Pięć ruchów do przodu

Jest wysportowany, inteligentny, ciągle uśmiechnięty, a chęci do przeżywania ciągle nowych przygód mogłoby mu pozazdrościć wiele osób. Skończył studia, pracuje, udziela się charytatywnie.

Nurkuje, kocha spływy kajakowe, gra w rugby, myśli o złożeniu trójkołowego, rowerowego choppera i…


Kto wie, co wymyśli jutro.

Krzysztof lubi naleśniki, nie znosi łażenia po sklepach. Pan Kranz – bo tak ma na nazwisko Krzysiek – ma 35 lat, mieszkanie, samochód, pracę w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy (w tym mieście właśnie mieszka) i plany. Jakie? Na przykład te, by wziąć ślub z Olą, którą poznał pięć lat temu.

Ola (rocznik 83): – Cenię go za pasję, którą ma w sobie. I za to, że się nie poddaje, że jak sobie coś zaplanuje, konsekwentnie zmierza do celu.

Mikołaj (nazwisko: Kurczewski; fizjoterapeuta i, jak sam mówi, „samozwańczy” trener rugby): – Takich ludzi, jak on, nie ma wielu.

Ola (tak, jak Krzysiek – aktywistka): – Weźmy choćby nurkowanie. Spróbował raz, spodobało mu się, zdobył uprawnienia, mimo że – już na samym początku tej całej zabawy – miał problemy najpierw z jednym, później z drugim uchem. Ciśnienia nie wytrzymała błona bębenkowa, doszło do perforacji, a po zrośnięciu on dalej nurkował.

Krzysztof (do mnie): – Nie lubię taryfy ulgowej. Przyjdziesz w sobotę na trening rugby?

Ja (do Krzyśka): – Z chęcią, tylko powiedz, dlaczego właśnie to?

Krzysztof (żartem): – Wiesz, lubię się z chłopakami trochę ponaparzać.


Trening

Sobota, koło południa. Grę kończą koszykarze, boisko zajmują rugbiści. Najpierw rozgrzewka. Krzysiek po paru minutach wyciera pot z czoła i uzupełnia brakujące elektrolity (tzn. pije jakiś napój), później narada wojenna w drużynach, okrzyk zwycięstwa i…

Krzysiek: – Chcesz spróbować? Jeśli tak, usiądź na moim wózku. To ten po prawej. No tak, o mały włos, a zapomniałabym: Krzysiek jest tetraplegikiem, co oprócz ogólnego stwierdzenia, że jest niepełnosprawny i jeździ na wózku inwalidzkim przez pół swojego życia, oznacza tyle, że ma porażone ręce i nogi na skutek uszkodzenia rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym (całkowicie bezwładne są krzyśkowe nogi, ręce natomiast trzymać będą kubek, ale nie zdejmą nic z półki wiszącej ponad głową).

Krzysiek: – Cóż, urodziłem się zdrowy, ale pewnego dnia miałem wypadek. I to zmieniło moje życie. Rodzice wyjechali do Poznania, umówiłem się z kolegami. Pojechaliśmy parę kilometrów za Bydgoszcz, do Janowa. Miałem 17 lat.


Wypadek

Był 1992 rok, 23 sierpnia, niedziela. W Krakowie kończył się I Zjazd Polonii i Polaków z Zagranicy, Legia Warszawa wygrała mecz z Zagłębiem Lubin, biskup zamojsko-lubaczowski wmurował kamień węgielny pod kościół filialny w Hubinku, a w kujawsko-pomorskim Janowie chłopcy skakali do wody.

– To nie był klasyczny skok na główkę – opowiada Krzysztof. – Dałem nurka (można powiedzieć skoczył „na delfinka”), stojąc po kolana w wodzie. Nie wiem, jak to się stało, ale uderzyłem głową w dno. Byłem świadomy, ale nie mogłem wstać. Widziałem wokół siebie nogi, do dzisiaj pamiętam, człowieka w fioletowych kąpielówkach, który był tak blisko mnie… Próbowałem sięgnąć, dać znak, złapać – bez skutku. Zacząłem się topić.

Krzyśka wyciągnęli koledzy, którzy z brzegu zauważyli, że zniknął pod wodą dobrą chwilę temu. Przyjechała karetka, później był szpital i diagnoza: pękł jeden krąg, drugi wybuchł pod wpływem uderzenia, odłamkami wbijając się w rdzeń. Operacja (nie od razu, bo serce było zbyt słabe), tysiące godzin spędzonych na rehabilitacji, ćwiczeniach i na rozmowach z innymi „doświadczonymi przez los”. Sanatoria, uzdrowiska, kolejne wizyty w szpitalach. Obozy organizowane przez FAR (Fundacja Aktywnej Rehabilitacji). Jednym słowem, walka ze sobą, z bólem, z ciałem. Ale opłacało się.


Rozmowa

– Nie było łatwo, musiałem nauczyć się żyć od nowa. Czynności, takie jak umycie zębów, założenie spodni, skarpetek czy zrobienie sobie herbaty, do niedawna zwyczajne, okazały się wspinaniem na Mont Blanc – wspomina Krzysztof. – Ale dałem radę, trafiłem na niezwykłych ludzi, miałem przy sobie rodziców, brata. Dzięki nim i oczywiście temu, że się nie poddałem, jestem dzisiaj, jak to mówimy, samoobsługowy. Sam się ubiorę, sam zrobię kanapki (ale chleb musi być pokrojony), obiad (z gotowych produktów, bo schabowego np. sobie nie rozbiję) i tak dalej.

– Były chwile zwątpienia?

– Na szczęście, depresja mnie ominęła. Po prostu wiedziałem, że muszę wziąć się w garść i już. Przejście na wózek po takim wypadku i zaprzyjaźnienie się z nim na całe życie było tak oczywiste, jak to, że po okresie raczkowania dziecko musi zacząć chodzić.

– A nauka?

– Skończyłem szkołę średnią trochę później, ale to nie miało znaczenia. Potem były studia: finanse i bankowość, a w przerwie – kurs projektowania stron internetowych.

– Sporo tego.

– Nie mogę chodzić, ale głowę mam zdrową. Pracuję w miejskim wydziale zdrowia i polityki społecznej, jestem pełnomocnikiem FAR w naszym województwie, jeżdżę po szpitalach, na spotkania z takimi ludźmi jak ja.

– Po co?

– Ktoś kiedyś pomógł w ten sposób mnie, teraz ja robię to samo.


Mecz

Sala gimnastyczna przy ul. Powstańców Wielkopolskich. To tu, w każdą sobotę, spotykają się entuzjaści sportu na wózkach. Najpierw boisko zajmuje drużyna koszykarzy, później salę okupują rugbiści, których wspomagają „chodziaki”, czyli chodzący („chodziaki” pomagają przesiąść się zawodnikom ze zwyczajnego wózka do sportowego, zapinają pasy stabilizujące tułów i te przytrzymujące kolana; czasami, gdy skład drużyny jest niepełny, siadają na wózek i grają).

Krzysiek (do mnie): – Chcesz spróbować? Jeśli tak, usiądź na moim wózku. To ten po prawej. Magda (nazwisko: Wiśniewska, studentka IV roku fizjoterapii): – Siadaj, dasz radę.

Siadam. I powiem, czuję się całkiem, całkiem. Gdyby jeszcze ten wózek był wolniejszy i mniej zwrotny, mniej zabudowany rurkami, metalowymi płytkami i chroniącymi przed uderzeniami zderzakami, kto wie, może bym i zagrała. A tak, po prostu mam stracha.

Okrzyk zwycięstwa, piłka w grze. Wózki śmigają, gracze się popychają, blokują, krzyczą. Podają piłkę i znowu krzyczą…

Adrenalina, szybkość, moc. Huk zderzających się wózków. Mikołaj (nazwisko: Kurczewski): – Rugby na wózkach jest pochodną gry w piłkę ręczną, hokeja i koszykówki. Niektórzy widzą tu też elementy amerykańskiego futbolu. Co najważniejsze jest w tej grze? Taktyka. Zawodnik musi więc wykazać się refleksem i inteligencją, musi – jak dobry szachista – myśleć pięć ruchów do przodu (tetraplegikom przychodzi to łatwo, bo w ten sposób mają obowiązek myśleć każdego dnia), musi z piłką przejechać linię bramkową, musi… Gwizdek. Koniec gry. Krzysiek podjeżdża, pyta „i jak?”, później wręcza mi książeczkę pt. „Rugby na wózkach”, a ja ją otwieram od razu i czytam: „Nie wystarczy mieć ochotę do grania i trochę wolnego czasu. Ta gra wymaga prawdziwego ducha walki”.

I Krzysztof Kranz tego ducha ma.

Autor: Joanna Grzegorzewska

Komentarze