Silna i krucha

Mówi o sobie, że jest nadwrażliwcem, ale jej droga do sukcesu świadczy o tym, że potrafi mocno stąpać po ziemi. Jaka naprawdę jest Natalia Lesz?

Zaczyna pani dzień od kawy?


Nie, od soku ze świeżo wyciśniętego grejpfruta.


Brawo, widzę, że dba pani o zdrowie.


Jestem też prawdziwą fanką pokarmów naturalnych i ekologicznych. Piję dużo wody mineralnej.


Podobno nie jada pani mięsa...


Już nie jestem wegetarianką. Ale nadal nie tknę wieprzowiny.


A dlaczego przestała pani odżywiać się tylko roślinkami?


Zaczęłam się źle czuć. Dla młodej kobiety wysoki poziom żelaza we krwi jest ważny, czego doświadczyłam. Wróciłam więc do mięsa, ale głównie jem ryby i drób.


Czyli w sklepie mięsnym, takim jak w pani teledysku, gdzie wiszą schaby i boczki, nie mogłaby pani wytrzymać.


Ale przecież mogę sprzedawać udka z kurczaka i gęsinę. (śmiech)


Jak dba pani o kondycję?


Raz w tygodniu odwiedzam siłownię i raz w tygodniu biegam.


Ma pani swojego lekarza, którego darzy zaufaniem?


Tak, mam takiego lekarza w Nowym Jorku, do którego chodzę na zastrzyki witaminowe. Mam nadzieję, że i w Polsce niedługo będzie można skorzystać z takiej metody.


A jak trafić do pani serca? Czy można przez jedzenie?


Raczej nie. To podobno droga do serca facetów.


Myślałam jednak, że taki facet, który świetnie przyrządza kaczkę, ma u pani szanse. Bo pani podobno nie lubi za bardzo pitrasić.


Gdybym miała codziennie zajmować się domem i gotować, to nie byłabym spełniona. Ale raz na jakiś czas sprawia mi to przyjemność - pod warunkiem, że robię to dla kogoś.


Na przykład dla ukochanego mężczyzny?


Tak.


Jest pani poszukującą kobietą, czy raczej odpoczywającą w samotności po związku.


Jestem kobietą biernie poszukującą, ale nie typem natrętnej podrywaczki. Wolę, jeśli mężczyzna to robi.


Ale do pani należy pierwszy krok. Chyba umie pani kokietować?


Może nawet jestem mistrzynią flirtu! Natomiast tylko do pewnego momentu. Potem uważam, że jednak pałeczkę musi przejąć on. To jest obowiązek faceta. Mimo że mamy XXI wiek i kobiety są bardzo niezależne i silne, to cały czas uważam, że podboje miłosne powinny wyglądać tak samo, bo taką mamy naturę. Mężczyzna powinien walczyć o kobietę, a nie odwrotnie.


Czyli walecznością można zdobyć pani serce.


Dokładnie. Niestety, widzę, że wielu facetów jest teraz zagubionych, nie wiedzą, jacy mają być. My natomiast jesteśmy coraz silniejsze. Może nawet zbyt mocne i niezależne jak dla nich.


Mężczyźni boją się takich kobiet jak pani?


Nie wiem, ale być może do pewnego stopnia tak właśnie jest.


Pani pokazuje im swoją niezależność?


Tak, bo odnajduję w niej siłę.


A jednocześnie szuka mocnego faceta.


Takiego, który daje wsparcie, a kiedy jest problem, rozmawia, a nie zabiera zabawki i ucieka do swojej piaskownicy.


Jaki to byłby związek? Myślę, że jednak partnerski.


Tak, gdzie oboje partnerów miałoby i swoje pasje, i kariery, i nie byliby zazdrośni o to, ile zarabia druga osoba.


Mnie się coś takiego też podoba.


Ale to jest strasznie trudne w realizacji.


Zgadzam się. W mężczyznach drzemie mimo wszystko taka potrzeba, aby kobieta była od nich zależna.


Tak, bo dzięki zależności mają nad nami kontrolę. Daje im to poczucie, że bez nich sobie nie poradzimy. Czują się wtedy silni.


I mogą się wtedy nami opiekować.


Najfajniej, żeby to połączyć: aby byli naszymi partnerami, a jednocześni dawali poczucie bezpieczeństwa w chwilach naszej słabości. A faceci najczęściej stawiają znak równości między opiekuńczością i kontrolą.


A który chłopak był najbliżej ideału?


Chyba mój pierwszy facet - ze Stanów. Jest agentem nieruchomości. On był najbardziej z charakteru i pod względem ambicji podobny do mnie. Jak go poznałam, to był przebojowym mężczyzną. Przez jakiś czas był to udany związek, ale potem jakoś nam nie wyszło. Może byliśmy za młodzi, mieliśmy po 21 lat. Ale nadal jesteśmy w kontakcie.


Przyjaźnicie się?


Tak. Jak byłam w Stanach miesiąc temu, też się widzieliśmy.


A jak wspomina pani związek ze Svenem? (Sven Martin, producent muzyczny - przyp. red.)


Byliśmy nawet zaręczeni. Przyjechaliśmy razem do Polski, grał razem ze mną w zespole. Mieliśmy się pobrać. Ale nie wyszło.


Może dlatego, że przebywaliście ciągle razem - i w domu, i na scenie. To często nuży, wypala.


Mieliśmy nieporozumienia na tle zawodowym. To była dla mnie lekcja, aby nie łączyć pracy z miłością.


Rozstaliście się pokojowo?


Daliśmy sobie pozwolenie, aby każdy poszedł swoją drogą. Ostatecznie rozeszliśmy się, kiedy Sven dostał propozycję produkcji płyty w Los Angeles.


Tak po prostu powiedzieliście sobie: „goodbye"?


Pomyśleliśmy o naszym rozwoju zawodowym. Kochaliśmy się, więc pozwoliliśmy na to, aby każdy z nas robił to, co lubi, wiedząc, jakie to dla nas ważne.


Bardzo dojrzałe posunięcie, gratuluję. Ale nie utrzymujecie już ze sobą kontaktów?


Rozmawiamy często przez telefon, wiemy, co się u nas dzieje, jak jest możliwość spotykamy się - w Polsce, gdzie on czasem bywa zawodowo, albo w Stanach, gdzie mieszka.


Co pani robi w wolnym czasie, kiedy jest sama?


Uwielbiam gdzieś wyjeżdżać, zwiedzać, chodzić do teatru, kina, dużo czytam. Na pewno leżenie w łóżku i oglądanie seriali nie jest moim ulubionym zajęciem. Jeśli mój partner nie jest podobny, to zaczyna być ciężko.


A pani trafiają się domatorzy.


Tak, najczęściej. To ja do tej pory byłam w związku aktywna.


Nie lubi pani rutyny.


Nie znoszę.


Czyli do pani serca można trafić, jeśli jest się ciekawym świata. Gdzie by pani chciała zostać porwana przez swojego mężczyznę?


Gdziekolwiek - może to być premiera w teatrze albo wyjazd na safari.


Jaki jeszcze mężczyzna ma u pani szansę?


Chciałabym, aby mój facet był również moim mentorem i przewodnikiem. Osobą, od której mogłabym się czegoś nauczyć. Wiek nie ma znaczenia.


Taki, którego by pani podziwiała?


Którego bym szanowała.


I ma być artystą?


Jeśli by to nam nie przeszkadzało realizować się indywidualnie, to czemu nie?


A inżynier miałby jakieś szanse?


Jak najbardziej... Ale z nutką artystyczną.


Jak pani coś kończy - klip, występ, rolę w teatrze, to do kogo pani idzie, aby panią pochwalił?


Jak jestem na scenie, to czuję energię od publiczności, po nagraniu - pytam realizatora czy było w porządku. W teatrze czy przed kamerą - pytam reżysera. Ale nie oczekuję pochwał, tylko wskazówek.


A rodzice, kibicują pani?


Moi rodzice nie przychodzą na moje koncerty, bo wiedzą, że występ przed nimi wiązałby się dla mnie z większym stresem niż przed kilkutysięczną publicznością.


Widzę, że pani sprawy zawodowe są tylko pani światem, do którego nie dopuszcza pani bliskich.


To nie jest tak. Po prostu dla najbliższych jestem Natalią i moja zawodowa aktywność jest dla nich drugorzędna. Dla mnie jest pani kobietą bardzo odważną, patrząc na to, co się pani udało zrobić do tej pory. Ile pani miała lat, kiedy wyjechała do Stanów? Za pierwszym razem miałam 17, ale już na stałe wyjechałam w wieku 18 lat.


Wcześniej, jeszcze w Polsce, chodziła pani do szkoły baletowej i chciała zostać tancerką...


Ale nie skończyłam szkoły. Chociaż wszystko dobrze mi szło, brałam udział w różnych międzynarodowych konkursach i dobrze się zapowiadałam. Tylko że ja byłam zmęczona atmosferą w szkole. Ciągle czułam presję ze strony nauczycieli. A poza tym miałam dosyć tańca jako sposobu wyrażania siebie, tęskniłam za słowem. Dlatego pojechałam do Stanów, gdzie dostałam się na studia aktorskie na Uniwersytecie Nowojorskim. A nie było łatwo.


Miała pani kogoś znajomego w Stanach?


Ciocię, która mnie mocno dopingowała. Wzięłam się ostro do roboty, najpierw zrobiłam amerykańską maturę, a potem dostałam się na studia.


Skąd taka delikatna kobieta jak pani ma tyle siły w sobie?


Jak każda kobieta mam dwie natury: silną i kruchą. Umiem natomiast nie poddawać się złym nastrojom. Dlatego staram się jasno wyznaczać sobie cele, na których się skupiam.


Co jest najbardziej atrakcyjne w pani pracy? Koncerty, nagrywanie klipów, gra w teatrze?


Mam to szczęście, że mogę się realizować w dziedzinach, które kocham: aktorstwie i muzyce. Na scenie i przed kamerą - czuję się spełniona.

Autor: Barbara Jagas

Komentarze