Śmiechem w chorobę i samotność

Kolorowa peruka, stopy dinozaura, ogromne uszy albo pęknięte na pupie ogrodniczki, a do tego obowiązkowy czerwony nos – to strój służbowy wolontariuszy z Fundacji Dr Clown.

Pragną, aby żadne dziecko w Polsce nie kojarzyło pobytu w szpitalu z cierpieniem, bólem, zastrzykami i bolesnymi terapiami. Oswajają strach śmiechem. A wszystko zaczęło się od amerykańskiego lekarza, zwanego „Patchem Adamsem”, który wierzył, że zadaniem lekarza jest nie tylko leczyć, ale także podnosić jakoś życia pacjenta. A że nic tak dobrze nie wpływa na nasze samopoczucie oraz na nasze zdrowie jak właśnie śmiech, Patch Adams przebierał się za clowna i rozweselał chorych pacjentów. Na podstawie jego biografii powstał film, w którym główną rolę zagrał Robin Williams.

Od 1999 roku terapia śmiechem realizowana jest także w naszym kraju. Zadania tego podjęli się pracownicy i wolontariusze Fundacji Dr Clown. Dziś mają pod swoją opieką 22 oddziały w całej Polsce. W Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym w Toruniu nikogo nie dziwi już widok clownów. Pojawiają się tu regularnie od 5 lat.


Czerwony nos

– Zaczęło się od Macieja Jabłońskiego, doktoranta pedagogiki na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, który zorganizował pierwsze szkolenie w Toruniu prowadzone przez „Doktorów Clownów” z Warszawy – opowiada Monika Miszewska, pełnomocnik toruńskiego oddziału fundacji. – Wkrótce potem udało mu się zebrać grupkę wolontariuszy, którzy również zaczęli się szkolić, a następnie odwiedzać szpitale.

Monika Miszewska, czyli doktor Jojo, jest clownem już 5 lat. Była w pierwszej grupie wolontariuszy, dziś zarządza oddziałem Fundacji Dr Clown. Na co dzień jest pedagogiem specjalnym.

Najczęściej odwiedzają dzieci na oddziałach. Czasem maluchy zbierane są np. w bibliotece i tam odbywa się spotkanie z clownami. Każdy chce zobaczyć kolorowych doktorów, więc do biblioteki o własnych siłach przychodzą te dzieci, które mogą, a te, które muszą leżeć, przyjeżdżają na łóżkach. Wszyscy uczestnicy – pacjenci, rodzice, pielęgniarki, lekarze – dostają czerwony nos. To symbol clowna i nieodłączny punkt każdego programu. Potem jest mnóstwo radości. Dzieci czarują, wyciągają z kapelusza przedmioty, które następnie znikają, zawijają w czarodziejską chustę zapałkę, łamią ją, po czym znów wyjmują całą. Chłopczyk, który przed chwilą czarował, otwiera buzię ze zdziwienia. Potem kręcą magicznymi talerzami na zwykłych patykach, oglądają pokaz żonglowania. I wszyscy się śmieją. Bo jak tu zachować powagę, gdy pani ordynator, również z czerwonym nosem, uśmiecha się widząc cały spektakl.


Magia stroju

– Zależy nam na kontakcie z drugim człowiekiem – tłumaczy pani Monika. – Swoją obecnością, skupieniem na konkretnej osobie podkreślamy jej ważność.

Czasem wystarczy, że clowni się pokażą, a dzieciaki już pękają ze śmiechu. Zasada jest prosta – im bardziej kolorowy strój, tym lepiej. Tu nie istnieje coś takiego jak przesada. Ogromne uszy? Gigantyczne okulary? Buty w kształcie stóp dinozaura, które przy chodzeniu wydają dziwne dźwięki? Oczywiście, że tak. Każdy wolontariusz sam sobie kompletuje przebranie. Cuda za niewielkie pieniądze można znaleźć w sklepach z używaną odzieżą. Odrobina wyobraźni i mamy clowna.

– Przebranie jest bardzo ważne – mówi dr Jojo. – Kiedyś byliśmy u dziecka, które było przestraszone pobytem w szpitalu i nowymi ludźmi. Rozweselaliśmy je, wygłupialiśmy się, a ono nadal się nie śmiało. Nasze sztuczki nie działały. Wreszcie się pożegnałam, odwracam się w kierunku drzwi i słyszę, jak dziecko zaczyna się na cały głos śmiać. Co podziałało? Moje spodnie. Bo gdy pani Monika zwróciła się w stronę drzwi, dziecko zauważyło, że clown ma pęknięte na pupie ogrodniczki, z których wystaje różowa tkanina w groszki imitująca majtki.


Do zobaczenia poza szpitalem

– Żegnając się z dziećmi zaznaczamy, że mamy nadzieję, że za tydzień już się z nimi nie zobaczymy w szpitalu, że do tego czasu już wyjdą do domów – opowiada pani Monika. – I na szczęście zazwyczaj tak jest. Choć kiedyś wolontariusze odwiedzali regularnie pewnego malucha, nawiązała się między nimi więź. Niestety maluch zmarł.

Clowni odwiedzają szpital raz w tygodniu. Mają tu swoją szatnię, gdzie mogą się przebrać, pomalować buzie. Ale odwiedzają także inne placówki, gdzie potrzebny jest śmiech: Dom Dziecka czy Dom Pomocy Społecznej w Chełmnie. W tym ostatnim przybywają osoby z głębokim upośledzeniem umysłowym. One są zupełnie innym odbiorcą niż dziecko, choć potrzebują tego samego co maluchy – zainteresowania.

– Clown nie jest tylko dla dzieci – mówi Monika Miszewska. – Właśnie w takich miejscach jesteśmy wyjątkowo potrzebni. To chrzest bojowy dla naszych nowych wolontariuszy, bo takie spotkania naprawdę się przeżywa.

Autor: Sybilla Walczyk

Komentarze