Skosztować książki

"Dla mnie czytać to przenieść się w inny świat drogą wyobraźni" . Rozmowa z dziennikarzem, Bogdanem Rymanowskim.

- Czy w swojej nerwowej pracy znajduje Pan czas na czytanie czegoś więcej niż serwisy informacyjne i gazety?


Gdybym nie znajdował, zwariowałbym. Muszę znaleźć azyl od bieżączki. Czytanie jest naturalną formą rozwoju dziennikarza, kształtuje wyobraźnię, bogaci słownictwo, przypomina mu, że istnieje jeszcze inny świat niż ten, którym żyje na co dzień w pracy. Pozwala wyhamować i zwolnić tempo. Ja zresztą kocham czytać. Najchętniej zamknąłbym się w pokoju i czytał. Marzę o urlopie z książką, żoną i z dziećmi, ale wysłałbym ich na plażę, a sam zostałbym z książką.


- Poloniści w Pańskiej szkole byli zadowoleni ze znajomości lektur ucznia Rymanowskiego?


Byłem normalnym uczniem. Normalnym, to znaczy takim, który nie lubi wszystkiego, co obowiązkowe. Myślę, że przeczytałem około 113 zadanych tekstów. Byłem też mistrzem dobrego wrażenia, ale dziś boleję, że nie przeczytałem wszystkich lektur. Dopiero później dostrzega się, jak bardzo lektury nawiązują do życia i przygotowują do niego. Tu zaczyna się rola dobrego nauczyciela, który powinien zarażać pasją i pokazywać związek literatury z życiem.


- A co Pan czytywał poza lekturami?


Zaczynałem jak wielu innych - "Pan Samochodzik': seria "Tomków" i komiksy. Później byłem pewnie nieco mniej konwencjonalny. Już w pierwszej klasie liceum czytałem Dostojewskiego, którego uwielbiam do dziś. Poza tym moje ówczesne lektury wyznaczyła historia. Uczyłem się w szczególnym momencie naszej historii, w latach 80. Połykałem zatem wszystko, co wychodziło poza cenzurą i co mi wpadło w ręce, a wierszy Herberta uczyłem się na pamięć.


- Co według Pana zdecydowało, że mały Bogdan sięgnął po książkę?


To zawsze system naczyń połączonych. Mój ojciec nie miał specjalnego zamiłowania do książek, natomiast mama uważała siedzenie przed telewizorem za czas stracony i to ona pokazała mi książkę.


- Czy dziś, kiedy ma Pan własną gromadkę dzieci, dba Pan szczególnie o to, by i im książki towarzyszyły na co dzień?


Mamy troje dzieci. Dwie córki (10 i 14 lat) i siedmioletniego syna. Oboje z żoną staramy się pamiętać o tym, żeby książki były codziennym elementem naszego życia. Może nawet wyrażenie "staramy się" nie jest na miejscu. Nie ma w tym jakiejś taktyki. Tak po prostu jest. Ja niestety rzadko mogę poczytać młodszym dzieciom na dobranoc. Wracam do domu zwykle dopiero przed północą, ale zaległości z chęcią i z przyjemnością nadrabiam w soboty i niedziele, zaraz po "Kawie na ławie”. Starsza córka zresztą już czyta całkiem sama i chodzi także w tej dziedzinie własnymi ścieżkami, które raczej nie są jeszcze atrakcyjne dla młodszych dzieci. Wiele zawdzięczamy młodszej córce, która chętnie czytuje sobie i młodszemu bratu. Wszyscy natomiast uwielbiamy czytanie na głosy. Wcielamy się wtedy w role postaci książkowych, zmieniamy głos, udajemy, wygłupiamy się i mamy przy tym wiele zabawy.


- Jak według Pana powinniśmy zachęcać do czytania?


Oczywiście należy o tym mówić, zachęcać, tłumaczyć, ale taka pedagogika wprost oparta na gadaniu nigdy nie przynosi szczególnego skutku, nikogo nie przekonuje. Wiemy to ze szkoły. Tam też takie moralizowanie niewiele daje, a wręcz rodzi opór. Wiadomo, że dzieci uczą się przede wszystkim przez naśladowanie, przejmując zwyczaje swych najbliższych. Jeśli więc widzą swych rodziców z książką w ręce, sami po nią sięgają albo domagają się czytania. To banalne, ale tak właśnie jest.

Dzieci z natury lubią opowieści, dzięki nim przenoszą się w inny świat. To właśnie za pośrednictwem bajek i historii opowiadanych im przez rodziców dowiadują się wielu cennych prawd o życiu. Późniejszy czytelnik musi kiedyś złapać bakcyla. Im wcześniej, tym lepiej buduje to naturalną potrzebę czytania. To tak jak smaki znane z dzieciństwa. One zawsze będą atrakcyjne. Trzeba więc zasmakować w czytaniu, skosztować książki. Wtedy zawsze będzie się do niej wracać. W praktyce staram się podrzucać moim dzieciom lektury, które korespondują z ich zainteresowaniami, mówiąc: "Zobacz, może tu znajdziesz coś ciekawego”.


- Jest Pan człowiekiem mediów, które oskarża się raczej o zabijanie skłonności czytelniczych niż o ich podsycanie, przez charakterystyczną szybkość, skrótowość, uproszczenia. Czy rzeczywiście media elektroniczne zabijają czytanie?


Tak. To olbrzymie zagrożenie dla książki. Gdybym nie pracował w TVN, najchętniej wyrzuciłbym telewizor z domu, bo jest wielkim złodziejem czasu. Telewizja zubaża wyobraźnię, nie uczy myślenia i krytycznego stosunku do świata. Uczy za to bezkrytycznego przyjmowania komunikatu wysyłanego w jedną stronę, który nigdy nie jest obiektywny. Nie jestem jednak wariatem. We wszystkim trzeba zachować umiar. Dzieci radykalnie pozbawione telewizji i komputera zapewne odreagują zgodnie z zasadą, że zakazany owoc smakuje najlepiej.


- To bezwzględna ocena telewizji jak na gwiazdę małego ekranu. Może jednak mamy do czynienia z kulturową rewolucją i książka po prostu odchodzi do lamusa. Podobnie jak kiedyś druk zastąpił pismo, tak teraz książkę wyprze nowa cywilizacja obrazkowa.


Zgoda. Jest rewolucja, ale każda rewolucja prowokuje kontrrewolucję. Trzeba też pamiętać o syndromie zmęczenia mediami i potrzebie refleksji, która jest prędzej czy później niezbędna każdemu człowiekowi. Te czynniki spowodują, że książki nie przestaną żyć. Zresztą druk przecież nie spowodował, że przestaliśmy pisać. Moje dzieci na przykład pasjami czytają książki ze słynnej serii o Mikołajku, a w telewizji bardzo chętnie oglądają kabarety.


- A co to właściwie znaczy - czytać?


Dla mnie czytać to przenieść się w inny świat drogą wyobraźni. To fascynująca strona czytania. Pomijam, że czytanie jest źródłem wiedzy o świecie. Jest także, a może przede wszystkim, źródłem wiedzy o sobie. Dobry autor to ten, który pisze o mnie. W jego literaturze dostrzegam siebie, potrafię nazwać swoje stany, emocje i poznaję siebie.

Autor: Tomasz Kowalczuk

Komentarze