o tytułomanii inaczej

Z lat 60. ubiegłego wieku pamiętam właśnie taką manię „magistrowania” sobie w aptekach. Nie było „pani Zofii”, „pani Barbary” czy „pani Matyldy”, tylko „pani magister Zofia”, „pani magister Barbara” czy „pani magister Matylda”.

Nie wiem, czy pamiętają Państwo taki żartobliwy rysuneczek Andrzeja Mleczki (innych przecież nie rysuje!), przedstawiający dwóch facetów: jeden stoi przodem do patrzącego (na obrazek), drugi stoi tyłem. Ten pierwszy ma wyszczerzone zęby i wyłupiaste oczka przesłonięte okularkami, a z ust wychodzi mu „chmurka” z następującym napisem: JESTEM MAGISTER – DLA PRZYJACIÓŁ MEGI.

To bardzo stary żart rysunkowy Andrzeja Mleczki. I ten jakoś specjalnie zapamiętałem, ponieważ „ilustrował” (w jakimś sensie) „modę” z lat 60. ubiegłego wieku – modę „magistrowania” sobie nawet między kolegami, koleżankami w jednym zakładzie pracy, jakim była apteka. Z lat 60. ubiegłego wieku pamiętam właśnie taką manię „magistrowania” sobie w aptekach. Nie było „pani Zofii”, „pani Barbary” czy „pani Matyldy”, tylko „pani magister Zofia”, „pani magister Barbara” czy „pani magister Matylda”. Oczywiście, rozumiem, kiedy młoda absolwentka farmacji po studiach do o wiele starszej koleżanki zwracała się per „pani magister”. No, był to jakiś wyraz szacunku w stosunku do starszej koleżanki. Jeżeli jednak równolatki „magistrowały” sobie na potęgę, to już zakrawało na jakąś kpinę. I wcale nie chodzi mi w tej chwili o to, aby „równolatki” spoufalały się per „Jadziu”, „Marysiu” czy „Krysiu”. Jeśli już, bardziej normalne byłoby zwracanie się per „pani Jadziu”, „pani Marysiu” bądź „pani (bądź panno) Krysiu”. Jednak z perspektywy czasu (wiele lat!) widzę, że to „magistrowanie” sobie miało… sens i to nawet POLITYCZNY. Dlatego o tym piszę i daleki jestem od kpiny.

Trzeba bowiem przypomnieć sobie atmosferę polityczno-społeczno-finansową lat 60. ubiegłego wieku i to właśnie w odniesieniu do farmaceutów, kiedy władza ludowa tychże farmaceutów, magistrów farmacji pracujących w aptekach sprowadziła do roli i rangi… zwykłych sprzedawców, ekspedientów – jak w byle sklepie mięsnym, spożywczym, a nawet w sklepie z gwoździami.

Starsi koledzy i koleżanki powinni pamiętać marazm i brak perspektyw w tamtym okresie. A jeśli „władza ludowa” zaczęła finansowo pomiatać ludźmi w białych fartuchach stojącymi za „ladą” w sklepie-aptece, to trudno się dziwić, że ludzie (farmaceuci) zaczęli się sami dowartościowywać (chociaż tak!), zwracając się do siebie per „pani magister”, „panie magistrze” i to głównie przy ludziach w aptece, aby dać wyraz temu, że nie zwykły ekspedient stoi za ladą, ale… magister farmacji po długich pięcioletnich studiach.

Czy klienci apteki to zrozumieli? Raczej mam wątpliwości. To właśnie w aptece klientom najczęściej „puszczały nerwy” i wreszcie można było na kimś się wyładować. Bo w poczekalni do lekarza siedzieli jak trusie – w końcu szczęśliwi, że pan doktor wreszcie (po godzinach czekania) przyjął ich w gabinecie.

Ale pamiętam też inny moment z „epoki Gierka”: któregoś dnia znajomy pokazał mi swój bilet wizytowy – oczywiście z nazwiskiem, nazwą firmy, w której pracował i adresami. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, wizytówka jak wizytówka. – Niczego nie dostrzegasz? – zapytał. – No, niczego – odpowiedziałem. Otóż okazało się, że przed jego nazwiskiem nie było skrótu posiadanego tytułu: „mgr ekonomii” (jako że był po studiach w Wyższej Szkole Handlowej).
– No! Duża rzecz – powiedziałem. – Duża rzecz! – Na to ów znajomy wygłosił sentencję, że nie przedrostek przed nazwiskiem ma budzić szacunek (niby patrzcie, jaki on „mądry” i wykształcony!), ale samo nazwisko. Niby racja, pod warunkiem wszakże, że nazwisko będzie kojarzone z czymś naprawdę wielkim, szlachetnym i budzącym szacunek.

W tym kontekście przypomniała mi się moja ukochana pani profesor doktor Maria Szmytówna, kierownik Zakładu Chemii Nieorganicznej na Wydziale Farmaceutycznym Akademii Medycznej w Poznaniu z lat 50. XX w. Wszelkie dokumenty, pisma, nasze świadectwa z kolokwium podpisywała krótko: Szmytówna. I wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi! Co niniejszym do małej refleksji podaje Wasz stały felietonista.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze