Noc świętojańska - miłość i magia

„U nas w wigilię świętego Jana niewiasty ognie paliły, tańcowały, diabłu cześć i modłę czyniąc (...), aby była prawie świętość diabelska..."- pisał w XVI wieku Marcin z Urzędowa.

Noc świętego Jana (sobótka lub kupała) z chrześcijańskim świętem łączy głównie nazwa, reszta to tańce przy ognisku, miłość i magia. Trudno ustalić, kiedy pojawiły się nad Wisłą obrzędy związane z kultem słońca, podobnie jak nie sposób stwierdzić, skąd przybyły. Może przeniknęły z tradycji Celtów, którzy przemieszczając się szlakami handlowymi biegnącymi od Bałtyku przez przełęcze karpackie, odcisnęli swój ślad na kulturze mieszkańców tej części Europy.


Celtyckie korzenie

Już w IV w. p.n.e. wędrowały tędy karawany wiozące na południe sól i bursztyny. W grobach z tego okresu archeolodzy znajdują coraz więcej przedmiotów o charakterze celtyckim. Pewnie wielu Celtów osiedlało się na ziemiach polskich i żyło w pokoju z tutejszymi ludami. Mimo wielu znaków zapytania jedno jest pewne: obrzędy przypadające na przesilenie letnie w nocy z 23 na 24 czerwca kultywowano na ziemiach Polski dużo wcześniej, zanim mieszkańcy Europy usłyszeli o świętym Janie. W roku obrzędowym Celtów znajdowały się cztery ważne święta. Jedno z nich przypadało 1 maja i związane było z ogniami Belenosa, pogańskiego boga słońca i śmierci. W jego gestii leżały płodność, żar i światło łączone z życiodajną siłą. Odpowiednikiem słońca na ziemi był ogień. Kojarzono go zarówno z dawaniem, jak i odbieraniem życia.

Dzień ten rozpoczynał sezon pasterski. Był powitaniem lata i słońca, dzięki któremu dojrzeje zboże. Rozpalane ogniska miały potęgować słoneczne ciepło na ziemi. Pomiędzy nimi przeskakiwali członkowie klanu, przenoszono przez nie dzieci i starców, a nawet przeprowadzano bydło. Wierzono, że zabieg oczyści, a także uzdrowi ludzi. Ważną rolę odgrywała także woda, kojarzona również z płodami rolnymi i życiem. Należało więc w tym czasie zażywać rytualnych kąpieli. Sądzono, że na chwilę ożywają menhiry - ludzie zaklęci przez druidów w głazy, by tej nocy pić i tańczyć. Później obrzędy związane z kultem słońca zaczęto praktykować w noc przesilenia letniego. Przez wieki ich pozostałości były widoczne we Francji. W XVI w. w noc świętego Jana w miastach palono skazańców i bezdomne koty. Były to zapewne pozostałości po pradawnym składaniu ofiar Taranisowi w intencji pokoju, zdrowia i łaski bogów. Można też skojarzyć ten okrutny zwyczaj z mocą ognia, który „oczyszczał" miasto. Przetrwał też obrzęd staczania z góry płonącego koła pokrytego słomą. W dawnych czasach unaoczniał on wędrówkę słońca po niebie. Jeszcze w XIX w. staczano taki krąg z góry Stromberg. Jeżeli zgasł, wpadając do wód Mozeli, spodziewano się, że w danym roku bujnie obrodzi winorośl. Znowu więc mamy do czynienia z płodnością i obfitością.


Zgroza sobótkowej nocy

Pierwsza wzmianka o tanecznych kręgach kobiet wokół ognisk pojawia się w Polsce w XIII w. i jest związana ze świętą górą Ślężą. Obrzęd ten jest pozostałością z czasów przedchrześcijańskich, kiedy w Polsce niepodzielnie królowali Światowit i Perun. Wraz z nastaniem nowej wiary bóstwa te odeszły w niepamięć, ale obyczaje zachowały się w tradycji. W XIV i XV w. wydawano oficjalne zakazy zabaw sobótkowych. Księża grzmieli z ambony, strasząc wiecznym potępieniem i ogniem piekielnym za swobodę seksualną i inne „diabelskie praktyki".

Jan Stanisław Bystroń w książce „Dzieje i zwyczaje w dawnej Polsce" przytacza opis organizowanych przez jezuitów krucjat przeciw sobótkom: „W dzień św. Jana, gdy się już dobrze było zmierzchło, wyszli niespodziewanie jezuici, w kościelne stroje ubrani, przy odgłosie dzwonów i świetle pochodni i udali się za miasto, gdzie rozniecono ognie i płoche skoki mieszkańców przypominały dawne pogańskie obrządki. Niespodziewany widok okazałej procesji i szanowanych powszechnie kapłanów wzruszył mieszkańców, którzy natychmiast rozbiegli się do domów (...)" Nie byli jednak duchowni dość gorliwi, by całkowicie wytępić ten obyczaj wśród ludu. Na związek praktyk z kultem celtyckim wskazują między innymi posągi znalezione w okolicy góry Ślęży. Kształtem przypominają niedźwiedzia lub dzika - zwierzęta o znaczeniu religijnym, a z boku wyryty mają ukośny krzyż. Podejrzewa się, że ten znak pełnił dla druidów taką rolę, jak dla pierwszych chrześcijan wizerunek ryby.

Palenie ognisk próbowano też tłumaczyć jako pamiątkę palenia bałwanów pogańskich i nadać w ten sposób zwyczajom charakter chrześcijański. Starowolski uczył w kazaniu: „Na tę pamiątkę i po dziś dzień w wigilię Jana św. ognie ludzie palą, weseląc się z tego, iż im tego dnia pierwszy raz światłość ewangelii świętej rozświeciła. I pokazując też to, iż po dziś dzień są gotowi takie bałwochwalstwa palić, jeśli by się kędy między ludźmi prostymi znajdowały"


Noc Kupały

Na ziemiach polskich noc świętojańska zwana jest również kupałnocką albo kupałą. Według niektórych podań nazwa wywodzi się od pogańskiego bożka płodności i miłości Kupały. Inne interpretacje wskazują na słowo „kupało" „kupała" określające - na pograniczu polsko-ruskim - kąpiel. Obydwie teorie mają uzasadnienie, bowiem ta magiczna noc związana jest z płodnością, obfitością, a istotną rolę odgrywają w niej woda i ogień.

Powszechnie wierzono, że jest to noc wyjątkowa, pełna czarów i dziwów, jakie się normalnie nie zdarzają. Po świecie błąkają się wtedy dusze zmarłych i istoty demoniczne, dzięki którym skuteczniej działa magia. Ten moment, będący być może pozostałością po orgiach rytualnych, przepełniony był cielesnymi igraszkami i swobodą seksualną. Był to najlepszy czas dla praktyk miłosnych.

Dziewczęta na wydaniu, dla których ta noc była szczególnie ważna, wróżyły sobie i odprawiały zabiegi magiczne. Przed północą nago z rozpuszczonymi włosami zbierały „nasięźrzał" zioło rosnące pod lasem, i skąpane w rosie szeptały zaklęcia:

„Nasięźrzele, rwę cię śmiele
pięcią palcy, szóstą dłonią,
niech się chłopcy za mną gonią".

Innym magicznym sposobem na zdobycie względów było upolowanie nietoperza. Dziewczęta biegały nago za zwierzątkiem, a upolowane wkładały do mrowiska. Z objedzonego szkieletu wybierały z kostek skrzydła „grzebyk" którym można było „zagarnąć" dla siebie względy każdego mężczyzny.

Wróżyły sobie też z wianków. Do deseczek mocowały plecionki z polnych kwiatów, w środku stawiały świeczkę i puszczały na wodę. Jeżeli wianki szybko się oddalały od brzegu albo zeszły ze sobą, znaczyło to, że wybranek serca wkrótce się pojawi. Jeżeli zaplątały się w glony, życie dziewczyny miało być pełne komplikacji, zapowiadało staropanieństwo i samotne macierzyństwo. Najgorszą wróżbą było zgaśniecie świeczki - najgorętsza nawet miłość wkrótce miała się wypalić. Wianki symbolizowały cnotę dziewczyny, dość często traconą tej nocy. Ludowe pieśni pełne są zatem opłakiwania „utraconych wianków":

„Moja matulu, moja kochana,
Przygoda mi się stała
Uwiłam wianek z siedmiu równianek
Woda mi go zabrała.
Łabędzie płynął, ledwie nie giną,
Bystra ich woda garnie,
Oj, utraciłaś, moja Kasieńko, Twój wianuszek marnie".


Kwiat paproci

Dawniej wierzono, że o północy na kilka chwil zakwita w lasach kwiat paproci. Znaleźć mógł go tylko człowiek dobry i niewinny. Szczęśliwiec, któremu by się to udało, zapewnione miał szczęście, mądrość i dostatek. Bez trudu mógł odnaleźć zakopane skarby oraz stawać się niewidzialny. Kwiatu należało szukać nago, przepasawszy się bylicą-zielem, którego czarownice i inne strzegące go złe moce bały się bardziej niż ognia. Wokół kwiatu należało obrysować krąg poświęconą w kościele kredą, a następnie trzymać przy ołtarzyku domowym, co gwarantowało szczęście domownikom.

Trudno się dziwić, że ciepła noc, przepełniona zapachem kwiatów i ziół, gorącem płomieni, śpiewami oraz tańcem w skąpych strojach, przylegających do mokrych od potu ciał, rozpalała namiętności. Kupała wibrująca magią była czasem zalotów, nieskrępowanej swobody i inicjacji seksualnej. Nocne wyprawy w poszukiwaniu kwiatu paproci często kończyły się cielesnymi igraszkami, a zamiast znaleźć kwiat, dziewczęta „gubiły swoje wianki".


