Rywalizuję sama ze sobą - rozmowa z Moniką Pyrek

O sporcie, rywalizacji i odpoczynku z Moniką Pyrek, sławną polską lekkoatletką, rozmawia Sybilla Walczyk.

Podobno to dzięki bratu została pani lekkoatletką?


W dzieciństwie zawsze robiłam to samo, co mój starszy brat. Gdy on wchodził na drzewa, to ja też. Gdy on grał w piłkę nożną, to i ja chciałam. W pewnym momencie brat skupił się na koszykówce i zaczął grać w reprezentacji szkoły podstawowej. Ja – ponieważ wtedy go naśladowałam – również zaczęłam o tym marzyć. Na szczęście okazało się, że się, że mam predyspozycje do koszykówki. Pamiętam, że podczas ferii zimowych mieliśmy zaplanowany mały obóz koszykarski w drużynie podstawówki. A ponieważ nasza sala gimnastyczna była remontowana, więc przeniesiono nasze zajęcia na halę lekkoatletyczną, gdzie były zawieszone kosze. W tym czasie rozchorował się nasz nauczyciel, a zastępstwo za niego objęła wówczas trenerka Bogusława Klimaszewska, która prowadziła zajęcia z lekkiej atletyki. I tak to się zaczęło.


Zdaje sobie pani sprawę, że to właśnie dzięki pani skok kobiet o tyczce jest tak popularną dyscypliną w naszym kraju?


Przyznam szczerze, że staram się o tym w ogóle nie myśleć. Natomiast cieszę się z rosnącego zainteresowania moją konkurencją wśród dzieci. Z ciekawością śledzę, jak to się rozwija i mam nadzieję, że maluchy pokochają lekkoatletykę tak jak ja.


Jest pani drobną kobietą. Można by panią posądzić o żywienie się wyłącznie sałatą i wodą mineralną. Czy stosuje pani jakąś niskokaloryczną dietę?


Nie. Oczywiście dbam o to, żeby była ona zbilansowana. Jem dużo "czerwonego" mięsa, warzyw, owoców. Muszę dbać także o to, żeby dostarczać organizmowi odpowiednią dawkę żelaza, bo od zawsze mam problem z anemią. Nie jem tłustego mięsa i staram się ograniczać pożeranie chipsów. I oczywiście piję dużo płynów, a czasami pozwalam sobie także na coca colę.


A słodycze?


Nie odmawiam ich sobie. Zwłaszcza w trakcie zawodów pomiędzy skokami bardzo często podjadam batonika. Po treningu zdarza mi się pochłonąć nawet całą tabliczkę czekolady. Nie odmawiam sobie słodyczy, ale jednocześnie znam umiar.


Jeśli już jesteśmy przy zawodach: do walki dopingują panią porażki czy sukcesy?


Porażka sprawia, że w człowieku wyzwala się energia – chce się udowodnić sobie i innym, że to było tylko potknięcie, przypadek. Z kolei sukces daje „kopa” energii. Dzięki niemu człowiek ma apetyt na więcej.


Dba pani o to, żeby postrzegano panią nie tylko jako sportowca ale – a może przede wszystkim - także jako kobietę?


Przede wszystkim jestem kobietą, a dopiero potem lekkoatletką, która skacze o tyczce. Dlatego zawsze staram się wyglądać atrakcyjnie. Idąc na skocznię nie zapominam o lekkim makijażu. Śmieję się, że to taka broń na przeciwniczki, o której wspominał kiedyś Andrzej Niemczyk, trener kobiecej siatkówki. Świadomość, że wyglądam nienagannie, dodaje mi pewności siebie.


W trakcie zawodów kobiety walczą inaczej niż mężczyźni?


Mam wrażenie, że kobiety rywalizację traktują poważniej niż panowie. Zdarza się, że konkurowanie przenosi się z bieżni na życie prywatne. Uważam, że zdrowa rywalizacja jest jak najbardziej potrzebna, bo mobilizuje obie strony, jednak zawsze trzeba postępować zgodnie z zasadami fair play. A przede wszystkim trzeba rywalizować ze sobą samym, bo sport polega właśnie na pokonywaniu siebie i swoich słabości.


Czego nie lubi pani u kobiet, a czego nie toleruje u mężczyzn?


Staram się szukać w ludziach dobrych cech. Ale rzeczywiście, niektóre zachowania doprowadzają mnie do szału. W przypadku mężczyzn denerwuje mnie to, że nie słuchają pań. Nie podoba mi się, gdy panowie nie czekają aż kobieta skończy swoją wypowiedź, bo zakładają, że nie ma ona nic ciekawego do powiedzenia. Z kolei u kobiet nie lubię braku szczerości. Na szczęście w moim otoczeniu rzadko spotykam tego rodzaju osoby.


Najważniejsze momenty w pani karierze sportowej?


Sport obfituje w piękne chwile i mam nadzieję, że przede mną jest ich jeszcze wiele. Każdy dobry skok na dużą wysokość sprawia mi ogromną radość. Nie ukrywam, że pobicie rekordu życiowego daje sportowcom energię do jeszcze cięższej pracy na treningach.

Do tej pory najpiękniejszym momentem było zdobycie srebrnego medalu Mistrzostw Świata w Helsinkach oraz pobicie rekordu Europy w 2001 roku choć był w moim posiadaniu tylko przez osiem dni... Niestety, mój rekord został pobity przez inną zawodniczkę po tych ośmiu dniach.


A jak radzi sobie pani ze stresem? Tego przecież w sporcie nie brakuje.


Żeby stres mnie nie „zjadł” stosuję specjalne technik, które wypracowałam z psychologami sportowymi. Musiałam nauczyć się rozluźniać i skupiać w stresujących chwilach się na pozytywnych stronach sytuacji.


W jaki sposób zatem pani odpoczywa?


Ponieważ jestem osobą bardzo aktywną i wiecznie zajętą, więc gdy tylko mogę sobie na to pozwolić, po prostu słodko leniuchuje. Ogromną radość sprawiają mi spacery i zabawa z moim pieskiem.


Pani od zawsze lubiła sport, ale dziś dzieci coraz częściej wolą spędzać czas przed komputerem i telewizorem, niż kopać w piłkę. Jak zachęcić je do ruchu?


Myślę, że dużo zależy od tego, w jaki sposób rodzice i wychowawcy promują sport. Wydaje mi się, że powinniśmy otwarcie mówić o nim jako o szansie na spełnienie siebie i swych marzeń i nie zapominać, że sport polega także na pokonywaniu własnych słabości. Jest on taką samą szansą na osiągniecie wysokiej pozycji życiowej jak każdy inny zawód. Warto zachęcać dzieci do sportu, nawet jeśli ma on być uprawiany amatorsko – bo każda aktywność daje wiele radości, buduje więzi międzyludzkie i jest konieczna dla prawidłowego rozwoju.


A czego pani życzyć?


Przede wszystkim zadowolenia z siebie - nie tylko w życiu zawodowym, ale także prywatnym. Oraz zdrowia, radości i odrobiny szczęścia...

Autor: Sybilla Walczyk

Komentarze

  • 2016-03-30 gość

    Słodki i lekki wywiad. Takie lubię. :-D