Polska w pigułce

Tylko 10 dni? To stanowczo za mało, żeby dobrze poznać Polskę! Ale kuzyn z zagranicy, który właśnie do nas zawitał, więcej urlopu po prostu nie ma. Nie szkodzi, Polska w pigułce i tak może być fascynująca.

Samolot wylądował. Pewnie w Warszawie, na Okęciu, jak ma to miejsce przy większości międzynarodowych rejsów. Zanim pomkniemy z zagranicznym kuzynem do naszego rodzinnego miasta, warto się w stolicy na chwilę zatrzymać. Kto psioczy, że brzydka, brudna i głośna, pewnie dawno w niej nie był. Bo Warszawa wypiękniała i stała się metropolią z prawdziwego zdarzenia.

Zacznijmy od gwiaździstego Placu Zbawiciela. Dlaczego akurat tam? Bo to miejsce, jak żadne inne oddaje klimat Warszawy. Jest tu pierwszy polski wieżowiec z 1912 roku (dziś siedzibę mają tu Metodyści), na którego ostatnim, ósmym piętrze było atelier filmowe, gdzie swoje pierwsze nieme filmy kręciła sama Pola Negri. Naprzeciw „Metodystów” stoi jeden z najładniejszych warszawskich kościołów - Zbawiciela , obok szklane banki, a wokół świetne knajpki – eleganckie kawiarnie, undergroundowe kluby oraz autentyczną wietnamską restaurację, gdzie jadają Wietnamczycy, największa i już dobrze zakorzeniona mniejszość w Warszawie. Niezależnie od wieku kuzyna czy jego znajomości historii, trzeba go zabrać do Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest supernowoczesne, multimedialne, interaktywne… Po prostu fascynujące!

Na liście „musisz zobaczyć” są jeszcze Łazienki z pałacem na wodzie, najładniejszy park w tej części Europy. A potem spacer po niewielkiej Starówce. Jeśli kuzyn jest Francuzem, trzeba zatrzymać się przy ul. Freta 16, gdzie urodziła się Maria Skłodowska – Curie, i ostatecznie przekonać go, że najmądrzejsza kobieta w historii była Polką. Na koniec zdjęcie z naszym krewnym przy Syrence. Banalne? W takim razie sfotografujmy się pod sztuczną palmą na rondzie de Gaulle’a przy Alejach Jerozolimskich. Egzotyczne drzewko to artystyczny happening Joanny Rajkowskiej, który warszawiacy od razu uznali za nowy symbol miasta.


Siedem cudów

Z Warszawy blisko na Mazury. Czy słusznie weszły do ścisłego finału konkursu na Nowe Siedem Cudów Natury? Warto się o tym samemu przekonać. Organizowany przez fundację „New7Wonders” internetowy plebiscyt z 28 półfinalistów ma wyłonić zwycięską siódemkę. Wyniki dopiero w 2011 roku, ale liczy się każdy głos (także kuzyna).

Dojedźmy więc do ślicznych Mikołajek, spróbujmy szarlotki na ciepło w kawiarni w Malajkinie (firmowanej przez aktora Wojciecha Malajkata) i na dwa dni wynajmijmy żaglówkę. Większość mazurskich jezior łączy się ze sobą w jeden wodny system, można więc zwiedzić całe Mazury od strony wody. Jeśli nie mamy patentu żeglarskiego, warto popłynąć jednym ze stateczków przez największe polskie jezioro, czyli Śniardwy.

Jeśli kuzyn nie przepada za wodą, można pojechać z nim do Białowieży, a dokładnie do wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Białowieskiego Parku Narodowego. Te knieje robią wrażenie! I tak w czasach Mieszka wyglądała cała Polska. Przez park biegną trzy oznakowane szlaki, po których można poruszać się bez przewodnika. Największą atrakcją parku jest żyjący tu żubr, największy europejski ssak. Polacy go uwielbiają, więc zwierzę stało się symbolem banków czy najpopularniejszych polskich trunków. I dobrze, żeby kuzyn kupując za kilka dni na lotnisku żubrówkę, o tym pamiętał.

Konkurujący urodą z Białowieskim Parkiem jest Park Biebrzański, też na północny wschód od Warszawy. Jesienią to on zdobywa złoto pod względem urody. Przede wszystkim dzięki zmieniającym kolor o tej porze roku szuwarom, trawom i krzakom. Największym atutem parku jest pełne zakoli rozlewisko Biebrzy i rozległe bagna. Wiele tu pieszych szlaków. Maskotką tego regionu jest łoś, nieco tylko mniejszy od żubra. Całkiem często można go spotkać, jak spaceruje sobie po łąkach i nic nie robi sobie z turystów, którzy mierzą do niego z aparatów fotograficznych.

Zanim opuścimy tę część Polski, warto zajrzeć do Tykocina. To urocza, niewielka miejscowość, z tradycyjną drewnianą zabudową. Zachowała się tu przepiękna synagoga z 1642 roku (druga, co do wielkości w Polsce), a także barokowy kościół Św. Trójcy. Klimat miasteczka można porównać do Kazimierza nad Wisłą, z tym zastrzeżeniem, że w Tykocinie prawie nie ma turystów. Czas płynie tu wolno, dlatego warto poświęcić pół dnia na spacer brukowanymi uliczkami, obejście koszarów z XVII wieku, zdjęcie pod pomnikiem Stefana Czarnieckiego z 1763 roku. Wszystko jak z „Potopu” Henryka Sienkiewicza, kuzyn będzie zachwycony! Chyba, że na co dzień mieszka w Szwecji i Czarniecki nie najlepiej mu się akurat kojarzy.


Kierunek południe

Jeśli pada i wieje, lepiej od razu pognać do miast. Kraków przewidział to wieki temu i dlatego swoje najsłynniejsze targowisko, czyli Sukiennice z klasą zadaszył. Miasto ma kilka punktów, których ominąć po prostu nie wolno: kościół Mariacki z ołtarzem Wita Stwosza, największy w Europie Rynek, Wawel. Ale myli się ten, kto uważa, że to jedno wielkie muzeum. Kraków tętni życiem, o czym można przekonać się na Kazimierzu, w dawnej żydowskiej dzielnicy miasta. Mnóstwo tu kawiarni i klubów, z tajemniczą Alchemią na czele, gdzie do kolejnych sal przechodzi się tu przez szafę. Jeśli kuzyn interesuje się współczesnym designem (albo urodził się w Japonii), koniecznie trzeba mu pokazać Manggha, czyli Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej. Założone przez Andrzeja Wajdę centrum jest nie tylko arcyciekawe z zewnątrz (zdobyło tytuł ikony architektury polskiej), ale także wewnątrz, co docenił sam cesarz Akihito.

Jeśli nadal pogoda nie dopisuje, zabierzmy kuzyna pod ziemię, gdzie deszcze i wiatry nas nie dosięgną. Do wyboru są kopalnie soli w Wieliczce i w Bochni. Ta pierwsza jest bardziej utytułowana (wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO) i pewnie piękniejsza (np. wspaniała kaplica Św. Kingi, gdzie wiszą żyrandole z kryształków soli). Bochnia nęci innymi atrakcjami – restauracją, minihotelem, salą do gry w siatkówkę czy koszykówkę. Wszystko 250 metrów pod ziemią! To tu odbywał się ostatnio XII Międzynarodowy Turniej Judo.

Jeśli kuzyn ma trochę sportowego zacięcia warto skoczyć z nim jeszcze bardziej na południe, w polskie góry. Do wyboru są Pieniny, Gorce, Beskidy… Ale największe wrażenie i tak zrobią Tatry, nawet jeśli nasza wycieczka ograniczy się do kilkugodzinnego spaceru z Zakopanego do Morskiego Oka. Ważne, żeby była o własnych siłach, a nie na wozie ciągniętym przez konie. Jeśli nie starczy czasu na góry, przynajmniej wybierzmy się wspólnie na najnowszy film o Janosiku.


Miejskie klimaty

Mało czasu! Urlop kuzyna się kończy, a my mamy jeszcze długą listę atrakcji. Trzeba wybierać między Wrocławiem (kilka lat temu odrestaurowany, wszystko wskazuje na to, że chce konkurować z samym Krakowem), Toruniem (hasło reklamowe miasta „gotyk na dotyk” nie jest przesadą. Do tego te pierniki!), Zamościem (renesansowe miasto idealne, stworzone na podobieństwo człowieka) czy Lublinem (magiczny klimat jak z książki „Sztukmistrz z Lublina”). A może warto wycieczkę zakończyć w Trójmieście? Tym bardziej, że po drodze można zahaczyć o świetnie zachowany zamek wielkich mistrzów krzyżackich z Malborku. Trójmiasto ma tę przewagę nad innymi miastami w Polsce, że łączy trzy w jednym. Gdańsk serwuje historię i zabytki (od Dworu Artusa, przez Żuraw, po fontannę Neptuna), Gdynia energię biznesowego centrum (największe stężenie przedsiębiorców w Polsce), zaś Sopot czystą rozrywkę. Rano można z kuzynem pochodzić po molo (najdłuższe w Europie, ponad pół kilometra!), na którym odbywają się koncerty i happeningi.

Po południu przejść Monciakiem, czyli ulicą Bohaterów Monte Cassino, głównym deptakiem miasta, na którym uliczni muzycy rywalizują z kuglarzami na szczudłach. Wieczorem zaś zajrzeć do jednego ze słynnych sopockich klubów – Mandarynki, Soho, Sfinksa, SPATiFu... Tu zabawa trwa do białego rana. Byleby tylko kuzyn nie przedobrzył i nie spóźnił się na samolot powrotny do domu.

Autor: Anita Czech

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    dokladnie - nasza ukochania Polska :)

  • 2016-03-31 gość

    Cudze chwalicie, swego nie znacie;)