Śmieję się do życia

Jej kariera przypomina „amerykański sen". Z rodzinnej Legnicy przyjechała do Warszawy z mocnym postanowieniem - być dziennikarką w centrum wydarzeń. Zaczynała od zera. Dziś znają ją wszyscy. Z Beatą Tadlą rozmawia Michał Adaszewski.

Czy Beata Tadla „wyrwała" w tym roku ze swojego terminarza kilka kartek, w których nie da się zanotować żadnych zawodowych obowiązków, tylko „trzeba" będzie spakować walizki i uciec na letnie wakacje?


Początek sierpnia to dla mnie moment oddechu. Mam nadzieję, że wtedy uda się wyjechać. Jeszcze nie wiem dokąd. Lubię spontaniczne decyzje. Tak pewnie będzie tym razem.


Sposób, w jaki spędzamy urlop, dużo mówi o nas samych. Niektórzy zaczynają planowanie letnich wakacji zaraz po powrocie z poprzednich, inni w ogóle zapominają o tym fakcie i urlop spada na nich jak śnieg na służby oczyszczania miasta. Czy w pani zawodzie w ogóle da się zaplanować wakacje z większym wyprzedzeniem i jak to zazwyczaj wygląda?


Nie potrafię niczego planować z takim zapasem. Czasem nawet nie wiem, jak będzie wyglądał mój następny dzień. Mój kalendarz jest jak kalejdoskop. Non stop się zmienia. Żyję tu i teraz. Ale ja bardzo lubię zmiany.


Dalekie, egzotyczne podróże, czy może wręcz przeciwnie - kameralnie, przytulnie ,w jakimś uroczym zakątku Polski. Gdzie pani najlepiej wypoczywa?


Mam trzy miejsca na ziemi. Kazimierz Dolny - tam czas płynie w zupełnie innym tempie niż w Warszawie. Najlepiej tam wypoczywam. Podobnie jak Cavtat w Chorwacji. Słońce, piękne widoki i letni karnawał kulturalny - wspaniałe przeżycie. Trzecie miejsce to Nowy Jork. Stamtąd przywożę najwięcej energii.


W jednym z wywiadów przeczytałem pani zdanie z dzieciństwa, ponoć recytowane do lustra „Dzień dobry, nazywam się Krystyna Loska i zapraszam państwa na »Dziennik Telewizyjny«". Czy należy pani do tych nielicznych szczęściarzy, którzy nie musieli się szczególnie zastanawiać nad wyborem ścieżki zawodowej, tylko po prostu wiedzieli od zawsze, co chcą robić?


Od dzieciństwa chciałam występować w telewizji. Jako dziecko nie wiedziałam jeszcze, w jakiej roli. Potem nagrywałam wywiady z koleżankami z podwórka na magnetofon szpulowy produkcji ZSRR. Kiedy miałam 16 lat zgłosiłam się na casting do powstającego w Legnicy radia. I tak zostałam przy dziennikarstwie. Nie zawsze było łatwo, ale uwielbiam swoją pracę. Wykonuję ten zawód od przeszło 22 lat i nie miałam ani jednego dnia zniechęcenia.


Prowadzi Pani „Wiadomości", ale także pracuje w porannym programie „Kawa czy herbata?". Prezenterka, a szczególnie ta pracująca w telewizji śniadaniowej, musi wstawać, nim jeszcze wstanie świt, do tego dobrze wyglądać i jeszcze być w pełni przytomna. To wymaga formy i co tu dużo mówić - po prostu końskiego zdrowia. Czy jakoś specjalnie dba pani o siebie, żeby temu wszystkiemu sprostać?


Jestem tym, co jem. Zwracam dużą uwagę na moje menu. Nie ma tam przypadku. Jest dużo warzyw, ziaren, zdrowego nabiału. Kilka miesięcy temu wróciłam do aktywności fizycznej. Staram się regularnie ćwiczyć i w miarę możliwości spędzać czas na powietrzu, np. na rowerze. Uwielbiam rodzinne wypady! Poza tym nie ma we mnie destrukcyjnych uczuć: nienawiści, złości, zazdrości. To potrafi truć od środka, a bez tej trucizny naprawdę łatwiej się żyje. I łatwiej wstaje do pracy (śmiech).


Lato to czas, w którym wszyscy, ale to absolutnie wszyscy, chcemy dobrze wyglądać. Proszę zdradzić naszym czytelnikom sekret promiennego uśmiechu i doskonałej sylwetki, jaki rodzaj aktywności fizycznej pani preferuje?


Jak już wspomniałam - rower. Oprócz tego sporo pływam i ćwiczę na przyrządach aerobowych. Na dodatek kocham ludzi i to daje mi mnóstwo energii oraz sił witalnych. Mogę też śmiało powiedzieć, że jestem szczęśliwa i śmieję się do życia.


Pochodzi Pani z Legnicy, w której to zaczynała swoją drogę zawodową, ale tajemnicą poliszynela jest to, że aby uprawiać zawód dziennikarza telewizyjnego, trzeba mieszkać w Warszawie. Jest pani zawiedziona, rozczarowana, zachwycona, a może zdystansowana do stolicy?


Bardzo lubię Warszawę. Coraz bardziej. Widzę, jak się zmienia. Ostatnio wybraliśmy się rowerami na wieczorną przejażdżkę w czasie nocy muzeów. Jechałam i śmiałam się sama do siebie, widząc miasto tętniące życiem. To samo uczucie towarzyszy mi w czasie spaceru przez Nowy Świat. Uwielbiam letnie kawiarenki. Często siadam przy kawie i obserwuję przechodzących obok ludzi. Ot, takie ćwiczenie socjologiczne...


Warszawa daje niezwykle mało wolnego czasu i mnóstwo możliwości jego spędzania. To trochę absurdalna sytuacja. Kiedy wreszcie uda nam się wyrwać wolną chwilę, to nie możemy zdecydować się na to, co z nią zrobić. Jak pani sobie z tym radzi? Sposób na wolny czas Beaty Tadli to...?


Nie mam wolnego czasu. Udzielam tego wywiadu w przerwie Festiwalu im. Poli Negri w Lipnie. Bardzo lubię takie wydarzenia i chętnie spędzam wolny czas w podobnych miejscach, tam, gdzie lokalne społeczności jednoczą się wokół ważnych dla nich wydarzeń. Ostatnio byłam na Potyczkach Ortograficznych w Jarosławiu. Podziwiam zapał tych ludzi. Wie pan co... ja się nigdy nie nudzę. Czasem robię kilka rzeczy jednocześnie. A wolny czas poświęcam najbliższym. To największa przyjemność


Proszę opowiedzieć trochę o kulinarnej stronie swojego życia. Jaką kuchnię pani preferuje, czy w trakcie podróży jest pani gotowa na odkrywanie nowych smaków, czy wręcz przeciwnie - pozostaje wierna swoim przyzwyczajeniom?


O, tak! Jestem otwarta na nowe smaki. Jedyna rzecz, której nie spróbuję, to żabie udka! Poza tym jestem gotowa do odkrywania różnych miejsc także „od kuchni". Nie cierpię tradycyjnego polskiego jedzenia. Już dawno wykreśliłam je ze swojego jadłospisu.


Czy sama często pojawia się pani w kuchni, żeby oddawać się kulinarnym wyzwaniom?


Sałaty to moja specjalność. Jemy je codziennie. Na stanie przy garach nie mam czasu. Dylemat: „co ugotować" nigdy nie spędza mi snu z powiek. Lubię szykować jedzenie wtedy, gdy jest to jedynie przyjemność, a nie obowiązek. A gdy widzę, że najbliższym smakują moje dania - jestem arcyszczęśliwa!


Czym jest dla pani „zdrowa kuchnia"?


Nie jem potraw tłustych i smażonych. Unikam białej mąki, cukru, soli.


Prowadzi Pani blog „Ambasada normalności", na którym pojawiają się tematy rodzaju wszelakiego, od socjologicznych, poprzez polityczne, kulturoznawcze, a nawet filologiczne. Ten „dziennik" powstaje z potrzeby wypowiedzi, refleksji, a może niezgody na zastaną rzeczywistość?


Jestem obserwatorką życia. Mam prawo do własnego zdania na temat różnych zjawisk. Do niezgody, oburzenia, buntu też. Wolę jednak pisać o czymś, co mnie zachwyca. Także o sytuacjach, które niosą ze sobą pozytywny przekaz. Wierzę, że osoby publiczne mają do spełnienia ważną rolę - powinny pokazywać pozytywne przykłady, przekonywać do odpowiednich postaw, namawiać do czynienia dobra. Dlatego często angażuję się w społeczne kampanie, które mogą wiele zmienić. Sporo o tym piszę. Poza tym jestem refleksyjna, to fakt. I lubię dzielić się radością. Bo ja w ogóle lubię życie. Jak mówi mój syn - życie jest największą przygodą życia. Tej wersji stale się trzymam.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze