Słodki sekret mnicha

Nikt, kto odwiedza klasztor benedyktynów w Tyńcu, nie opuszcza go głodny. A kto raz posmakował przysmaków klasztornej kuchni, ten już zawsze będzie do niej wracał. Dlaczego? A to już ich słodka tajemnica tynieckich zakonników.

Boczek diakoński, kiełbasa klasztorna, ogórki kiszone według siostry Małgorzaty, musztarda piekielna z chrzanem, przysmak opata, konfitura „Brzytewka” – aż ślinka cieknie na samą myśl o tych pysznościach. A oryginalne nazwy nie tylko cieszą ucho łakomczucha, ale także są obietnicą doskonałego smaku tradycji. Bo kto lepiej niż mnisi – ojcowie piwa i wybornych nalewek – zna się na kuchni, która nie tylko zaspokoi wszelki głód, ale i zadowoli każde podniebienie?

I tak jak przed wiekami klasztory benedyktyńskie, słynące z winnic, gajów oliwnych i pól uprawnych, wywarły ogromny wpływ na oblicze gospodarcze ówczesnej Europy, tak i dziś odmieniają oblicze naszej kuchni. Produkty benedyktyńskie to dziś marka sama w sobie. Smacznie, zdrowo, tradycyjnie. I naturalnie, bo bez dodatku konserwantów i barwników. Ale zacznijmy od początku.


Smaczna cegiełka

W Tyńcu czas jakby się zatrzymał. Klasztor - malowniczo położony na wysokim brzegu Wisły - stoi tam niezmiennie prawie od tysiąclecia. I choć na pozór sprawia wrażenie miejsca, gdzie w milczeniu realizuje się benedyktyńską zasadę „Módl się i pracuj”, to mnisi bardziej wyznają uzupełnioną przez polskiego papieża regułę „Módl się i pracuj i bądź radosny”. Mimo że na zewnątrz wydawać się mogło, że klasztor pogrążony jest w zadumie, to środku tętni życie. I to nie tylko kulturalne, ale także … kulinarne. W podziemiach tynieckiego opactwa znajduje się restauracja, jest też sklep z produktami sygnowanymi jako „Produkty benedyktyńskie” firmy Benedicite JG.


Receptura i pomysł

Czemu mnisi zdecydowali się na handel artykułami spożywczymi? Wynika to z ich tradycji zakonnej. Przecież to właśnie benedyktyni słynęli w całej Europie z prężnie działających gospodarstw, upraw i winnic. Od setek lat nic się pod tym względem nie zmieniło, tyle że zakonnicy świetnie dopasowali się do dzisiejszych realiów, przybliżając konsumentom bogaty dorobek zakonu benedyktynów. Tym bardziej że na Zachodzie mnisi już od dawna wykorzystują ten konsumencki trend, jakim jest propagowanie zdrowej żywności, produkując to, co do tej pory wytwarzali wyłącznie na własny użytek, dla szerokiej klienteli.

Tynieccy benedyktyni jako pierwsi dołączyli do braci z zachodniej Europy i zapoczątkowali sieć sklepów z własnymi wyrobami. Tych, którzy są przekonani, że produkty, które trafiają na ich stół, są wyrabiane przez samych zakonników, musimy jednak rozczarować: jedynie receptura i pomysły są benedyktyńskie, reszta zlecana jest zakładom przetwórczym, czy też indywidualnym osobom. Że jest to dobre, gwarantują sami mnisi, którzy zajmują się kontrolą jakości, jak i kontrolą sprzedaży. Żadne produkt nie trafi na sklepowe półki, jeśli wcześniej nie skosztują go zakonnicy. Gdyby nie zyski z tej działalności, benedyktyni nie byliby w stanie utrzymać klasztoru, a zwłaszcza opłacić prac remontowych. Dlatego każdy, kto sięga po produkty benedyktyńskie, wie, że dokłada swoją cegiełkę – i to dosłownie – do tynieckiego opactwa. Od razu lepiej smakuje, prawda?


