Spokojne serce

Gdy zawał serca dopada osobę nerwową, żyjącą w ciągłym pośpiechu i stresie, wcale nie jesteśmy zaskoczeni. Intuicyjnie wyczuwamy, że takiego życia serce może długo nie wytrzymać. Odczucia te potwierdzają psycholodzy.

By ocenić czyjąś osobowość, potrzeba testów i wnikliwych badań, pewne cechy widać jednak od razu. Do tego wniosku doszli już wiele lat temu amerykańscy kardiolodzy oglądając… fotele w poczekalni do swych gabinetów. Musieli je często zmieniać, bo ich podłokietniki wciąż były poprzecierane. Niektórzy pacjenci, jeśli musieli poczekać kilka lub kilkanaście minut na spotkanie z lekarzem, rozparci w fotelach, z rękoma na podłokietnikach, nerwowo przesuwali dłońmi do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu…


Pędzą i trąbią

W powszechnej opinii sercowiec to osoba nerwowa, a nerwus to potencjalny zawałowiec. Psycholodzy ubrali te oceny w fachowe określenia. Mówią o osobowości typu WZA, która może prowadzić do zawału i która przeciwstawiana jest osobowości WZB, uznawanej za prawidłową. Oczywiście, tylko nieliczne osoby reprezentują cechy wyłącznie jednej z tych dwóch osobowości. Większość z nas ma w sobie trochę z jednej, trochę z drugiej z nich. Zwykle jednak któraś z nich dominuje.

– Cechy osobowości WZA przeważają u osób, które można spotkać na lewym pasie drogi, gdy pędząc na złamanie karku, trąbią na innych – mówi Renata Buczyńska, psycholog kliniczny z inowrocławskiej Poradni Psychologicznej Anima. – Charakterystycznie zachowują się też na parkingu. Stawiają samochód zawsze tak, by był przodem do wyjazdu, odwrotnie niż pozostali kierowcy. A gdy powinni na coś poczekać w kolejce, omijają ją, pchają się do przodu, nawet nie tłumacząc się przed innymi.


Rywalizacja nawet w szpitalu

W słowniku kobiet z osobowością WZA dominują takie słowa jak: szybko, musisz, powinieneś. Mężczyźni, którzy zwykle mniej mówią od kobiet, demonstrują swoją osobowość w inny sposób. Rozpiera ich ambicja i chęć rywalizacji zawsze i pod każdym względem. Nawet na oddziale szpitalnym czy sanatoryjnym, gdzie licytują się, kto jest bardziej chory, bo w czym innym trudno tu konkurować.

Ich zachowanie jest pełne agresji i wrogości, co wypływa z przekonania, że otoczenie stanowi dla nich zagrożenie, a to z kolei wymusza nieustanną reakcję alarmową, czyli stres. Charakteryzuje ich mała ugodowość i nieodparta chęć postawienia na swoim. Osoby z cechami osobowości typu WZA żyją pod ciągłą presją czasu, spieszą się, poganiają innych, niecierpliwią się. Biorą na swe barki zbyt wiele obowiązków i często tego samego oczekują od innych. W towarzystwie zachowują się głośno, hałaśliwie. Lubią i nierzadko potrafią przewodzić grupie, bo są to ludzie energiczni, dynamiczni, kreatywni, śmiali, działają z pasją i zaangażowaniem.

Wszystkie te cechy, a nawet słowa: „często”, „muszę”, „powinienem” charakterystyczne są dla pacjentów kardiologicznych. Psycholodzy nie mają wątpliwości, że cechy osobowości i związany z nim sposób postępowania, a także reagowania na otoczenie, wpływają na stan zdrowia i mogą prowadzić nawet do poważnych chorób. W przypadku cech składających się na osobowość typu WZA – sprzyjają schorzeniom układu krążenia.


Już nie dyrektorskie

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, zawały i inne problemy sercowe były chorobami „dyrektorskimi”. Przydarzały się osobom, których pośpiech, odpowiedzialność i stres wiązał się z pracą. Dziś choroby układu krążenia, podobnie jak wrzody, trafiły też „pod strzechy”, dopadają więc nie tylko ludzi bardzo aktywnych zawodowo i pełniących odpowiedzialne funkcje.

– Stres i zawały przydarzają się osobom niezahartowanym, które doświadczają niepowodzeń – tłumaczy Renata Buczyńska. – I, co gorsza, przyjmują one za pewnik, że każde kolejne działanie skończy się podobnie, czyli klęską. Wolą więc nie podejmować aktywności. Uważają, że nie ma sensu się starać, bo i tak z tego nic nie wyjdzie.

Renata Buczyńska mówi o oczekiwaniu pomocy i bezradności, które cechują dzisiejszych zawałowców. – Psycholodzy brali udział w rehabilitacji kardiologicznej od zawsze, od lat pracują na oddziałach szpitalnych i sanatoryjnych. Ale to za mało, bo od lekarzy chory słyszy zwykle jedynie o somatycznej, biologicznej sferze życia, o związanych z dietą czy brakiem ruchu przyczynach choroby – mówi. – Lekarze pierwszego kontaktu czy kardiolodzy wolą pomijać temat psychologicznych aspektów choroby, bo boją się oskarżeń pacjentów, że wchodzą w ich intymną sferę życia, że źle ich traktują czy posądzają o problemy psychiczne. W efekcie zawałowcy mogą liczyć na pomoc psychologiczną tylko przez krótki czas pobytu w szpitalu i sanatorium. A i to nie zawsze.

Do chorób serca wciąż podchodzimy z wielkim lękiem. Pokutuje przekonanie, że po zawale zostajemy skierowani na boczny tor życia. Na wszelki wypadek, bo tak robili rodzice i dziadkowie, bo tak robią znajomi – rezygnujemy z wcześniejszej aktywności, nawet jeśli przed zawałem wcale nie byliśmy tytanami pracy. Oszczędzamy się, narzucamy ograniczenia, które nie wynikają z medycznych wskazań. Nasze zachowanie nie pozostawia złudzenia – chcemy być chorzy, bo bardzo często otrzymujemy za to nagrodę. Zainteresowanie innych, wsparcie, wyrękę.
I uczymy się żyć przy czyjejś pomocy.

– Powszechny jest brak świadomości, jak wielki jest postęp kardiologii i kardiochirurgii – dodaje Renata Buczyńska. – Osoby opuszczające szpital nawet w dobrym stanie nie doceniają tego. Siedzą w fotelu, nie wyznaczając sobie żadnego nowego celu, odliczają tylko czas od tabletki do tabletki. Zostali „zreperowani, ale wciąż oczekują pomocy, czekają, co przyniesie dzień. Nie mają planów, nie przeżywają pozytywnych emocji, nie bywają choć przez chwilę szczęśliwi. Jakość ich życia jest przez to gorsza. A przecież leczymy się, by żyć, a nie żyjemy, by się leczyć.


Choćby krótki spacer

Często choroby układu krążenia prowadzą do zachowań depresyjnych. W sanatorium od biedy idziemy jeszcze na ćwiczenia fizyczne, na psychoterapię już nam się nie chce. Jesteśmy zniechęceni, apatyczni. Siedzimy na korytarzu i narzekamy, że się nudzimy, że nie mamy co robić, ale negujemy wszelkie propozycje. Bo za godzinę będzie obiad, więc „nie opłaca” się już wychodzić na spacer. Po powrocie do domu postępujemy tak samo, nie podejmujemy ról sprzed zawału.

– Zjawisko to obserwujemy od kilku lat, co więcej, pomimo sprzeczności z osiągnięciami medycyny, coraz bardziej się ono nasila – podkreśla Renata Buczyńska. – Tak jakby choroba uczyła bezradności, powodowała, że od teraz ktoś inny zajmie się naszymi sprawami, obojętnie, rodzina czy państwo. Od samych siebie przestajemy tego oczekiwać. I dodaje, że konieczna jest zmiana tego myślenia, co nie musi oznaczać wcale przewrócenia do góry nogami całego życia. Bo czasem wystarczy po prostu wpleść w rozkład dnia spacer zmniejszający poziom napięcia, redukujący stres, obniżający poziom cholesterolu. Zwykły spacer pozwala też opanować gniew, wrogość, złość, rozładować złe emocje. Człowiek ma czas przemyśleć to, co mu się zdarzyło, także swoje postępowanie. Może obmyślić inny, lepszy sposób działania.

Dzięki spacerom dodatkowo spada waga ciała, reguluje się ciśnienie, człowiek, choć może i z początku będą go bolały mięśnie, będzie bardziej wypoczęty, gotowy do podejmowania nowych wyzwań. To pomaga uświadomić sobie, że choroba nie oznacza stałego złego samopoczucia. Dbając o siebie i wzmacniając swój organizm, także psychikę, będziemy czuli się lepiej, będziemy mieli wpływ na wychodzenie z chorób.

Autor: Małgorzata Grosman

Komentarze