są oblegane przez turystów, doskonale wiedzą też Włosi. Oni zamiast do Wenecji jadą do Viareggio w Toskanii. To jeden z najweselszych włoskich karnawałów, odbywający się od 1873 roku. Przez cztery kolejne dni poprzedzające Wielki Post ulicami miasta płynie tłum, a w nim co jakiś czas ciągnięte przez samochody platformy. Na każdej z nich może znajdować się nawet 200 przebierańców. A także olbrzymich carri, czyli postaci z papier-mache przedstawiających polityków i znane osobistości. Oczywiście króluje Silvio Berlusconi, który pojawia się na każdym wozie. Politycy opozycji nie spuszczają z tonu i sami zabiegają, aby uwiecznić ich w papierowej masie.


Po belgijsku

O wiele starszy, do tego wpisany na listę dziedzictwa UNESCO jest karnawał w Binche, w Belgii. Jego siłą jest to, że tu nie ma żadnych niespodzianek. Od czterech wieków wiadomo, że ulicami miasta przemaszeruje 600 identycznie ubranych mężczyzn. Ale jak ubranych! Każdy z nich ma starodawny surducik, białą czapeczkę i woskową maskę z zielonymi okularami i wąsami. Zwani są gilles. Już na kilka tygodni przed Wielkim Postem, w każdą niedzielę, grupy grających na bębnach tamboureurs wędrują po mieście. W ostatki grupy gilles zbierają się na tańce wokół wielkiego kręgu na Grand Place. Trzymają się za ręce i tupią chodakami do rytmu wybijanego przez bębniarzy. Około godziny 15.00 gilles ruszają w paradzie, ustrojeni w kapelusze ze strusimi piórami. Niosą też drewniane kosze pełne pomarańczy, którymi rzucają w tłum. Celnie! Zazwyczaj widzowie pokryci są pomarańczowym sokiem od stóp do głów. Oczywiście na szczęście. Ten, kto nie dostanie pomarańczą, zawsze może poprawić sobie humor rewelacyjnym belgijskim piwem, którego zwłaszcza pod koniec karnawału w Binche dostatek.


Karnawał najdłuższy

Odbywa się na Teneryfie, w Santa Cruz i trwa 12 dni. Impreza opiera się na zabawach ulicznych oraz wyborach Królowej Karnawału. Zapewniam, że czegoś takiego na Starym Kontynencie nie widziano. Równy tydzień przed Środą Popielcową po mieście przechadzają się dziewczyny w niesamowitych kreacjach. Tak wymyślnych, że czasami potrzebują kółek dla ogromnych sukien i podpórek dla chwiejnych przybrań głowy. Metry ciężkich materiałów, kilogramy plastikowej biżuterii, wzory jak z filmu science fiction. Stroje z Rio mogą się schować! Dzień później zaczyna się prawdziwa impreza, czyli kilkudniowa parada orkiestr i ruchomych platform. Są pokazy sztucznych ogni, a przede wszystkim dzikie tańce.


Po szwajcarsku

A w protestanckiej Bazylei odbywa się Fasnacht. Z niedzieli na poniedziałek po Środzie Popielcowej ulicami miasta rusza pochód (o godzinie 4 rano). Zamaskowane postacie maszerują i wygrywają na bębnach i piszczałkach, a uczestnicy karnawału ciągną lub niosą podświetlane platformy przedstawiające najczęściej wydarzenia ostatniego roku. Nadzwyczaj ważne podczas Morgestraich są rozświetlone lampiony, które tworzą niezwykłą atmosferę, zatem w całym mieście podczas tego wydarzenia nie świecą się żadne inne światła. Oczywiście robienie zdjęć z fleszem jest niemile widziane. Do karnawału należą także kabaretowe występy w dialekcie bazylejskim. Tradycyjnymi daniami karnawałowymi są zupa mączna i placek cebulowy. Może niezbyt wykwintne, ale czego się nie robi dla tradycji.


Po trynidadzku

Najbardziej szaloną imprezą na świecie jest jednak karnawał w Port of Spain, w Trynidadzie. Trwa tylko dwa dni, ale łączy wszystko, co najlepsze ze wszystkich karnawałów. Ma naprawdę długą historię (pierwszy raz obchodzono go pod koniec XVIII wieku), niesamowite stroje (pióra, cekiny, a czasami też sukienki na kółkach), afrykańskie rytmy, platformy z tancerzami, rozgrzewającymi tłum oraz zamiast piwa – rum.

No i gościnność! Jeśli jesteś turystą i nie miałeś czasu (lub odwagi) znaleźć sobie odpowiedniego przebrania, to i tak dostaniesz małą torebkę na trunki i chustkę do ocierania potu i wymachiwania w rytm ulubionych utworów. Punktem kulminacyjnym karnawału jest tzw. brudna maskarada. I tu najbardziej przejawia się spontaniczność mieszkańców Trynidadu. Smarują się bowiem od stóp do głów błotem, farbami, czekoladą. W ten sposób wypaćkani stają się prawie anonimowi. I robią to, co chcą! Obejmują się, całują i tańczą. A przecież o to w karnawale chodzi!

Autor: Anita Czech

Komentarze