Pierwsza lekcja ekonomii

Prędzej czy później także nasze dziecko zacznie wydawać pieniądze. Wielu rodziców ma wątpliwości, jak powinno wyglądać kieszonkowe, by nie zepsuło dziecka? Ile dawać i za co? Oto kilka rad, jak bezpiecznie wprowadzić dziecko w świat pieniądza.

Kieszonkowe to najlepsza wprawka przed dorosłym zarządzaniem finansami. Dziecko, któremu rodzice dają własną gotówkę, czuje się docenione i obdarzone zaufaniem. To dla niego lekcja samodzielności i odpowiedzialności. Na co wydać pieniądze, czy wszystko od razu, czy chomikować na większy zakup? Co wybrać: książeczkę czy batonik? Dziecko musi odpowiedzieć sobie na wiele pytań.

Jeśli wyda całe kieszonkowe w pierwszym dniu, to trudno, nie kupi sobie nic aż do następnej wypłaty. Rozczarowanie własną niegospodarnością lub zadowolenie ze swoich wyborów powinno być dla dziecka odczuwalne. Coś się opłaciło, a coś nie. Dlatego ważne jest, aby rodzice pozwolili mu na popełnianie błędów, a potem odczuwanie ich skutków. O ile rodzice będą konsekwentni i nie dołożą mu ekstra do kieszonkowego, następnym razem roztropniej zaplanuje swoje wydatki.


Trudny temat

4-latki zaczynają kojarzyć, że w sklepie, by coś kupić, trzeba dać pieniądze, ale nie rozumieją jeszcze, że trzeba je zarobić. Gdy mama jest w pracy, to znaczy, że nie ma jej w domu. Gdy mówi, że nie ma pieniędzy na zabawkę, to po prostu nie chce jej kupić. 5-6-latki wciąż wierzą, że duży, złoty pieniążek jest więcej wart niż papierkowy – to, co się świeci na żółto, to przecież złoto.

Zrozumienie związku pomiędzy pracą, pieniądzem i zakupami przychodzi dopiero w wieku wczesnoszkolnym. To właśnie wtedy warto obdarzyć pociechę pierwszym kieszonkowym. 7-latki zaczynają rozpoznawać nominały, a 8-9-latki radzą sobie z prostymi transakcjami – wydawaniem i otrzymywaniem reszty. Młodsze dzieci mogą zbierać pieniądze do świnki i wydawać pod nadzorem rodziców. Nastolatkowi możemy otworzyć specjalne konto płatnicze dla dzieci od 13 roku życia. Nie ma obawy, że dziecko zrobi debet. Za to otrzyma własną kartę płatniczą z dziennym limitem wypłaty, a rodzice będą mogli monitorować jego wydatki.


Posprzątaj swój pokój… za darmo

Czasem rodzice zastanawiają się, czy dawać dziecku pieniądze za sprzątnięcie pokoju, dobre stopnie czy pomoc w pracach domowych. Pewnie dzieci, którym się za to płaci, ociągają się mniej od innych… Psychologowie jednak odpowiadają jednoznacznie: to zły pomysł! Kieszonkowe nie powinno być uzależnione od dobrego czy złego zachowania. Nie powinno się go dawać w nagrodę ani zabierać za karę. Powinno być czymś w rodzaju stałego i gwarantowanego wynagrodzenia.

To, czego oczekujemy od dziecka – wypełniania obowiązków, dobrych ocen w szkole czy pracy na rzecz rodziny – nie może być nagradzane lub karane finansowo. Nagrodą za posprzątany pokój jest zadowolenie ze… sprzątniętego pokoju. Podobnie, karą za złą ocenę jest sama zła ocena, świadomość, że dziecko czegoś się nie nauczyło. Gdy będziemy płacić za dobre lub odbierać kieszonkowe za złe stopnie, dziecko nie zrozumie, że uczy się dla siebie, nie dla pieniędzy.

Poza tym, wyobraźmy sobie sytuację, że przestaniemy dziecku płacić za różne usługi, bo nie będzie nas już na to stać. Czy nić naszego autorytetu w tym momencie się nie urywa? Dziecko nie powinno wszystkiego przeliczać na pieniądze, bo wyrośnie z niego materialista. Pieniądze powinny stanowić jedynie narzędzie do realizacji innych celów.

Czym więc karać dziecko, skoro kieszonkowe nie może do tego służyć? Dużo lepiej od kar działają nagrody, bardziej motywują do pożądanych zachowań. Dobrze sprawdza się system żetonowy – zbieranie uśmiechniętych i krzywych buziek za złe i dobre uczynki. Potem zamieniamy je na nagrody: zakup czegoś konkretnego: książki, zabawki lub wspólne spędzenie czasu: wyjście do kina, pogranie w piłkę. To nie banał, że najlepszą nagrodą dla dziecka jest uwaga rodziców.


Stać mnie – oszczędzam

Kieszonkowe jest świetną nauką planowania wydatków i oszczędzania. Staromodna świnka-skarbonka wciąż ma swoje zastosowanie. Znudzone kupowaniem wciąż tych samych gazetek dziecko może zamarzyć o zakupie czegoś bardziej trwałego i wartościowego, na przykład komputera czy roweru. Warto wtedy nakłonić je, by część kieszonkowego odkładało na ten cel. Ponieważ musiałoby oszczędzać kilka lat, żeby kupić wymarzony sprzęt, można się umówić, że jakąś część oszczędza ono, a resztę dokładają rodzice. Marzenie stanie się osiągalne, ale wciąż trzeba będzie na nie zapracować. I tu też warto być konsekwentnym i poczekać, aż uzbiera swoją część pieniędzy.

A gdy dziecko chce dorobić do kieszonkowego? Powinniśmy je w tym wspierać i podpowiadać możliwe sposoby, choć dzieci bywają pod tym względem bardziej pomysłowe od dorosłych. Skoszenie trawnika u sąsiada, wystawienie na aukcję internetową starych zabawek czy zrobienie własnoręcznie ozdób choinkowych, by sprzedać je wśród znajomych to tylko niektóre pomysły na dorobienie funduszy do własnego budżetu.


Dobre kieszonkowe, czyli jakie?

By kieszonkowe nauczyło dziecko racjonalnego wydawania i miało wymiar wychowawczy, warto trzymać się kilku zasad:

- Ustalmy stałą kwotę kieszonkowego, która będzie wypłacana w konkretnym dniu, np. w piątek. Im dziecko mniejsze, tym kwota może być niższa, ale wypłacana częściej.
- Wysokość kieszonkowego dostosujmy do naszych możliwości finansowych, potrzeb dziecka, a także uśrednijmy z tym, ile dostają jego rówieśnicy.
- Dziecko ma prawo samodzielnie decydować, na co wyda pieniądze. Nie wolno nam krytykować jego decyzji, czy wywierać nacisków, co ma z nimi robić.
- Ustalmy, jakie wydatki pokrywamy my, rodzice.
- Bądźmy konsekwentni – nie dokładajmy dziecku do kieszonkowego, bo wtedy nie nauczy się planowania i oszczędzania.


Rodzice świecą przykładem

Czy rozmawiamy z dzieckiem o pieniądzach, czy nie, ono i tak widzi, jaki mamy do nich stosunek. Gdy wciąż narzekamy na ich brak, ale nie robimy nic, by było ich więcej, dziecko nabiera przekonania, że to stan normalny i nie warto się o nie starać. Gdy pieniądze budują naszą pozycję społeczną i prestiż, to pewnie ich pomnażanie będzie ważnym życiowym celem dla naszej rodziny. Ale dziecko może traktować je jako wartość samą w sobie, a nie środek do osiągania innych celów.

Oczywiście, bieda lub bogactwo to stan umysłu, nie kieszeni. Są osoby słabo uposażone, które nie odczuwają braku pieniędzy – cieszą się tym, co mają. I majętne, które wciąż czują niedosyt – trudno zaspokoić im potrzeby, niezależnie od grubości portfela.

Patrząc na dzieci warto się zastanowić, czy materialna postawa, którą u nich dostrzegamy, nie jest odzwierciedleniem naszego własnego nastawienia. Pamiętajmy też, że pieniądze nie zastąpią dziecku naszego czasu i uwagi.

Autor: Eliza Koźmińska-Sikora

Komentarze