Na początku był ser

O tym, że potrzeba jest matką wynalazków mnisi tynieccy przekonali się, kiedy okazało się ich opactwo zamieniło się w krainę mlekiem płynącą. Mleka było tak wiele, że zaczęto z niego wytwarzać sery. Początkowo na własne potrzeby. Z czasem jednak sery wyrabiane na oryginalnej francuskiej podpuszczce tak zasmakowały gościom klasztoru, że benedyktyni postanowili je sprzedawać. I tak skromny kramik z wybornym serem stał się kamieniem węgielnym pod sieć sklepów z produktami sygnowanymi jako „Produkty benedyktyńskie”.

Dziś produkty benedyktyńskie obejmują kilkaset artykułów, nie tylko spożywczych, ale i kosmetycznych, a sieć liczy kilkadziesiąt punktów w całej Polsce. Ten należący do państwa Doroty i Wojciecha Piotrowskich znajduje się w Toruniu i powstał jako dwudziesty w kraju.

- W asortymencie znajdują się nie tylko produkty benedyktyńskie, ale także te, które są tak smaczne i zdrowe, że mnisi je polecają i nadają własną markę – mówi pan Wojciech. – Wystarczy wspomnieć balsam kapucyński, wzmacniający i regulujący trawienie, który co prawda przygotowują krakowscy kapucyni, ale benedyktyni wprowadzili go do swoich sklepów.


Chleb pielgrzymi i kiełbasa ostateczna

W każdym sklepie z wyrobami benedyktynów nie brak, oczywiście, produktów pierwszej potrzeby. Przede wszystkim chleba. Najważniejszy to chleb pielgrzymi wypiekany według starej receptury szwajcarskiego klasztoru benedyktyńskiego Fishingen, znany z doskonałego smaku i wyjątkowo długiej trwałości. Chleb ten, przygotowywany przez szwajcarskich benedyktynów dla pielgrzymów zmierzających szlakiem jakubowym do hiszpańskiego Santiago de Compostela, towarzyszył im w wędrówce, dlatego zadbano, aby długo zachowywał świeżość. W czym tkwi jego tajemnica? Nie wiadomo. Jedno jest pewne: wypiekany z ciemnej mąki pszennej i żytniej z garścią suszonych owoców (figi, śliwki, gruszki, jabłka, morele, orzechy, rodzynki) nie zawiera żadnych konserwantów czy polepszaczy. - Chleb pielgrzymi ze względu na swoją długą trwałość jest jedynym pieczywem, które sprzedawane jest w sprzedaży wysyłkowej – przyznaje pan Wojciech.

A co do chleba? Oczywiście wędlina. Kiełbasa wiejska, klasztorna i ostateczna, boczek diakoński, kabanos przeora – to tylko nieliczne wyroby wędliniarskie, które proponują nam benedyktyni. Szczególnie niezwykła jest kiełbasa ostateczna, i nie chodzi tylko o jej dwuznaczną nazwę, ale o szczególną własność. Otóż kiełbasa ta, podobnie jak wspominany chleb pielgrzymi, cieszy się długim terminem przydatności. I to bez lodówki! Jak to możliwe? - To jest właśnie tajemnica benedyktynów – śmieje się pan Wojciech . – Receptury są tajemnicą Tyńca i nawet my ich nie znamy do końca. Pewne jest to, że żaden z produktów nie zawiera konserwantów ani polepszaczy.


„Klasztorny warzywniak”

Co z kolei do wędliny? Może któraś z wybornych musztard? Na przykład musztarda Zakonu Templariuszy z całymi ziarnami gorczycy o słodkawym smaku, który zawdzięcza łyżce miodu. Amatorom ostrzejszych smaków pozostaje musztarda piekielna z chrzanem. Wielbicieli grzybów na pewno ucieszą rydze albo podgrzybki w zalewie nowicjackiej. Oczywiście, składniki zalewy to kolejny sekret mnichów. Benedyktyni znani byli z tego, że uprawiali w przyklasztornym ogrodzie warzywa, które trafiały potem do klasztornej kuchni, a ich nadmiar – do spiżarni.

Dlatego warto sięgnąć na półkę z przetworami z „Klasztornego warzywniaka”, gdzie znajdziemy takie warzywa, jak: marynowane paprykę, cebulkę, pomidorki koktajlowe i wiele, wiele innych. Kapusta kwaszona z grzybami leśnymi, ogórki kwaszone według siostry Heleny, buraczki z cukinią siostry Małgorzaty z pewnością będą znakomitym dodatkiem do obiadu, a agrest i czereśnie w kompocie przypomną smak dzieciństwa. Karp, pstrąg, zwłaszcza w sosie cytrynowym po kardynalsku albo śledzie w kapuście ojca Zygmunta doskonale się odnajdą nie tylko na wigilijnym stole, podobnie zresztą jak schab ze śliwką.


„Wesoły mnich - pijane bakalie”

Mnisi nie zapomnieli o łasuchach. Wszystkie słodycze są ręcznie robione według tradycyjnych receptur. Cukierki tynieckie są owocem pomysłu mnichów, by w karmelu zatopić aromatyczne zioła, takie jak anyż, cynamon, lawenda, goździki czy rumianek oraz olejki, stąd też powstała cała gama smaków. Oczywiście, pozbawione są białego cukru, a ich głównym składnikiem jest melasa z trzciny cukrowej. Z kolei ciastka lukierki albo ciastka św. Benedykta zawierają zdrowszy od białego cukier trzcinowy. Rarytasem jest czekolada (mleczna, gorzka i bakaliowa), ręcznie robiona ze specjalnie sprowadzonego z Danii kakao. Nie brak owoców zanurzonych w czekoladzie, wystarczy wspomnieć czekoladowe wiśnie z amaretto według ojca Szymona czy według tego samego ojca czekoladowe wiśnie z brandy albo czekoladowe pomarańcze korzenne.

Prawdziwy festiwal smaków mamy jednak na półce z konfiturami. Rekordy popularności bije „Wesoły mnich - pijane bakalie”, gdzie owoce takie jak morele śliwki, figi, gruszki, jabłka, rodzynki pomarańcze wylądowały w jednym słoiku z odrobiną cukru, czarnej herbaty i rumu, któremu zawdzięczają swoją nazwę. Pozostałe nazwy też zachęcają do zajrzenia do słoika, tym bardziej że znajdziemy tam niespotykane w konfiturach dodatki w postaci przypraw korzennych czy alkoholi: konfitura „Brzytewka” – wiśnie z rumem, konfitura brewiarzowa z aronii, konfitura medytacyjna – powidła śliwkowe, konfitura niewiernych z cytryn, konfitura przed- i posoborowa i wiele innych. Mogą być dodatkiem do ciast i deserów, ale podobno najlepiej smakują prosto ze słoika.


Złoty trunek

O tym, że to właśnie mnisi wynaleźli piwo, nikomu przypominać nie trzeba. Nie może więc na półkach sklepów a produktami benedyktyńskimi zabraknąć wielu odmian tego trunku. Jest więc piwo furtiana, prowincjała, klasztorne opata, przeora i szafarza. Wszystkie warzone równo 90 dni i ani dnia dłużej! Oprócz tego mamy szeroki wybór win i likierów oraz miodów pitnych. – Klasztory benedyktyńskie zapoczątkowały tradycję sporządzania zdrowotnych nalewek, które różnią się w zależności od lokalnego doboru ziół – wyjaśnia pan Wojciech. - Tradycyjną nalewką benedyktyńską jest benedyktynka z 21 ziół, która jest doskonała na trawienie.


Smak dziecięcych lat

Sklep państwa Piotrowskich w Toruniu, zwłaszcza w dni dostawy, pęka w szwach. To najlepszy dowód na to, że rozsmakowaliśmy się w wyśmienitych benedyktyńskich produktach. Wiele osób chwali je sobie, bo przypominają smaki dzieciństwa. Wśród nich są także … sami benedyktyni. - Ostatnio gościł u nas ojciec Leon Knabit, smakował naszych produktów i wspominał smaki dzieciństwa – opowiada pan Wojciech. I może to jest właśnie największa tajemnica benedyktyńskich specjałów.

Autor: Karina Bonowicz

Komentarze