Przesądy, czary, zabobony

Nie podajemy sobie też rąk na powitanie czy pożegnanie przez próg. (…) W przeszłości to były już przesądy i zabobony dużego kalibru. Czy jednak przed wiekami było to zacofanie i ciemnota? Miałbym sporo wątpliwości. Raczej widziałbym w tym sposób „magicznego myślenia”. I mały przykładzik przy zbieraniu przed wiekami ziół leczniczych. Nie było to takie sobie zwykłe zbieractwo. Czynności tej zawsze towarzyszyło wiele przesądów.

I jak tu nie wierzyć w czary, przesady czy zabobony! Słynna niemiecka ośmiornica Paul aż kilkakrotnie na Mundialu 2010 w RPA „przepowiedziała” zwycięstwo konkretnej drużyny piłkarskiej; w półfinale trafnie przepowiedziała przegraną Niemców i wygraną Hiszpanów i w finale też się nie omyliła, wskazując ponownie drużynę Hiszpanii. I faktycznie Hiszpanie zdobyli Puchar Świata! Można się śmiać, można pokpiwać, ale… coś jest na rzeczy. Tylko co? Przypadek?

A może jest to zjawisko z grupy paranormalnych, którego w żaden logiczny sposób wytłumaczyć się nie da. No, bo jak? Władysław Szumowski w swojej „Historii medycyny” stwierdził rzecz następującą: „Cały świat jest pełen niewidzialnych związków i tajemniczych nici. Dać sobie radę z niewidzialnymi związkami i tajemniczymi mocami może jedynie człowiek za pomocą również tajemniczych sposobów, czarów, zamawiań, zaklinań, amuletów! Otwiera się tutaj szeroka droga dla sugestii. A równocześnie utrwala się nowy, potężny czynnik w życiu ludów pierwotnych, a mianowicie zabobon”.

Myślę, że nie tylko u ludzi pierwotnych. Człowiek dzisiejszy też wierzy w przesądy i zabobony. I nawet w jakimś sensie je kultywuje. A co! Nie reagujemy, jak nam (zwłaszcza za kierownicą samochodu) drogę przeleci czarny kot? – Na pewno – myślimy – zaraz nam się „coś” przydarzy niedobrego, np. kontrola „drogówki” za przekroczenie „wartości szybkości” (jak to zgrabnie określono niedawno w kabarecie rozrywki Artura Andrusa). Nie podajemy sobie też rąk na powitanie czy pożegnanie przez próg. Mówimy wtedy, że to bardzo nieładny zwyczaj, niekulturalny. Jakby na to nie patrzeć, są to bezsprzecznie (mówiąc zdrobniale) „przesądki” czy „zabobonki”… ale są!

W przeszłości to były już przesądy i zabobony dużego kalibru. Ciekawą definicję „zabobonu” podał nasz największy leksykograf Władysław Kopaliński („Słownik mitów i tradycji kultury”, Warszawa 1985, s. 1319), pisząc: „Są to wierzenia albo praktyka religijna sprzeczna z kultem obowiązującym albo uznawanym w danej społeczności, zwłaszcza jeśli jest pozostałością dawnego systemu wierzeń i ceremoniałów, wzgardzonego obecnie jako przejaw myślenia magicznego minionych czasów, a w dzisiejszych ciemnoty i zacofania”.

Dosyć mocno to powiedziane. Czy jednak przed wiekami było to zacofanie i ciemnota? Miałbym sporo wątpliwości. Raczej widziałbym w tym sposób „magicznego myślenia”. I mały przykładzik przy zbieraniu przed wiekami ziół leczniczych. Nie było to takie sobie zwykłe zbieractwo. Czynności tej zawsze towarzyszyło wiele przesądów. I trudno się nawet temu dziwić, w sposobie zbieractwa bowiem baby zielarki upatrywały ich skuteczności (sic!). Najczęściej rośliny (zioła) należało zbierać o świcie z rosą poranną. Na przykład przeciw czarom miały służyć takie zioła, jak boże drzewko (Artemisia abrotanum L.), koszyczko (Werbena pospolita – Verbene officinalis L.), kozłek lekarski (Waleriana officinalis L.), ruta (Ruta graveolens L.) itp., ale zbierane wyłącznie przed wschodem słońca i… jedzone na surowo. Za najskuteczniejsze zaś zioła uważano te zbierane przed pełnią i ze wschodem słońca, tj. z przybywaniem światła „na wiosnę, w maju, kiedy cała przyroda budzi się do życia, natomiast nie należy zbierać bezpośrednio po pełni z ubywaniem światła, bo zioła wtedy zbierane szkodzą” (H. Biegeleisen, „Lecznictwo ludu polskiego”, Kraków 1929, s. 27).

Zresztą cytowany powyżej Biegeleisen za Pliniuszem podał z czasów rzymskich przykłady kopania i zbierania ziół leczniczych przed wschodem słońca. Dziś tamte praktyki przypomniane przez Biegeleisena uznamy za przesąd, czysty zabobon. Choć nie mogę się wyzbyć myśli, że w bardzo dużym uproszczeniu można w tych praktykach upatrywać swoistej (a nieświadomej) „dojrzałości wegetatywnej” roślin, opisanej naukowo już po II wojnie światowej przez prof. Wacława Strażewicza w Poznaniu. To właśnie prof. Strażewicz stwierdził, że w życiu rośliny, zwłaszcza tej, którą traktujemy jako leczniczą, jej „dojrzałością” jest moment, kiedy zawiera najwięcej ciał czynnych, stanowiących potencjalny „czynnik leczniczy”. Kiedy roślina „przejrzeje” czy wręcz uschnie, zawartość tych „ciał” jest o wiele niższa, czasami znikoma bądź nawet żadna.

Stwierdzenie to właściwie przeczyłoby wszelkim czynnościom „suszenia” ziół do ich późniejszego wykorzystania leczniczego. Ale jest to już zupełnie odrębny botaniczno-farmakognostyczno-farmakologiczny problem, który w tej chwili w zakres moich dociekań nie wchodzi. Chodziło tylko o przypomnienie magii, czarów, przesądów i zabobonów. Tylko tyle.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze