Podarunek życia. życie dzięki przeszczepom

Gdy nerki, serce, wątroba, płuca, trzustka, jelita człowieka są poważnie i nieodwracalnie uszkodzone, transplantacja narządów staje się jedynym sposobem na uratowanie zdrowia lub życia. Co roku w Polsce dzięki przeszczepom wraca do zdrowia blisko tysiąc pięćset osób.

Pierwszym biorcą nerki w Polsce była Danusia Milewska, młoda, dziewiętnastoletnia uczennica szkoły pielęgniarskiej. Dziewczyna była nieuleczalnie chora, a długo i źle leczone zapalenie nerek doprowadziło do tego, że konieczne było przewlekłe dializowanie. Leżała w szpitalu od wiosny 1965 roku. Dwaj profesorowie: nefrolog Tadeusz Orłowski i chirurg Jan Nielubowicz zdecydowali się na przeprowadzenie przeszczepu nerki u Danusi.

Nerka pochodziła od kobiety, która zmarła po ciężkim wypadku. Pobrano ją, gdy przestało bić serce chorej i nie powiodła się próba reanimacji. Uzyskano na zabieg konieczną wówczas zgodę prokuratora. Operacja trwała zaledwie 57 minut, a wszczepiona nerka podjęła swą czynność. Niestety, osłabiony długą chorobą organizm nie miał sił na walkę z ostrym zapaleniem trzustki. Danusia zmarła 16 lipca 1966 roku.


Dostałam nowe życie!

Samotnie wychowuję syna. Dom, praca, dziecko, to było całe moje życie. Kiedy mój syn przygotowywał się do komunii miałam 34 lata. Wszystko było na mojej głowie. Nie miałam czasu zajmować się tym, że czuję się ciągle zmęczona, mam opuchnięte nogi i z trudem pokonuję trzy piętra do mieszkania – mówi Teresa Bula. Uznałam, że to zwykłe przepracowanie, że wystarczy odpocząć i wszystko wróci do normy. Tak się jednak nie stało. Jej stan pogarszał się. Zrobiła badania kontrolne i usłyszała wyrok: marskość wątroby.


Nie ma ratunku

– Pomyślałam wtedy: mój syn jest zaledwie kilka miesięcy po komunii, a ja muszę umierać? Nie dożyję jego osiemnastki, nie zobaczę wnuków. Szczęśliwie usłyszałam: kwalifikacja – przeszczep. Od tej pory nie rozstawałam się z komórką, byłam spakowana do szpitala i czekałam w nadziei, że telefon zadzwoni. To trwało rok.

W pełnej gotowości czekała cała rodzina. Każdy miał swoje zadanie w razie wezwania. Ojciec i brat mieli jechać ze mną, a mój syn – opiekować się moją mamą, która ciężko chorowała i, jak się okazało później, nie dane jej było doczekać dnia, w którym dostałam nowe życie. – Stojąc nad trumną poprosiłam, aby wstawiła się za mną tam, gdzie idzie – opowiada Teresa Bula.

Jej modlitwa została wysłuchana 14 dni później. – Dwa razy otrzymałam wezwanie „jest dla pani wątroba” i dwa razy wróciłam do domu z niczym – kontynuuje. – Wątroba była nieodpowiednia – mówili lekarze – może następnym razem. Poczułam zwątpienie – nie zdążę – myślałam, moje wyniki były coraz gorsze, obok pierwszego guza pojawiły się następne i następne. Byłam przerażona. Trzeciego stycznia 2005 roku znowu usłyszałam w słuchawce: „jest dla pani wątroba, jak szybko może pani do nas dotrzeć?”. Następnego dnia – stało się – dostałam nowe życie. Mogę teraz robić wszystko: biegać, tańczyć, jeździć na rowerze, zaplanować 80-te urodziny, nauczyć się chińskiego. Wszystko jest możliwe.

Dzisiaj ma 46 lat i nie boi się już planować przyszłości. Ludzie często pytali, czy bała się przeszczepienia. Jak można bać się czegoś, czego pragniemy i niecierpliwie na to czekamy? – Przed operacją czułam tylko strach, że w ostatniej chwili znowu usłyszę, że mam wracać do domu i czekać – mówi. – Żegnając się z ojcem przed operacją powiedziałam „na razie”, jakbym wychodziła gdzieś na chwilkę. Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć mojego DAWCY i jego rodziny, która podarowała mi nowe życie. Modlę się za wszystkich i nie ma słów, które są w stanie wyrazić moją wdzięczność.


Stowarzyszenie prosi o pomoc

Dlaczego działa w stowarzyszeniu „Życie po przeszczepie”?

– Dlatego, że mogę to robić (mam czas), ale przede wszystkim dlatego, że sama byłam na liście osób oczekujących na przeszczepienie. Wiem, jak się wtedy czułam i jak czuję się teraz. Chciałabym, aby moją radość z nowego życia mogli odczuwać również inni, aby ludzie nie umierali, niedoczekawszy narządu ratującego ich życie. Świadomość Polaków w sprawie transplantacji i przeszczepów jest znikoma. Zdecydowana większość ludzi, z którymi rozmawiam przyznaje, że wie na ten temat niewiele i do tej pory nie zastanawiała się nad tym problemem.


Historia współczesna

Henryk Szeląg mieszka w Bydgoszczy i dziś ma 57 lat. Przez pół wieku prowadził normalne życie: praca zawodowa i społeczna, żona, dom, wychowywanie dzieci. Wiódł nawet aktywniejsze życie niż większość z nas, bo zawsze lubił się ruszać, poćwiczyć, pojeździć na rowerze, pójść na szybki spacer. Nic mu nie dolegało i tylko trochę niepokoiło go wysokie ciśnienie. Ale ponieważ lekarze się tym nie przejmowali, on też nie przywiązywał do tego nadmiernej wagi. Aż któregoś dnia dostał obfitego krwotoku z nosa, a ciśnienie niemal przekroczyło skalę, wtedy lekarz zlecił kompleksowe badania.

– Wtedy po raz pierwszy się dowiedziałem, że moje nerki nie są w porządku, a właściwie są bardzo chore – mówi. To było 9 lat temu w 2001 r. Zaczęto mnie leczyć. I wreszcie zaproponowano dializy. Nie bardzo się orientowałem, na czym polegają, czułem, że to nic dobrego, więc unikałem ich, jak mogłem. Przypomniałem sobie mojego kuzyna, Marka, który po odrzucie przeszczepionej nerki od kilkunastu lat poddawany był stale dializom. Nie znosił tego.
W końcu nie było już wyjścia i chory wyraził na nie zgodę. I bardzo szybko po rozpoczęciu dializ lekarze zaproponowali mu, aby poddał się przeszczepowi nerki.

Zabieg miał być przeprowadzony w Szpitalu Uniwersyteckim im. dr A. Jurasza w Bydgoszczy. – I wtedy, gdy już miałem termin zabiegu, pojawiła się komplikacja. Na ustach wyskoczyła febra, która podzieliła lekarzy. Nefrolodzy byli zdania, że najpierw trzeba wyleczyć febrę, a dopiero później myśleć o przeszczepie, natomiast chirurdzy uważali, że ona nie przeszkadza. Podpisałem zgodę na operację, i w październiku 2003 r. poszedłem na stół operacyjny. Co do dziś wydaje mi się dziwne, to fakt, że kompletnie się nie bałem i nie denerwowałem. Zabieg się udał i po krótkiej rekonwalescencji czułem się absolutnie zdrowy.

Trzy miesiące po operacji pan Henryk wrócił do normalnego życia, do pracy i zaczął znów jeździć na rowerze. Czuł się jak nowo narodzony i wiedział, że pragnie się odwdzięczyć tym wszystkim, którzy pomogli mu wrócić do zdrowia. Chętnie więc zgodził się na propozycję poznanego w szpitalu Andrzeja Marciniaka, koordynatora transplantacyjnego, aby pojechał na mistrzostwa Polski organizowane przez Polskie Stowarzyszenie Sportu Po Transplantacji. Nie uważał się za sportowca, ale wiedział, że Andrzej Marciniak to jedna z osób, której zawdzięczał swój powrót do zdrowia, chciał się więc zrewanżować. Myślał, że zawody w pchnięciu kulą będą polegały na pchnięciu niewielkiej piłeczki, tymczasem ta ważyła prawdziwe 5 kg. I choć wcześniej nie trenował, zajął w tej kategorii 3 miejsce, pchając kulę na ponad 8 m. Pan Henryk opowiadając o tym uśmiecha się i dodaje: – Było nas tylko 5 startujących, ale nie byłem ostatni. Do tego był bieg na 100 m i skok w dal. Moje życie po przeszczepie jest teraz lepsze niż przed.


Lekarze proszą o pomoc

Dr hab. n. med. Zbigniew Włodarczyk, prof. UMK, Kierownik Kliniki Transplantologii i Chirurgii Ogólnej Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. Antoniego Jurasza w Bydgoszczy. To szpital, w którym panu Henrykowi wszczepiono nową nerkę.

– W zeszłym roku wykonaliśmy 57 transplantacji nerki. Niestety, to tylko o dwie operacje więcej niż w roku 2008 i ciągle dwa razy mniej niż w roku 2003 lub 2004. Przyczyną jest oczywiście niewielka liczba pobrań narządów. To problem, który dotknął większość ośrodków w Polsce. Wydaje się, że powodem jest nie tylko ciągle niedostateczna świadomość i brak wiedzy na temat transplantacji, ale również – a może przede wszystkim – kryzys zaufania do służby zdrowia. Dlatego właśnie rodziny zmarłych tak często protestują przeciwko pobraniu narządów. Kolejnym powodem jest – dla mnie nie do zaakceptowania – niechęć części środowiska kolegów anestezjologów do podejmowania tych – nie ukrywam, że trudnych – decyzji i działań związanych z rozpoznaniem śmierci mózgu, a w następstwie pobraniem narządów. My, jako społeczeństwo, nie jesteśmy też zbyt gorliwi, jeżeli chodzi o oddawanie nerki swoim bliskim. Liczba przeszczepień „rodzinnych” w Polsce jest ciągle mała (ok. 2 proc.), podczas gdy np. w USA czy Skandynawii przekracza 40 proc.


Prawo i życie:

Wykorzystywane w transplantologii narządy pochodzą głównie od dawców zmarłych. Jedynie nerki i fragmenty wątroby mogą być pobierane od dawców żywych. Szacuje się, że na świecie co czternaście minut kolejna osoba jest kwalifikowana do zabiegu, a codziennie piętnaście osób umiera nie mogąc się doczekać przeszczepu.

W Polsce obowiązuje zasada domniemanej zgody na pobranie, reguluje to rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 1 grudnia 2006 roku. Oznacza, że można pobrać organy od zmarłej osoby, jeśli nie wyraziła ona sprzeciwu (osobiście lub listownie) w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów. W praktyce decyzja ta jest zawsze konsultowana z rodziną.

Autor: Iwonna Widzyńska-Gołacka

Komentarze