Potrafię walczyć o swoje - małgorzata socha

Próbuję być prawdziwa we wszystkim, co robię. A jednocześnie jestem aktorką a to  powoduje, że czasami unoszę się pięć metrów nad ziemią i ktoś mnie musi ściągnąć na dół.

- Jak wspomina pani udział w „Tańcu z gwiazdami", ciężko było?


Biorąc udział w programie, żyłam w niesamowitym pędzie, cierpiałam na chroniczny brak czasu, niedosypiałam. Ale jednocześnie wspominam ten okres jako świetną zabawę i przygodę na całe życie. Jako kobieta zrobiłam także coś dobrego dla siebie, na przykład zmobilizowałam się do aktywności fizycznej, musiałam intensywnie ćwiczyć. Nie byłam przekonana do udziału w tym programie, ale z każdym odcinkiem coraz lepiej odnajdowałam się w tej formule.


- Czy umiejętność tańca towarzyskiego przyda się później?


Nie wiem, nie miałam jeszcze okazji, żeby to sprawdzić (śmiech). Na początku myślałam o tańcu, jak chyba większość z nas: przecież każdy umie się poruszać, tańczy gorzej lub lepiej. Chodzimy do klubów, na imprezy, prywatki. Jednak taniec towarzyski nie ma z tym nic wspólnego. To zupełnie inna bajka. Dlatego też do tej pory nie miałam okazji potwierdzić swoich umiejętności. Ciekawe, czy się tego z czasem nie zapomina? W finałowym odcinku programu się przekonam (śmiech).


- Dlaczego zdecydowała się Pani na udział w tym show? Pamiętam, jak wcześniej mówiła Pani, że nie zależy jej na popularności, jaką niesie ze sobą udział w tego typu programach.


Tak, to prawda. Pamiętam, jak to mówiłam, i rzeczywiście był czas, kiedy tak myślałam. Nie wystąpiłam w „Tańcu z gwiazdami" licząc na popularność, czy też na płynące z tego korzyści finansowe. To miało dla mnie naprawdę drugorzędne znaczenie. Przede wszystkim postanowiłam sobie, że zrobię to dla siebie. Byłam pełna wątpliwości, długo mnie namawiano. A potem pomyślałam, że może to jedyna okazja, żeby wziąć udział w tego typie programie. I zdecydowałam, że to może być tylko „Taniec z gwiazdami" Śpiewać i tak raczej nie będę chciała, na łyżwach jeździć fajnie, ale trochę niebezpiecznie. Ktoś może mi zarzucić, że jestem niekonsekwentna w tym, co mówię, a potem robię. Ale ja do końca miałam takie dylematy: „Po co mi to było?" Ostatecznie jestem zadowolona, że wystąpiłam w tym show. I co ważne, w życiu bym nie podejrzewała, że udział w takim programie będzie tak niesamowitym sprawdzianem psychiki. Okazuje się, że stać nas na wiele więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.


- Mówi się, że prawdziwe sukcesy odnoszą Ludzie, którzy są tak zdeterminowani, że ich jedyna myśl to: wygrać.


Wydaje mi się, że tak jest. Trzeba być pewnym tego, co się robi, wierzyć w to do końca. Możliwe, że to był mój błąd, że psychicznie byłam za słaba, żeby dotrwać do ścisłego finału. Bo jednak moim celem nie była wygrana za wszelką cen


- Dzięki takiemu sprawdzianowi wytrzymałości fizycznej i psychicznej pewnie wie Pani więcej o sobie. Jaką Pani jest kobietą: silną, niezależną czy jednak subtelną i delikatną, której się zdarza bujać w obłokach?


Jestem spod znaku Byka, stoję mocno na nogach i staram się realnie oceniać siebie i rzeczywistość. Ale zodiakalne Byki mają to do siebie, że zdarza im się gdzieś odlatywać, głowa szybuje wysoko w chmurach. Też tak mam. Z jednej strony, to może ciekawe, z drugiej - niezbyt korzystnie. Zależy od punktu widzenia. Próbuję być prawdziwa we wszystkim, co robię. A jednocześnie jestem aktorką, wykonuję zawód artystyczny, a to też powoduje, że czasami unoszę się pięć metrów nad ziemią i ktoś mnie musi ściągnąć na dół.


- I kto wtedy pociąga za sznurek?


Czasami sama, ale najczęściej chyba jednak mój narzeczony, który jest inżynierem, ma umysł ścisły i doskonale wie, jak mnie przywołać do porządku... (śmiech). Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Doskonale się uzupełniamy. Jest taką przystanią, opoką i kimś dla mnie niezwykle ważnym w sferze zarówno uczuciowej, jak i życiowej. Wiem, że zawsze mogę na nim polegać. On jest jak takie mocne drzewo, które będzie stało i nic nie jest go w stanie zwalić, będzie przy mnie trwał. Chodzi oczywiście o niezwykle istotne dla każdej kobiety poczucie bezpieczeństwa. Zawsze mówiłam, że chcę mieć normalną rodzinę, dom, dzieci. Ktoś może powiedzieć: O, Boże! Jaka ona jest przyziemna, mieszczańska! Trudno, niech sobie mówią. Ja tego potrzebuję, żeby dopełnić swojej kobiecości, a nawet człowieczeństwa.


- Walczy Pani z etykietkami przyklejanymi przez media? Na przykład z opinią, że jest pani aktorką serialową?


To dość zabawne, kiedy stosuje się takie daleko idące uogólnienia. Jestem po prostu aktorką. Jeśli założymy, że większość dziennikarzy, którzy przyklejają takie etykietki, ogląda tylko seriale, zrozumiemy, dlaczego piszą, że jestem aktorką serialową. Proste: nie znają mojego pozostałego dorobku, bo nie chodzą do teatru, do kina. Cieszę się, że ktoś przynajmniej zauważył, że jestem aktorką, bo jest dużo zawodów na „a": aktorka i amatorka. A to już jest zasadnicza różnica (śmiech). Staram się dobierać sobie różnorodne role, żeby nie wywoływać poczucia, że się powielam. Poza tym grając w serialach, naprawdę dużo się uczę, dowiaduję się coraz więcej także o sobie. Podsumowując: nie chcę walczyć z mediami ani z etykietkami. Po prostu, najlepiej jak potrafię, robię swoje.


- Którą ze swoich ról uważa Pani za najistotniejszą?


Sama chyba do końca nie wiem. Do tej pory mówiłam, że Marzenka w „Stacyjce" To rola, która sprawiła mi wiele satysfakcji. Choć mam nadzieję, że najważniejsza rola przede mną. Nie jestem jeszcze na tym etapie zawodowym, że mogę już przebierać w propozycjach. Cały czas chodzę na castingi, karnie stoję w kolejce. A potem czekam na telefon - czasami bardzo niespokojnie.


- Czyli castingi uczą pokory?


Wydaje mi się w ogóle, że zawód aktora jest dla ludzi pokornych. Zaczynając od momentu, kiedy młody człowiek dostaje się do szkoły teatralnej i na dzień dobry koledzy fundują mu „fuksówkę" I nagle dociera do niego, że znalazł się w tym gronie wcale nie dlatego, że jest taki fantastyczny, zdolny i genialny, tylko że po prostu miał ' fuksa. To naprawdę pozwala nabrać zdrowego dystansu do siebie i innych. To także niezła lekcja pokory, zderzenie z rzeczywistością, która nas będzie potem dotykała przez całe życie. To także zawód dla cierpliwych i wytrwałych, zawód, gdzie stale się czeka. Dlatego też trzeba się nauczyć wykorzystywać momenty przestojów. Korzystać z nich, by móc się rozwijać, pracować nad sobą, wzbogacać się.


- Przestoje, o których Pani mówi, mają podwójny wymiar. Z jednej strony jest to czekanie na rolę między produkcjami. Z drugiej - czas, kiedy czeka się na swoją scenę podczas pracy na planie. Podobno wtedy niektórzy raczą się trunkami...


To jest różnie, każdy ma swoją metodę (śmiech). Plan zdjęciowy to nasze miejsce pracy i mamy okazję spotykać się z kolegami, porozmawiać. Kiedy jestem na planie, staram się mieć ze sobą gazetę lub książkę, żeby nadrobić zaległości w czytaniu. A czasami jest też fajnie się po prostu wyciszyć. Trzeba się także nauczyć przebywać sam na sam ze sobą, co wcale nie jest takie łatwe w sytuacji, kiedy wokół jest pełno ludzi, zamieszanie, dużo się dzieje.


- A skąd się wziął pomysł na aktorstwo?


Jako dziecko jeździłam do rodziny na wieś. Moja babcia była niespełnioną aktorką, artystką i to ona zaszczepiła mi marzenia o scenie, o graniu. Ale jednocześnie przestrzegała mnie, że kiedy miała szansę wyjechać do Krakowa na nauki, to jej matka powiedziała krótko, że swojej córki na „stracenie" nie puści. Moja babcia chyba do końca życia żałowała tego swojego niespełnionego marzenia, opowiadała mi, jak to by było cudownie być aktorką i występować. Często recytowała mi różne kwestie ze spektakli, w których brała udział. A już po chwili sama sobie przeczyła, najwyraźniej mając w głowie słowa prababci. Upominała, żebym nigdy w życiu nie została aktorką, bo jest to trudny i bardzo niesprawiedliwy zawód, zwłaszcza dla kobiety.


- Ale, jak widać, nie posłuchała jej Pani.


Mam w życiu ten komfort, że wielu rzeczy nie robię z przymusu. Oczywiście, że z pasją wykonuję mój zawód. Kiedy kończyłam liceum, pomyślałam sobie, że mogę spróbować zdawać do szkoły teatralnej. Nie myślałam, że się dostanę. Chciałam tylko sprawdzić swoje siły, żeby potem nie żałować. I udało się! Wtedy dopiero zaczęłam inaczej myśleć. Ale ja już tak mam, że na wszystko potrzebuję czasu. Musiałam się przyzwyczaić do tej atmosfery, która panuje w szkole, do zajęć, do „fuksówki" do nowego trybu życia. Odnaleźć samą siebie w tym środowisku. Do tej pory pamiętam, z jakim zdziwieniem słuchałam kolegów, którzy opowiadali, że aktorstwo to było dla nich spełnienie marzeń, mistyczna sprawa. Mówili mi o mesjanizmie, przesłaniu kierowanym do ludzi. Dla mnie to było zabawne, bo jestem bardzo pragmatyczna, nigdy nie staram się naginać rzeczywistości. Staram się ją odbierać taką, jaka jest.


- A jak odebrała Pani zderzenie z szarą rzeczywistością podczas epizodu, którym była praca w agencji nieruchomości?


Na pewno nie każdy się do tej pracy nadaje. Może gdybym nie została aktorką, byłabym prawnikiem albo właśnie agentem nieruchomości? Już się tego nie dowiem. Ale rzeczywiście był taki moment w moim życiu, że nie miałam pracy. Zdarzyło się to po tym, jak zagrałam w filmie u Janusza Majewskiego, dostałam dobre recenzje i nagle się okazało, że nikt nie jest mną zainteresowany, nie otrzymywałam żadnych propozycji. Było ciężko, a żyć trzeba: rachunki, kredyty, wiadomo, samo życie. Więc zaczęłam myśleć, co ja jeszcze potrafię robić. Zobaczyłam ogłoszenie w gazecie, że szukają pracownika do agencji nieruchomości. I to był pierwszy telefon, który wykonałam i umówiłam się na interview. Pani, która ze mną rozmawiała, podejrzliwie na mnie patrzyła, jakby miała wrażenie, że zaraz ktoś z tyłu wyskoczy i krzyknie: „Ukryta kamera!" (śmiech).


- Ona wiedziała, że jest Pani aktorką?


Tak. Nawet mnie pytała, dlaczego chcę tu pracować. Mimo tej początkowej nieufności przyjęła mnie. Nie planowałam, że to będzie trwało tylko miesiąc i naprawdę starałam się swoją pracę wykonywać rzetelnie. Nawet udało mi się sprzedać jedno mieszkanie, a drugie wynająć, z czego jestem dumna. Można więc powiedzieć, że odchodziłam z sukcesami (śmiech). Niedługo później zaczęła się praca w dubbingu, pojawiły się kolejne propozycje i dlatego zrezygnowałam. Ale przy okazji pracy w agencji nieruchomości utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem silna, że potrafię zadbać o siebie, niczego nie muszę się wstydzić i nie muszę być zależna od kogoś. To dodaje wiary w nasze siły, że jak chcemy, to możemy przenosić góry i uda nam się to, co sobie wymarzymy. Cudowna wiara, że nic nas nie ogranicza. Doceniłam wtedy także wartość pieniądza. To znaczy zawsze ją znałam, bo nie pochodzę z bogatego domu, gdzie cokolwiek miałabym podane na tacy. Zawsze sama o wszystko zabiegałam i walczyłam. Ale tutaj zrozumiałam dodatkowo, jak trudno jest zarobić pieniądze i jak fantastycznie jest być docenionym przez innych. Fajnie jest, kiedy ktoś nam powie: „Dziękuję pani bardzo!" i życzy nam miłego dnia i jeszcze szczerze się uśmiechnie. To była także dla mnie cenna lekcja z tego powodu, że nauczyłam się doceniać pracę każdej osoby.


- Pani również intensywnie pracuje. A jak odpoczywa?


Mieszkam w Warszawie koto lasu Kabackiego, bo specjalnie szukałam miejsca, gdzie będę jeszcze w mieście, ale także już bliżej natury. Więc kiedy jest ładna pogoda, a mam wolny weekend - co na szczęście też się zdarza - chętnie wsiadam na rower i za trzy minuty jestem w lesie. Uwielbiam ten rodzaj wypoczynku. Zimą chętnie jeżdżę na nartach. Żałuję, ale mój przeciętny urlop trwa tylko tydzień, więc za krótko. Zazwyczaj wtedy odsypiam na plaży z książką przy boku (śmiech). Staram się wyjeżdżać raczej do ciepłych krajów, gdzie jest gwarancja pogody. W zeszłym roku wpadłam na pomysł, żeby na weekend wyskoczyć nad morze. Rezultat był taki, że 12 godzin spędziłam w samochodzie w jedną stronę, kolejne 12 godzin straciłam na powrót. Więc samym wypoczynkiem nad morzem cieszyłam się najkrócej. Teraz stwierdziłam, że poczekam na autostrady. Drogowcy mają czas do 2012...(śmiech).


- Lubi się Pani opalać?


Owszem, byle nie leżeć plackiem na plaży, bo to jest nudne. Kiedy się wybieram na wakacyjny wypoczynek, idę wcześniej 2-3 razy na solarium, przygotować się na promienie słońca, żeby nie było szoku dla skóry. Na plaży używam odpowiednich filtrów, najpierw wysokich, choć to też zależy od miejsca, w którym jestem. Z czasem, kiedy skóra już się przyzwyczai, schodzę na niższe, ale zawsze używam kremów z filtrami. Opalam się, czytając książkę, potem idę na spacer albo popływać. Nie mam jednego sposobu na łapanie brązu. W końcu kiedy mam wakacje, chcę czuć się wolna: robię to, na co mam ochotę, bez żadnego przymusu.


- Opalenizna powoduje, że ludzie wyglądają na młodszych, zdrowszych i ładniejszych.


Przede wszystkim po urlopie jesteśmy wypoczęci. Ale na pewno opalona skóra, ten przyjemny złoty kolor - mimo że od jakiegoś czasu lansowana jest zdrowa bladość - jest po prostu atrakcyjna. Promienie słoneczne są jak dawka szczęścia: fantastycznie się czujemy, uśmiechamy się, nasze baterie się ładują, mamy więcej energii, chce nam się aktywnie spędzać czas.


- Słyszałam, że także joga jest Pani sposobem na dobre samopoczucie.


Od jakiegoś czasu nie ćwiczę, choć właśnie sobie myślę, że przyjemnie byłoby znowu się ruszyć. Żeby nie stracić tego, co zrobiłam dla swojego ciała podczas treningów w „Tańcu z gwiazdami" Zastanawiam się, co to mogłaby być za dyscyplina, żebym się w niej dobrze czuła. Ćwiczenia konieczne do programu były jednak dla mnie zbyt ekstremalne. Nigdy wcześniej nie musiałam tak intensywnie trenować. Nawet nie myślałam, że jestem do tego zdolna. Ale coś sobie na pewno znajdę, bo to między innymi sport sprawia, że czuję, że w moich żyłach szybciej płynie krew i fajnie żyję. I tak ma być!

Autor: Monika Sadowska

Komentarze