Osobowość zawałowca

Choroby serca, a przede wszystkim zawały, kiedyś były chorobami dyrektorskimi. To już jednak przeszłość.

Dziś zawały przydarzają się osobom w bardzo różnym wieku. I, co też jest pewną nowością, nie omijają kobiet. Dzieje się tak dlatego, że i panie zmieniły w ostatnich latach tryb życia – są zabiegane, często zdenerwowane, palą papierosy i źle się odżywiają. Każdy dorosły człowiek powinien więc pamiętać, że ma serce i że to serce może chorować, tak jak inne organy.


Nerwus i tyran

W określeniu grupy zagrożonej zawałem w sukurs kardiologom przyszli psycholodzy. Na podstawie obserwacji osób chorujących na serce stworzyli portret potencjalnego zawałowca. Mówią dziś o osobowości typu WZA (czyli wzór zachowania A), która sprzyja zawałom.

Tę osobowość łatwo rozpoznać po zachowaniu. Człowiek z przeważającymi cechami osobowości WZA żyje nerwowo i w ciągłym pośpiechu. Nie wypoczywa, wiecznie walczy. Ze współpracownikami, z innymi kierowcami na drodze, z każdym, kto stoi przed nim w kolejce do kasy w markecie. Zawsze chce być pierwszy, najlepszy i daje to innym jasno do zrozumienia. Chce rządzić i często robi to dobrze, wiele wymaga od siebie i od innych. W jego wypowiedziach często pojawiają się słowa: szybciej, muszę. Słowem – jest to nerwus i tyran.


Zagubiony pesymista

Wśród pacjentów kardiologicznych jest jednak coraz większa grupa osób zupełnie nie odpowiadających temu opisowi. To ludzie bezradni, dręczeni depresją, zniechęceni i apatyczni. Nie radzący sobie ze stresami dnia codziennego, zamiast coś zmieniać, wypierający problemy i im zaprzeczający.

Zawał pogłębia ich frustrację. Choć postęp w dziedzinie kardiologii jest ogromny, choroba powoduje u nich poczucie inwalidztwa. Uciekają w nią przed nadmiarem wymagań, informacji, pod jej przykryciem ukrywają swoją nieumiejętność radzenia sobie w zwykłych, codziennych sytuacjach. Dlatego nie przyjmują do wiadomości, że po zawale można nadal żyć aktywnie i pracować, pod warunkiem, że przestrzega się wskazań lekarza. Nie czują się zdrowi, nie wracają do sprawności, bo tego nie chcą. Deklarują zainteresowanie chorobą, chęć wyzdrowienia, ale w rzeczywistości ich współpraca z lekarzem kończy się na braniu leków.

Choroby układu krążenia przestały być więc „chorobami dyrektorów”, żyjących w chronicznym stresie. Trafiły pod strzechy, prawdopodobnie z powodu powszechnej zmiany stylu życia, braku ruchu i wypoczynku, złego oraz nieregularnego odżywiania się, wszechobecnego stresu i pośpiechu.

Autor: Małgorzata Januchowska

Komentarze