Świętojańskie oczyszczenie

Święto było połączeniem żywiołów i w ogóle momentem zjednoczenia przeciwieństw. Światło łączyło się w jedno z ciemnością, mężczyzna z kobietą, ład z chaosem, ogień z wodą. Woda miała oczyszczającą i życiodajną moc, należało więc się w niej zanurzyć, co zapewniało, zwłaszcza młodym, miłość, piękno, siłę i zdrowie. Dlatego chłopcy i dziewczęta z chęcią tarzali się w rosie lub zażywali kąpieli.

Trzeba było jednak uważać. Za zbytnią brawurę wodne duchy mogły ukarać nawet śmiercią w odmętach jeziora. Prawdopodobnie ze względu na ten zwyczaj Kościół, nie mogąc wytępić pogańskich zwyczajów, ustanowił na patrona tego dnia św. Jana, kojarzonego z chrztem i oczyszczaniem przez zanurzenie się w wodzie. Rozpalano też wielkie ogniska, wokół których tańczono w kręgu, a kobiety wznosiły prośby o męża. Chłopcy popisywali się przed dziewczętami sprawnością fizyczną, skacząc między płomieniami, w czym odnaleźć możemy analogię do oczyszczających zabiegów celtyckich. Zdarzało się również, że żarem ogniska rozpalano rano nowy ogień w palenisku domowym. Wierzono też, że ogień odstraszy czarownice i inne mary włóczące się po lasach, dzięki czemu będą się trzymać z dala od ludzkich siedzib. Śpiewano nad ogniem piosenki:

„Myśmy przyszły tu z daleka, Popalili święte ognie, Nie zabiorą nam już mleka Czarownice te przeklęte!
Niechaj ruta w ogniu trzeszczy, Czarownica w ogniu wrzeszczy, Niech bylicy gałąź pęka, Czarownica w ogniu stęka".
Kto zaś nie przyszedł na sobótkowe tańce, ten byt podejrzewany o konszachty z diabłem i knucie na szkodę przyzwoitym ludziom.


Sabat czarownic

W 1478 r., pod naciskiem duchownych, Kazimierz Jagiellończyk zabronił rozpalania na Łysej Górze ognisk, które wiązano z sabatami czarownic. Natknięcie się nocą na tańczące w ekstatycznym tańcu, nierzadko nagie, kobiety było wspaniałą pożywką dla wyobraźni. Stąd zapewne wzięły się liczne podania o zlotach czarownic. Ich spotkania odbywały się regularnie, a najważniejszy Wielki Zlot -właśnie w noc świętojańską (w tradycji germańskiej w noc Walpurgii 1 maja).

Niewiasty, które zaprzedały się złym mocom, usypiały swoich mężów, po czym szeptały zaklęcie: „Płot nie płot, wieś nie wieś, ty mnie biesie nieś!" i wylatywały przez komin. Na miotle lub zaklętym zwierzęciu przylatywały na górę, gdzie oddawały się orgiom z diabłami, uczyły magicznych praktyk, warzyły wywary i trucizny oraz knuły przeciw światu. Wszystko to przy akompaniamencie demonicznej „kociej muzyki" wygrywanej na piłach. Pianie kura było sygnałem, że czas wracać i znowu udawać przyzwoitą żonę.

W „Czarach i czartach polskich" Julian Tuwim pisał: „Co czyni szatan z nowo przyjętymi czarownikami? Każe zaprzeć się Boga i świętych; potem ochrzciwszy, daje proso czarne z proszkiem wątroby niemowląt nie-chrzczonych albo krew ssie z nogi lewej; używa zaś tego sekretu, aby nie wydawali sekretu nawet na torturach. Jaka ich biesiada? Jedzą ropuchy, wisielców, trupy świeże dzieci niechrzczonych, ale wszystko bez soli, chleb zaś z prosa czarnego"

Kobiety posądzone o czarną magię były poddawane procesom czarownic. Z protokołu zielonogórskiego procesu wiemy, jakich łajdactw „dopuszczały się": „Przyznajesz się, żeś szwagrowi swemu troje dzieci uśmierciła? Przyznajesz się, żeś działała w porozumieniu z diabłem i jemu ciało i duszę sprzedała? Przyznajesz się, żeś niejakiego Krzysztofa Klicha z Łężyc uśmierciła? Przyznajesz się, żeś ze złym duchem już przez cztery lata nierząd uprawiała? Przyznajesz się, żeś ze Złym wymienione wyżej osoby na Łysej Górze widziała?" Poddawane torturom przyznawały się do zarzutów, a także wskazywały towarzyszki zakazanych praktyk.

Tradycja puszczania wianków na Wiśle i zabaw sobótkowych nad brzegiem rzeki przetrwała do dziś, ale nie ma już w niej dawnej magii, tajemniczości, czarów, ani szaleństwa.

Autor: Zofia Stopa

Komentarze