Są takie smaki świata, których się za pieniądze nie kupi – rozmowa z aktorem, Pawłem Królikowskim

Porzucił aktorstwo na rzecz produkcji programów telewizyjnych. Wiódł spokojne, choć zapracowane życie do momentu, aż ukończył… czterdzieści cztery lata. Role w serialach „Pitbull” i „Ranczo” nie dość, że przywróciły go do cechu aktorskiego, to jeszcze przyniosły ogromną rozpoznawalność, liczne nagrody i co tu dużo mówić – drugi oddech w karierze.

Do której ze swych ról jest pan szczególnie przywiązany?


Czasem wydaje mi się, że to był Kusy z serialu „Ranczo”. Tylko nie wiem, czy lubię moje wyobrażenie na temat tej postaci, czy to, co widziałem w telewizorze. Muszę przyznać, że te dwa obrazy są rozbieżne. Faktycznie jednak jest tak, że polubiłem tę postać. Oczywiście zależne jest to od wielu ludzi, z którymi tworzy się takiego bohatera. To bardzo ważne, bo dziś rzadko ma się szansę dobrze poznać swoją postać, a jeszcze rzadziej polubić. Mam na myśli oczywiście tempo pracy. W przypadku Kusego i serialu „Ranczo” taka szansa była i uważam, że nie została zmarnowana. Tak przez moich partnerów, osoby stojące za kamerą, jak i przeze mnie.


Serial telewizyjny nie jest formą, którą darzylibyśmy szczególną estymą, pan może jednak mówić o sporym szczęściu do tejże formy.


Spotkanie z Patrykiem Vegą (reżyser i scenarzysta serialu „Pitbull” przyp. red.) i partnerami w serialu „Pitbull” było bardzo ważnym momentem w moim życiu zawodowym. Z kolei serial „Ranczo” przywrócił moją wiarę w świat. A jeszcze wcześniej prawie niezauważona forma czterech odcinków „Czwartej władzy”, gdzie grałem z Jackiem Borcuchem, przywróciła mnie do cechu aktorskiego.


Z wielu publikacji wynika, że przed tymi produkcjami właściwie nie istniał pan zawodowo…


To nieprawda. Zawsze byłem bardzo zajętym człowiekiem. Kilka razy zmieniałem zawód i bezustannie byłem pochłonięty pracą. Nie czekam na propozycję. Czasami wykonuję może nie najlepiej widziane ruchy, mianowicie słysząc o jakimś ciekawym projekcie, mówiąc kolokwialnie, próbuję się koło niego pokręcić. W naszym środowisku aktorskim panuje opinia, że należy czekać na gwiazdkę z nieba. Oto siedzę w swojej limuzynie i odzywa się nagle telefon od wielkiego producenta... Oczywiście są to brednie.


A co obecnie zawodowo pochłania Pawła Królikowskiego?


Próbuję odnaleźć się w angielskiej farsie. Dyrektor Teatru Komedia, Tomasz Dudkiewicz, od jakiegoś czasu zapraszał mnie do współpracy, a ponieważ jest bardzo miłym facetem, zgodziłem się. To brzmi może trochę jak przytyk, ale tak nie jest. Rzadko spotyka się osoby tak pełne pogody, kultury i energii. Wracając do samej sztuki, rzecz idzie o sprawy łóżkowe. Dwa uwikłane w różne relacje małżeństwa i kilka dodatkowych barwnych postaci.


Żona jest zapracowaną aktorką, pan również nie narzeka na nadmiar wolnego czasu, jak zatem udaje się wam pogodzić życie zawodowe z rodzinnym?


Nie udaje się (śmiech). To bardzo trudne. Jakby człowiek chodził do pracy na ósmą, wracał do domu na obiad, na który go stać, tak samo zresztą jak i na ten dom, to mogłaby być optymalna konstrukcja rodzinnego świata. Tyle że rzeczywistość wygląda inaczej. Zupełnie inaczej.


Zupełnie inaczej, bo też nie jesteście taką zupełnie normalną rodziną, a raczej aktorskim klanem.


Kiedy myślę o dwóch najstarszych synach, jestem im bardzo wdzięczny. Przeszli z nami trudną drogę. Nie mieliśmy nic i z Antkiem na plecach, niewielkim dobytkiem pod pachą, lękiem w sercu i dużą nadzieją w oczach szliśmy do przodu. Nasz najmłodszy syn, dwuletni Ksawery ma już zupełnie inny obraz świata. Zawsze z Małgosią będziemy wdzięczni najstarszym synom, że tak naprawdę byli maleńkimi, ale fantastycznymi kumplami. Pełnymi tolerancji na niepewność jutra. Kiedy dostawali drogie zabawki, to się nimi cieszyli, ale jak przyjeżdżali z elektrowni wyłączyć nam prąd, nie robili z tego problemu.


Najstarszy syn pewnie nabrał sporego dystansu do zawodu rodziców.


Rzecz w tym, że on widzi go nadal w różowych barwach. Obecnie jest bardzo rozchwytywaną młodą osobą. Powiedziałbym nawet, że posiadającą spore predyspozycje do zawodu, tak reżysera, jak i aktora.


Angażuje się pan w karierę Antoniego?


Oczywiście. Skończył niedawno film fabularny („Matura 47” w reżyserii Janusza Majewskiego), gdzie grał jedną z głównych ról. Opowiadałem mu, jak ma się zachowywać po filmie, kiedy wróci już do domu. Czego nie robić. Otóż nie szukać towarzystwa. Wiadomo, że w takim momencie czuje się pustkę. Wystrzeliło z niego dużo adrenaliny, dużo energii. Człowiek jest jak silnik – kiedyś chodził na wysokich obrotach, aż tu nagle odczepili mu przyczepę. Nie ma sensu wciskać gazu do dechy na jałowych obrotach. Trzeba się wyciszyć, poszukać dobrej książki, filmu, wyjechać na parę dni. Mnie tego nikt nie powiedział i przez to robiłem różne głupstwa.


A jaki jest ten pański sposób na wyciszenie?


Lubię popracować koło domu, a jak już mnie tak przyciśnie do dna, to jadę w góry. Wiem, trochę to banalne...


A recepta na dobrą formę, tę fizyczną, ale i psychiczną?


Na dobrą formę polecam gromadę dzieci, rąbanie drewna i pracę koło domu (śmiech). To naprawdę bardzo dobrze robi, przynajmniej w moim wypadku się sprawdza. I daje energię. Ostatnio na przykład przyjechałem z próby o drugiej w nocy, a córcia o 6.45 pacnęła mnie w nos i powiedziała „Wstawaj tata, do szkoły masz mnie zawieść”. I jak tu nie być w formie.


Dobrą formę gwarantuje również hobby. Miałem okazję być w pańskim garażu, gdzie stoją różne cacka z tak zwanych demoludów, ale nie tylko.


Kiedy dostałem pierwszy rower, to częściej w nim „dłubałem”, niż jeździłem. Fascynujący jest moment, w którym uruchamiam, dajmy na to, skuter, który przez kilkanaście lat stał gdzieś niekompletny i skorodowany. Mój wysiłek, który sprawia, że zaczyna on wyglądać, i najważniejsze, działać, daje ogromną satysfakcję. Dla mnie to jest sposób na zatrzymanie w sobie kawałka dzieciństwa, który przywraca ochotę do życia. A co do konkretów, mam motorower Komar, skuter Osa, Zastawę i rzadko spotykany model Alfa Romeo.


Ponoć włada pan biegle językiem czeskim, tak w mowie, jak i w piśmie?


W Czechach bywałem bardzo często. Zresztą realizowałem program z czeską telewizją. Na pograniczu polsko-czeskim widoczne jest przenikanie kultur. Mamy sobie nawzajem dużo do powiedzenia, ponieważ jesteśmy bardzo odmienni.


Rodzina wielodzietna, a niewątpliwie taką razem z żoną tworzycie, w Polsce nie jest modelem oczywistym. Mam na myśli brak akceptacji społecznej i nieszczególnie przychylne instytucje publiczne...


Pamiętam, że kiedy pracowałem w telewizji, moje koleżanki z redakcji głosiły teorię, według której posiadanie wielu dzieci miało świadczyć o upośledzeniu umysłowym. Byłem bezsilny w polemizowaniu z takim stanowiskiem. Zawsze się zastanawiałem, jak to jest, że media i politycy są w dużym stopniu niechętni rodzinie i jej problemom związanym ze służbą zdrowia, szkolnictwem etc. Nie wiem, jak by się nam układało, gdybyśmy z Małgosią nie byli tak pracowitymi ludźmi, jak jesteśmy. Jak wyglądałyby nasze relacje ze społeczną służbą zdrowia, szpitalami. Małgosia, mimo że urodziła piątkę dzieci, nigdy nie była na urlopie macierzyńskim. Nawet nie umiem opowiedzieć jak dzielną kobietą jest moja żona. Nigdy nie wyciągaliśmy po nic ręki. Mam wrażenie, że ja, ale również znajomi posiadający gromadkę dzieci, robią to na własne ryzyko.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze