Pamiętam, że trzeba sobie pożyć

O trudnej sztuce odmawiania, higienie życia i dobrodziejstwach chińskiej medycyny opowiada Marzena Rogalska.

Urodziła się pani na Kurpiach, młodość spędziła w Małopolsce, a mieszka w Warszawie. Gdzie czuje się pani u siebie?


Trudno powiedzieć. (śmiech) Jak byłyśmy z siostrą małe, tata wymyślił, że przeprowadzimy się na południe, żeby być blisko Krakowa. Zakochany w swoich córkach chciał im dać odpowiednie możliwości rozwoju. Faktycznie, miał nosa, bo Kraków okazał się moim miejscem na Ziemi. Uśmiecham się nieustannie, kiedy tak mówię, bo przecież od 11 lat pracuję w Warszawie. Ale w Krakowie czuję się bardzo bezpiecznie, to jest jedyne miejsce, w którym się nie gubię. Kraków to miasto, w którym dorastałam, studiowałam i robiłam pierwsze zawodowe kroki. Przyjaciele wiedzą, że dla równowagi muszę stać jedną nogą w Krakowie, ale nie przestają się dziwić, że nie potrafię np. sprzedać swojego krakowskiego domu. Teraz już nie bardzo wiem, które miasto mam na myśli mówiąc „dom” − kiedy jadę z Warszawy do Krakowa, czy może odwrotnie? Te dwa miejsca uzupełniają się i tak jest dobrze. W Krakowie łapię oddech, chociaż jak wjeżdżam do tego miasta, to najpierw strasznie się denerwuję, że ludzie tak wolno jeżdżą. Chwilę później przez mnogość krakowskich rejestracji dociera do mnie, że trzeba zwolnić... Tu spontanicznie można spotkać się ze znajomymi i godzinami siedzieć i rozmawiać. W Warszawie ludzi często już na to nie stać, bo są tak zagonieni.


Warszawa jest dla pani takim złem koniecznym?


Byłabym bardzo niesprawiedliwa, gdybym tak powiedziała. Jestem daleka od narzekania na to miasto. Warszawa daje mi niesamowite możliwości. Istotnie, tu się ciężko pracuje, ale dla mnie to normalne, bo pracuję od pierwszego roku studiów. Z roku na rok staram się tylko żyć w tym całym pędzie coraz bardziej higienicznie i organizować pracę tak, by nie nadwyrężała mojego zdrowia.


Jak, przy tak intensywnej pracy, udaje się pani zachować ową higienę życia?


Stopniowo, z roku na rok wprowadzam do swojego życia nowe reguły. Na przykład nauczyłam się odmawiać niektórym zawodowym propozycjom, żeby nie brać na siebie za dużo. Pomaga mi w tym Iza, z którą się przyjaźnię i która jest moją menedżerką. Iza dzwoni, składa propozycję i jednocześnie się troszczy, mówiąc: „Marzenko, jest do poprowadzenia świetny koncert, ale będziesz wtedy zmęczona po nagraniach, zastanów się, czy nie wolałabyś odpocząć lub wyjechać do Krakowa”. Kiedyś specjalnie się nad tym nie zastanawiałam, a teraz, kiedy jestem przeciążona, zazwyczaj rezygnuję. Nieustająco walczę też, żeby dużo i regularnie spać. Od pewnego czasu staram się również trzymać zasady wolnych weekendów, co w moim zawodzie jest prawie niewykonalne.


W trakcie tych weekendów głównie pani odsypia?


Ależ nie. Zazwyczaj gotuję jak szalona, nadrabiam zaległości towarzyskie, a przede wszystkim zwalniam tempo i wyłączam się.


Kuchnia ma duże znaczenie w tej higienie życia?


Ogromne. Jestem zakręcona na punkcie dobrego jedzenia, nie zapycham się byle czym. Szerokimi garściami czerpię z medycyny chińskiej. Staram się trzymać diety zgodnej z porami roku, czyli jeść te produkty, które są dostępne w danym czasie. W zimie więc nie jadam truskawek, lecz rozgrzewające zupy. Dbam, żeby jeść dobre jakościowo rzeczy, które najczęściej sama przyrządzam. Staram się np. nie jeść mięsa po godzinie szesnastej. Przede wszystkim jednak dbam o regularność. Proszę sobie wyobrazić, że przy dużej ilości obowiązków i nieregularnym trybie życia jem absolutnie regularnie.


Nie wierzę, że zjada pani cztery czy pięć posiłków dziennie w regularnych odstępach...


Cztery posiłki zjadam na pewno i nie zdarza mi się nigdy wyjść bez śniadania, z czego jestem bardzo dumna. Czy wychodzę z domu kwadrans po szóstej czy o dziewiątej, zawsze jestem już po śniadaniu. Przyzwyczaiłam organizm do regularności i on sam, co trzy cztery godziny, domaga się posiłku.


Skąd motywacja do przestrzegania tych wszystkich zasad?


Robię to przede wszystkim dla zdrowia. W genach rodzinnych zapisaną mam skłonność do cukrzycy. Jeśli o siebie zadbam, zminimalizuję ryzyko choroby. Moja dieta wykorzystująca chińską medycynę jest w dużym stopniu antycukrzycowa. Poza tym uważam, że w diecie bazującej na produktach dostępnych w danych porach roku zawiera się duża mądrość – odżywiamy się tak, jak nasi przodkowie. Prawie nigdy nie używam cukru, co zresztą przychodzi mi bez trudu, bo byłam dzieckiem, które nie jadało słodyczy. Właściwie słodycze odkryłam, kiedy byłam już dorosła, a wcześniej jadałam je dwa razy do roku – w Wielkanoc mazurek mojej babci, a na Boże Narodzenie makowiec. Oczywiście, kiedy coś staje się owocem zakazanym, zaczyna kusić, ale jakoś sobie z tym radzę.

Obawa przed cukrzycą wzięła się jedynie z faktu obecności choroby w rodzinie, czy też pojawiły się jakieś niepokojące sygnały ze strony organizmu?


Moje wyniki poziomu cukru we krwi nie są zachwycające. Lekarka powiedziała mi, że są tacy, co się nie przejmują i biorą na to tabletki, ale ona mi radzi odpowiednią dietę i styl życia, dzięki którym mogę wyeliminować zagrożenie. Posłuchałam jej.


Czy poza dietą wykorzystuje pani jakieś inne elementy chińskiej medycyny, filozofii życia?


Oczywiście, że tak. (śmiech) Jako fanka medycyny chińskiej chodzę regularnie raz w tygodniu na akupunkturę i dwa razy w tygodniu na refleksoterapię. Jestem w tym absolutnie zakochana. Te zabiegi prowadzą do zachowania równowagi w organizmie.


Ulega pani tak zwanym modom jedzeniowym, oczywiście bardzo zdrowym, ale jednak modom? Np. jeszcze niedawno tak było z kaszą jaglaną, z której zaczęto robić wszystko, od chleba, poprzez napoje, po desery.


Uwielbiam wszelkiego rodzaju kasze, ale śmieszy mnie, że to jest moda – przecież one były zawsze. Kasze to nasze polskie dobrodziejstwo. Mój organizm potrzebuje ciągłego rozgrzewania, więc kasze są dla mnie idealne.


Jest pani typem „wiecznego zmarzlucha”?


Niestety tak. To efekt słabego krążenia. Uważam, że trzeba słuchać swojego organizmu i dostarczać mu tego, czego potrzebuje. W związku z tym surowe produkty jem dopiero wtedy, kiedy jest naprawdę ciepło, a prawie przez cały rok spożywam zupy, które rozgrzewają organizm. Jeśli chleb, to tylko orkiszowy. Tak jak powiedziałam, to wszystko w ramach reguł, które wprowadziłam do swojego życia i zasad, jakie przekazał mi lekarz.


W jakiś szczególny sposób regeneruje pani organizm po zimie, przygotowuje się do lata?


Przyjmuję witaminy, dodatkowo wzmacniam się za pomocą ziół. Chodzę również na jogę. Staram się też w okresie przejściowym nie brać na siebie zbyt wielu obowiązków i porządnie się wysypiać. Dużo wychodzę z domu, spaceruję, żeby się dotlenić. Zauważyłam, że w Warszawie ludzie bardzo mało chodzą, a w Krakowie wręcz odwrotnie. Kiedy robi się ciepło, wyciągam kije do Nordic Walking i rower. Mam to szczęście, że radio, w którym pracuję, jest blisko mojego domu, zatem w ładne dni chodzę do pracy na piechotę. Mogę wtedy dokładnie przemyśleć sobie wiele rzeczy, zaplanować dzień.


Krok spacerowy istotnie nie dominuje w Warszawie, raczej coś w rodzaju półbiegu. Spacer panią odpręża?


Zaintrygowało mnie to, co kiedyś powiedziała pewna psychoterapeutka mojej znajomej, że w momentach dużego stresu i przesilenia należy spacerować, po prostu iść. Człowiek nie ma kontaktu z ziemią, za mało chodzi.


A w trakcie spaceru ponoć stres wchodzi w ziemię...


Ja w ogóle uwielbiam kontakt z ziemią, co zresztą należy rozumieć bardzo dosłownie. Moje ulubione zajęcie, poza czytaniem, to w wolnych chwilach praca w ogrodzie.


Istnieje teoria na temat prac w ogródku, zgodnie z którą, ponoć za sprawą kontaktu z ziemią, nasz organizm wytwarza endorfiny.


Bardzo prawdopodobne, przynajmniej w moim wypadku. (śmiech) Kiedy pracuję „w ziemi”, sadzę kwiaty, grabię, kopię, to mam wrażenie, że ziemia wciąga cały mój stres. Te endorfiny są również wynikiem zwykłego fizycznego zmęczenia. Mama śmieje się ze mnie, kiedy dzwonię z informacją, że nie mogę się ruszać, bo posadziłam 200 tulipanów, ale jestem bardzo szczęśliwa. No i niech pan mi powie, jak mam zrezygnować z Krakowa, kiedy właśnie tam mam swój ukochany ogród? Proszę sobie wyobrazić poranek z filiżanką kawy, kiedy możemy boso stanąć na swoim trawniku... Zatem do lata przygotowuje mnie nade wszystko ogród, no i spacery. (śmiech)


Bardzo łatwo mówić o wygospodarowaniu czasu na spacer czy uprawianie ogrodu, ale myślę, że w pani wypadku to niezwykle trudne w realizacji.


Kiedyś wpadłam w taki amok pracy, że wieczorem zasypiałam zaraz po otwarciu książki. Pomyślałam wtedy, że jak już nie mam siły na czytanie, to jest naprawdę źle i koniecznie muszę coś zmienić. Nastawiałam wtedy budzik na szóstą, wstawałam i czytałam. (śmiech) Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jakie to było wariackie, jak bardzo na wszystko brakowało mi czasu. Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś, kto to widzi, czy ukochany mężczyzna, przyjaciel czy matka, która powie: „Dziecko pamiętaj, że trzeba sobie pożyć”.


Higiena życia to również czas na urlop?


To jeden z ważniejszych, a na pewno przyjemniejszych jej elementów. (śmiech) Zdarzało się nawet, że udawało mi się zorganizować dwumiesięczne wakacje. Dużo pracowałam i tak wszystko organizowałam, żeby móc zniknąć na długo. Wtedy jeździłam po świecie, odwiedzałam przyjaciół, wyjeżdżałam z narzeczonym, no i oczywiście zostawiałam miejsce na Kraków. Czasem realizuję pomysły zrodzone potrzebą chwili. W tym roku, zmęczona nieustającą zimą, uciekłam na kawę do Rzymu. Pomyślałam, że dzięki tanim liniom lotniczym świat stał się naprawdę dostępny. Za niewielką sumę poleciałam do Włoch na kawę do przyjaciółki. To było niezwykłe odkrycie. Po programie zapakowałam dwie bluzki, dwie pary spodni, książkę i tylko z bagażem podręcznym udałam się do Rzymu, gdzie przez dwa dni zatopiłam się w słońcu i historii tego miasta. Wróciłam jak nowo narodzona. (śmiech)


Dużo mówi pani o zmianach w swoim życiu, nie umknęło to prasie kolorowej, która rozpisywała się na temat pani metamorfozy. Proszę o tym opowiedzieć.


Nie śledzę kolorowej prasy i nie bardzo wiem, co tam o mnie piszą. Na pewno zauważono, że bardzo schudłam. To akurat jest dosyć zabawna historia. Raz, że z racji wysokiego poziomu cukru przeszłam na dietę, co samo z siebie już dało efekty, dwa, zaczęłam nosić aparat ortodontyczny, co spowodowało, że jadłam bardzo niewiele i głównie zupy czy przecierane pokarmy. Pamiętam, że dzwoniły dziennikarki z wielu kobiecych pism, żebym zdradziła swoją dietę, odpowiadałam im, że najlepszym sposobem odchudzania jest aparat ortodontyczny. (śmiech) Zanim przyzwyczaiłam się do aparatu, musiało upłynąć trochę czasu i wtedy bardzo schudłam. Tak naprawdę, jeśli przechodzę jakąś metamorfozę, to bardzo powolną. Wraz z wiekiem uświadamiam sobie swoje potrzeby. Na pewno nie jestem w stanie oglądać swoich dawnych programów, bo łapię się za głowę, jak byłam ubrana i jak wyglądałam. (śmiech) Co do stylu bycia? Pewnie odpuściłam wiele rzeczy i być może nieco złagodniałam.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze