Ona, on i rozgrywki

Gry między kobietą i mężczyzną kojarzą się frywolnie. Niestety, często prowadzimy też takie, które wcale nie są dobre dla naszego związku.

Czemu je prowadzimy? Bo czasem autentyczna bliska relacja wydaje się za trudna. Boimy się, że jeśli pokażemy swoje prawdziwe oblicze zostaniemy zranieni. Wolimy atakować zza węgła, udawać kogoś, kim nie jesteśmy. W pewnym sensie nas to chroni. Jednak odgradzamy się od siebie granymi rolami. Pierwszym krokiem do przerwania gry jest uświadomienie sobie, że w nią gramy.


Scenariuszy gier jest wiele. Poniżej kilka z nich, które wyróżnił znany amerykański psychiatra Eric Berne. Przypatrzmy się, czy któraś z nich wydaje się nam bliska?


Gdyby nie ty...

...zrobiłabym karierę, zostałabym baletnicą, zdobyła Mont Blanc... Liczba scenariuszy, co by było gdyby nie on/ona może nie mieć końca. To jedna z najczęstszych gier małżeńskich. U jej podstawy leży fałszywe założenie, że to on (najczęściej mężczyzna) ponosi winę za jej niepowodzenia, bo jest dominujący i tyranizuje. W rzeczywistości żona nieprzypadkowo wybiera takiego mężczyznę. Przecież od początku rokował, że wejdzie w taką rolę. Dzięki temu ona nie musi podejmować wielu wyzwań, o których marzy. Dominujący mąż jest pretekstem do niepodejmowania ryzyka. Bywa tematem rozmów przy herbatce z koleżankami, które również chowają się za plecami mężów.

Po co ta gra? By uśmierzyć lęki i usprawiedliwić swoją bierność: „Nie chodzi o to, że się boję - to on mi nie pozwala się realizować". Gra toczy się tak długo, jak długo mąż wchodzi w swoją rolę i ogranicza niezależność żony. W dniu, w którym powie: „Śmiało, realizuj swoje plany" - przerywa grę, bo żona nie może dłużej tłumaczyć nim swojej bierności.

Dlaczego partner gra w tę grę? On też czerpie z tego zyski. Syci swoje dominujące ego. Życie seksualne takiej pary zwykle nie układa się dobrze, bo jego zakazy i jej skargi prowadzą do kłótni. Ale właśnie kłótnie bywają momentami, w których partnerzy są ze sobą najbardziej szczerzy i autentyczni.

Sąd

Rozgrywający ją małżonkowie potrzebują widowni lub ławy przysięgłych. Liczba osób biorących udział w tej grze jest dowolna, chodzi jednak o to, by był powód, pozwany i sędzia lub lepiej sędziowie. Zaczyna jedna ze stron: „Pozwólcie, że wam opowiem, co on/ona wczoraj zrobił...". Druga broni się: „Ależ było zupełnie inaczej, a mianowicie...". Tu włączają się zazwyczaj inne osoby, które mają już wyrobione zdanie na temat tej sytuacji, na przykład przyjaciółka popiera przyjaciółkę, kolega kolegę. Zwycięzcą czuje się ten, kto wytoczy więcej argumentów lub znajdzie większe poparcie.

Małżonkom nie chodzi jednak o rozstrzygnięcie sporu, ale o wzajemne dopieczenie sobie przy użyciu innych osób. Gra pomaga zmniejszyć napięcie między małżonkami, bez poważnego przyjrzenia się problemowi. Czasem jest jedyną formą omawiania przez nich konfliktów i ulubioną formą spędzania czasu podczas przyjęć.


Oziębłość

Sypialnia to ulubione miejsce do prowadzenia gier. W końcu tam właśnie stajemy przed sobą nadzy i bezbronni. I wymyślamy wiele sposobów, by się przed tym obronić. W tej grze mąż zaleca się do żony, ale jest odtrącany. Żona twierdzi, że wszyscy mężczyźni to zwierzęta i chodzi im wyłącznie o seks. Zniechęcony otrzymywaniem „koszy" mąż, daje za wygraną i przestaje ją nagabywać. Wtedy żona zaczyna prowokować, zaczyna flirtować w towarzystwie. Mąż znów stara się o zbliżenie, ale wtedy znów słyszy tę samą wymówkę. Finałem zajścia jest z reguły awantura, która staje się dla tej pary substytutem seksu - też prowadzi do rozładowania, tyle że innego rodzaju. Ta gra może ciągnąć się latami, doprowadzając do coraz większej urazy u męża i coraz silniejszych prowokacji ze strony kobiety.

Dlaczego mąż trwa w takiej sytuacji? Nieprzypadkowo znalazł się w tym związku. Być może wybrał kobietę, która nie będzie nadmiernie testować zaburzonej - w jego mniemaniu -potencji. Na dodatek, może ją, a nie siebie, obwiniać za niedostatki ich pożycia. Losy pary, która ostro prowadzi tę grę mogą być różne. Przez lata mogą zgrywać się w swoich potrzebach, unikając współżycia.


Udręczona

Tę grę podejmują częściej kobiety, bo to one zwyczajowo godzą różne życiowe role: matki, żony, kochanki, pomocy domowej itp. Wielu z nich trudno odnaleźć zadowolenie z życia, bo czują się zmęczone i przeciążone. Niszcząca gra pojawia się wtedy, gdy kobieta przyjmuje na siebie wszystkie obowiązki, a nawet dokłada sobie więcej. Chce udowodnić (sobie i innym), że jest perfekcyjna i niezastąpiona. Mąż tymczasem ją krytykuje. Po to zresztą za niego wyszła, by być punktowana i cenzurowana. Organizując przyjęcie dla gości, chce być idealną panią domu, duszą towarzystwa, doskonale wyglądać, a w tym samym czasie jedzie z dziećmi na wizytę do dentysty i obiecuje przyjaciółce upiec ciasto. Wszystko po to, by pognębić się jeszcze bardziej. Napięty plan jest niewykonalny, zawodzi męża, dzieci, gości. Kobieta nie rozumie, że sama naraziła się na porażkę. Przygniata ją poczucie winy, które tym bardziej skłania ją do dalszych starań.

Czemu mąż dokręca jeszcze śrubę? Zwykle to mężczyzna, który poszukuje w żonie niedościgłego ideału własnej matki. W tym porównaniu żona nie ma szans wypaść dobrze. Jej przekonania, co do roli kobiety pokrywają się z jego pragnieniami. Im bardziej odpowiedzialne stanowisko zajmuje mąż, tym więcej obydwoje znajdują powodów, by jej rola w związku była podległa. Ten scenariusz kończy się często wizytą u psychiatry, poważną chorobą lub opuszczeniem przez męża, który na dłuższą metę nie może znieść życia z męczennicą.

 

Czemu je prowadzimy? Bo czasem autentyczna bliska relacja wydaje się za trudna. Boimy się, że jeśli pokażemy swoje prawdziwe oblicze zostaniemy zranieni. Wolimy atakować zza węgła, udawać kogoś, kim nie jesteśmy. W pewnym sensie nas to chroni. Jednak odgradzamy się od siebie granymi rolami. Pierwszym krokiem do przerwania gry jest uświadomienie sobie, że w nią gramy.

 

Scenariuszy gier jest wiele. Poniżej kilka z nich, które wyróżnił znany amerykański psychiatra Eric Berne. Przypatrzmy się, czy któraś z nich wydaje się nam bliska?



Gdyby nie ty...

 

...zrobiłabym karierę, zostałabym baletnicą, zdobyła Mont Blanc... Liczba scenariuszy, co by było gdyby nie on/ona może nie mieć końca. To jedna z najczęstszych gier małżeńskich. U jej podstawy leży fałszywe założenie, że to on (najczęściej mężczyzna) ponosi winę za jej niepowodzenia, bo jest dominujący i tyranizuje. W rzeczywistości żona nieprzypadkowo wybiera takiego mężczyznę. Przecież od początku rokował, że wejdzie w taką rolę. Dzięki temu ona nie musi podejmować wielu wyzwań, o których marzy. Dominujący mąż jest pretekstem do niepodejmowania ryzyka. Bywa tematem rozmów przy herbatce z koleżankami, które również chowają się za plecami mężów.

 

Po co ta gra? By uśmierzyć lęki i usprawiedliwić swoją bierność: „Nie chodzi o to, że się boję - to on mi nie pozwala się realizować". Gra toczy się tak długo, jak długo mąż wchodzi w swoją rolę i ogranicza niezależność żony. W dniu, w którym powie: „Śmiało, realizuj swoje plany" - przerywa grę, bo żona nie może dłużej tłumaczyć nim swojej bierności.

 

Dlaczego partner gra w tę grę? On też czerpie z tego zyski. Syci swoje dominujące ego. Życie seksualne takiej pary zwykle nie układa się dobrze, bo jego zakazy i jej skargi prowadzą do kłótni. Ale właśnie kłótnie bywają momentami, w których partnerzy są ze sobą najbardziej szczerzy i autentyczni.

 

 

Sąd

 

Rozgrywający ją małżonkowie potrzebują widowni lub ławy przysięgłych. Liczba osób biorących udział w tej grze jest dowolna, chodzi jednak o to, by był powód, pozwany i sędzia lub lepiej sędziowie. Zaczyna jedna ze stron: „Pozwólcie, że wam opowiem, co on/ona wczoraj zrobił...". Druga broni się: „Ależ było zupełnie inaczej, a mianowicie...". Tu włączają się zazwyczaj inne osoby, które mają już wyrobione zdanie na temat tej sytuacji, na przykład przyjaciółka popiera przyjaciółkę, kolega kolegę. Zwycięzcą czuje się ten, kto wytoczy więcej argumentów lub znajdzie większe poparcie.

 

Małżonkom nie chodzi jednak o rozstrzygnięcie sporu, ale o wzajemne dopieczenie sobie przy użyciu innych osób. Gra pomaga zmniejszyć napięcie między małżonkami, bez poważnego przyjrzenia się problemowi. Czasem jest jedyną formą omawiania przez nich konfliktów i ulubioną formą spędzania czasu podczas przyjęć.

Oziębłość

 

Sypialnia to ulubione miejsce do prowadzenia gier. W końcu tam właśnie stajemy przed sobą nadzy i bezbronni. I wymyślamy wiele sposobów, by się przed tym obronić. W tej grze mąż zaleca się do żony, ale jest odtrącany. Żona twierdzi, że wszyscy mężczyźni to zwierzęta i chodzi im wyłącznie o seks. Zniechęcony otrzymywaniem „koszy" mąż, daje za wygraną i przestaje ją nagabywać. Wtedy żona zaczyna prowokować, zaczyna flirtować w towarzystwie. Mąż znów stara się o zbliżenie, ale wtedy znów słyszy tę samą wymówkę. Finałem zajścia jest z reguły awantura, która staje się dla tej pary substytutem seksu - też prowadzi do rozładowania, tyle że innego rodzaju. Ta gra może ciągnąć się latami, doprowadzając do coraz większej urazy u męża i coraz silniejszych prowokacji ze strony kobiety.

 

Dlaczego mąż trwa w takiej sytuacji? Nieprzypadkowo znalazł się w tym związku. Być może wybrał kobietę, która nie będzie nadmiernie testować zaburzonej - w jego mniemaniu - potencji. Na dodatek, może ją, a nie siebie, obwiniać za niedostatki ich pożycia. Losy pary, która ostro prowadzi tę grę mogą być różne. Przez lata mogą zgrywać się w swoich potrzebach, unikając współżycia.

 

 

Udręczona

 

Tę grę podejmują częściej kobiety, bo to one zwyczajowo godzą różne życiowe role: matki, żony, kochanki, pomocy domowej itp. Wielu z nich trudno odnaleźć zadowolenie z życia, bo czują się zmęczone i przeciążone. Niszcząca gra pojawia się wtedy, gdy kobieta przyjmuje na siebie wszystkie obowiązki, a nawet dokłada sobie więcej. Chce udowodnić (sobie i innym), że jest perfekcyjna i niezastąpiona. Mąż tymczasem ją krytykuje. Po to zresztą za niego wyszła, by być punktowana i cenzurowana. Organizując przyjęcie dla gości, chce być idealną panią domu, duszą towarzystwa, doskonale wyglądać, a w tym samym czasie jedzie z dziećmi na wizytę do dentysty i obiecuje przyjaciółce upiec ciasto. Wszystko po to, by pognębić się jeszcze bardziej. Napięty plan jest niewykonalny, zawodzi męża, dzieci, gości. Kobieta nie rozumie, że sama naraziła się na porażkę. Przygniata ją poczucie winy, które tym bardziej skłania ją do dalszych starań.

 

Czemu mąż dokręca jeszcze śrubę? Zwykle to mężczyzna, który poszukuje w żonie niedościgłego ideału własnej matki. W tym porównaniu żona nie ma szans wypaść dobrze. Jej przekonania, co do roli kobiety pokrywają się z jego pragnieniami. Im bardziej odpowiedzialne stanowisko zajmuje mąż, tym więcej obydwoje znajdują powodów, by jej rola w związku była podległa. Ten scenariusz kończy się często wizytą u psychiatry, poważną chorobą lub opuszczeniem przez męża, który na dłuższą metę nie może znieść życia z męczennicą.

Autor: Eliza Koźmińska-Sikora, psycholog

Komentarze