Piękny umysł i przyjaciele

– Jest twardy, uparty, z charakterem. To po mnie – mówi Eugeniusz Kornaś o synu Michale. – I niezły przystojniak z niego – zauważam. – A jakże – ojciec pęcznieje z dumy.

– Tę urodę ma po matce – mówi dalej. – I odkąd pamiętam, zawsze wokół niego kręciły się jakieś dziewczyny.


– Mam w sobie taki urok osobisty, że żadna mi się nie oprze – żartuje Michał, a później uśmiecha się pod nosem i zdradza, że tak naprawdę to ma dużo koleżanek, nie dziewczyn; że próbował – tak na poważnie – raz, drugi, trzeci, ale nic z tego nie wyszło. – Chyba jestem zbyt wybredny – komentuje. I niby dalej się śmieje, niby dalej żartuje, ale tak jakoś oczy mu ciemnieją...


„Jeszcze siedem lat temu wszystko było takie proste” – powie później Eugeniusz Kornaś. „Wszystko było dokładnie zaplanowane: Michał miał opiekować się dziadkami, a później zamieszkać w ich domu; miał skończyć studia, a potem – przejąć moje obowiązki (Eugeniusz Kornaś od lat prowadził zakład cukierniczy na bydgoskim osiedlu Szwederowo, a teraz – w tym samym miejscu – sklepik), a po nim jego dzieci i kto wie, może nawet dzieci wnuków, a tak...”. Wypadek zmienił wszystko.


Najpierw szok, później bunt

To była niedziela, 15 czerwca 2003 roku. Student pierwszego roku politologii – Michał Kornaś – wsiadł na rower i pojechał do Leśnego Parku w podbydgoskim Myślęcinku. Jechał szybko. Nie słuchał muzyki, nie rozglądał się na boki. Był sam. I nagle przednie koło roweru na coś najechało – może na korzeń, może na gałąź, Michał nie wie tego do dziś. Rower stanął dęba, jak akrobata popisujący się chodzeniem na rękach, a Michał przeleciał przez kierownicę, jak pływak skaczący do wody. Pierwsza o leśny dukt uderzyła głowa, później… – Urwał mi się film, nic nie pamiętam. Ocknąłem się tylko na chwilę, zobaczyłem biegających wokół mnie ludzi, karetkę i znowu odpłynąłem. Przytomność odzyskałem dopiero w szpitalu.

Ze szpitala Michał pamięta tylko mrowienie ciała i to, że ciągle chciało mu się pić. Lekarzy, którzy szeptali rodzicom coś o uszkodzonym odcinku szyjnym kręgosłupa, niedowładzie rąk i porażeniu kończyn dolnych, a później rehabilitantów, którzy ciągle coś od niego chcieli, choć on marzył tylko o śnie. – Nie wiem dokładnie, w którym momencie zorientowałem się, że nie będę chodzić. Pamiętam tylko, że kiedy pytałem lekarzy, czy jest jakaś szansa, oni odpowiadali: trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, rehabilitacja to podstawa. Problem w tym, że ja nie chciałem tego robić, buntowałem się, obrażałem, nie chciałem nikogo widzieć, z nikim rozmawiać. Ćwiczenia były męczące, a późniejsze próby jazdy na wózku – okropne. Ciągle o coś uderzałem, parę razy się wywróciłem. Poza tym wozili mnie z jednego szpitala do drugiego, wypisywali na jakiś czas do domu, a po chwili znowu przyjmowali. Miałem dość.

To było na początku, bo później Michał wziął się w garść (w pewnym momencie stwierdził, że „z takim podejściem daleko nie zajdzie”). – Najważniejsza była nauka – wspomina chłopak. – Postarałem się, to znaczy rodzice postarali się w moim imieniu, o indywidualny tok studiów i oto, by profesorowie przychodzili do domu. I tak też się stało. Nie wstawałem jeszcze z łóżka, a już jesienią zdawałem pierwsze egzaminy, te, które musiałem opuścić w sesji letniej. Udało się, nie zawaliłem semestru, zdałem na drugi rok. Później – jak już dostatecznie dobrze opanowałem wózek – tak jak wszyscy chodziłem na wykłady i tak jak wszyscy zaliczałem roku po roku. Udało się, jestem magistrem.

Zabrałem się też porządnie za ćwiczenia. Dzięki temu wstać z wózka co prawda mi się nie udało, ale za to moje ręce funkcjonują prawie jak ręce zdrowego człowieka! Nie mam problemów z krojeniem chleba czy rozbijaniem kotletów, a zaraz po wypadku nie potrafiłem nawet utrzymać kubka w ręku.


Ciągle zajęty, ciągle w biegu

Dziś Michał ma 29 lat i może powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jego życie jest nudne. Pracuje na trzy czwarte etatu (zajmuje się rachunkami w jednym z bydgoskich oddziałów McDonalds), pomaga rodzicom w sklepie, chodzi na treningi koszykówki, na basen, jeździ na sportowe mityngi organizowane dla niepełnosprawnych (ma na swoim koncie rzuty dyskiem, pchnięcia kulą; drugie miejsce w pływaniu, które zdobył podczas igrzysk organizowanych w Spale). Gdy jest w domu, gotuje (nieźle mu to ponoć wychodzi), sprząta (bez wyrzutów sumienia można określić go mianem pedanta) i naprawia, co mu się nawinie pod rękę (mikser, ekspres do kawy, zamek w drzwiach – dosłownie wszystko), albo dłubie z ojcem przy swoim aucie (Michał skończył technikum mechaniczne, jego tato też jest z wykształcenia mechanikiem; obaj są w stanie usunąć każdą usterkę z tego michałowego, w pełni zautomatyzowanego punto).

I ma jeszcze czas na przyjaciół. A tych jest sporo. Mógł na nich liczyć zaraz po wypadku, może liczyć teraz; „To ważne” – mówi. „Dzięki nim czuję się normalnie, bo nie widzą we mnie niepełnosprawnego, któremu trzeba współczuć, lecz – tak jak kiedyś – po prostu kumpla”. I jak kumpel robi z nimi wszystko to, co robi paczka przyjaciół: spotykają się w domu, w pubie (pod warunkiem, że Michał może tam wjechać), pod blokiem. Na dyskotece? Także, choć Michał nie chce bawić się na parkiecie.

Z chęcią za to umawia się na randki. – Ale są to raczej mało znaczące znajomości – powtarza. – Po wypadku zmieniłem się. Inne rzeczy są dla mnie ważne, na inne zwracam uwagę. Wcześniej, mam wrażenie, traktowałem życie powierzchownie, bez głębszego zastanowienia. Dzisiaj bardziej istotne dla mnie jest na przykład to, co człowiek ma do powiedzenia, a nie jaką bryką jeździ i jak często bywa na imprezach. Z drugiej strony stałem się bardziej tolerancyjny, liberalny, ale nie jeśli chodzi o związek. Tu jestem tradycjonalistą, chciałbym, by mój przyszły dom był prawdziwym domem, a żona kobietą, dla której zajmowanie się domem nie będzie przykrością. Niestety, w dzisiejszych czasach dziewczyny są zwolenniczkami mrożonej pizzy i leżakowania przed telewizorem, ewentualnie zabawy. Ważniejsza dla nich jest wysokość konta niż stan umysłu faceta, z którym się spotykają. Nie potrafię tego zaakceptować.


Lekarze nie dawali szans, a tu proszę bardzo

– Michał to mądry i zaradny chłopak – mówi z przekonaniem Eugeniusz Kornaś. – Wie, czego chce i co sobie zamierzy – osiąga. Jestem z niego taki dumny…! Bo ile jest osób, które będąc w takiej sytuacji jak on skończyłyby studia w terminie? No ile? Młodemu człowiekowi, który ląduje na wózku, na głowę wali się cały świat. Nie wie, co będzie i jak będzie, i czy w ogóle warto. A Michał nie zawalił ani jednego roku, ani jednego semestru! I zawdzięcza to tylko sobie. Walczył i już wygrał. Lekarze mówili przecież, że Michał nie będzie mógł samodzielnie założyć sobie spodni. I co? Ręce ma wyćwiczone na sto dwa, a nogi… Kto wie, może kiedyś, jak dobrze pójdzie…? Eugeniusz Kornaś milknie. Patrzy gdzieś w przestrzeń, wzdycha. Po chwili mówi, ale tak jakby do siebie: – Kiedyś pojadę tam, gdzie to wszystko się stało. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie mam na to dość siły. Michał? Nie, nie wiem, czy tam później był. – Nie byłem i nie będę. Jeśli chcę normalnie żyć, nie mogę się oglądać, lecz patrzeć na to, co jest przede mną.

Autor: Joanna Grzegorzewska

Komentarze