Niewidzialny bohater - kaskader

Galop na rozpędzonym koniu, niebezpieczna jazda samochodem, skok czy upadek z dużej wysokości, bójka, a nawet czołganie się w błocie - to wszystko kaskader bierze na siebie, wyręczając aktorów. Choć w filmach akcji uczestniczy w większości trzymających w napięciu scen, na ekranie ani razu nie widać jego twarzy. Wywiad z kaskaderem Zbigniewem Modejem.

- Nigdy się pan nie boi?


Zawsze. Jeśli kaskader przestanie się bać, to czas zmienić zawód. Brak lęku oznacza brak wyobraźni i zdolności przewidywania. Ale z tym niebezpieczeństwem też nie przesadzajmy - jesteśmy przygotowani, potrafimy w 99 proc. przewidzieć, jak przebiegnie scena i co się wydarzy. Oczywiście pozostaje ten jeden procent na to, czego nie da się przewidzieć.


A rodzina?


Żona przyzwyczaiła się do tego, poza tym wiedziała, czym się zajmuję. Kiedy się poznawaliśmy, byłem już kaskaderem. Czasem myślę, że nie obawiała się, bo może nie do końca wiedziała, na czym to polega ... Dziś już na pewno nie boi się, bo jesteśmy po rozwodzie. Kobiety są wspaniałe, ale kiedy człowieka ciągle nie ma w domu, związki się rozpadają. A mój zawód wymaga wielkiego zaangażowania. Ale dzieciom chyba się podoba, że jestem kaskaderem. Choć trochę narzekają, że mam dla nich za mało czasu. Choć starałem się poświęcać im każdą wolną chwilę, i tak nie pamiętam, żebym spędził wakacje z rodziną, z dziećmi. Nawet, kiedy były małe. Jestem kaskaderem filmowym, a większość filmów kręci się latem, a więc pracowałem, zamiast gdzieś wyjechać. Bywało, że dzieci przyjeżdżały do mnie na plan. Mam nadzieję, że były to dla nich ciekawe wakacje.


- Dzięki zawodowi ma pan doskonałą kondycję


Dobrze, gdy kaskader utrzymuje sprawność na trochę wyższym poziomie niż przeciętny Polak. Ma niezłą formę, jest rozciągnięty - to się przydaje w tej pracy. Ja, choć palę, na kondycję nie narzekam. Ostatnio wchodziłem na siedemdziesięciometrową wieżę kościoła, w towarzystwie rówieśników, i wszyscy weszliśmy bardzo sprawnie. Ale tak naprawdę w tym zawodzie kondycja wyczynowca nie jest niezbędna. Trzeba mieć wytrzymałość konieczną do odegrania konkretnej sceny. W dodatku kiedy trzeba spaść z dużej wysokości, kondycja nie jest najważniejsza. A ja 16 razy spadałem z 32 metrów, a raz nawet z 40.


- Zrobił to pan i wyszedł ze szwanku?


Owszem, w dodatku nawet włos nie spadł mi z głowy. To jedna z najbardziej efektownych scen w mojej karierze i jedna z moich ulubionych. Był to film "Powrót wabiszczura”. Spadałem w nim w kabriolecie z czterdziestokilkumetrowej skały. Kilka metrów nad ziemią wyskoczyłem z auta, które się roztrzaskało. Wszyscy byli pod wrażeniem. Tego ujęcia nie powtarzaliśmy, ale nie dlatego, że było zbyt niebezpieczne. Z bardziej prozaicznego powodu: mieliśmy tylko jeden kabriolet.


- Jak to „ nie powtarzaliśmy”? To znaczy: że trzeba przeżyć to więcej niż raz?


Tak, zawsze kręci się tzw. duble. Powtarza się scenę co najmniej dwa razy, a potem wybiera lepszą albo najlepsze fragmenty z obu i montuje najbardziej efektowne ujęcia. Czasem ja sam nalegam na drugie czy trzecie ujęcie, bo wiem, że mogę spaść efektowniej. Poza tym, kiedy reżyser prosi o powtórkę, nieprofesjonalnie byłoby powiedzieć: "Nie mogę. Oj, boli mnie ręka” Tym bardziej, że kontuzje wbrew pozorom zdarzają się rzadko.


- Rzadko, ale jednak się zdarzają. Czy ma pan na swoim koncie jakieś kontuzje czy blizny zdobyte na planie?


Miałem tylko dwa wypadki. Raz spadłem tak nieszczęśliwie, że zerwały mi się trzy prostowniki kręgosłupa. Drugi raz przeżyłem przygodę z ogniem na planie "Musisz żyć" Hoffmana. Moim zadaniem było wyskoczenie z płonącego budynku, ale utknąłem za ścianą ognia. Trochę się wtedy poparzyłem, moje jedyne zdobyte na planie blizny pochodzą właśnie z tego wypadku.


- Nie zniechęciło to pana?


Przecież to się goi. Przez 30 lat tylko dwa urazy - to bardzo mało. Łatwiej się oblać wrzątkiem czy skaleczyć zszywaczem w biurze. Najśmieszniejsze jest to, że pierwszy raz w życiu miałem założony gips dopiero niedawno. Po 30 latach pracy i 12 latach uprawiania sportu. Wszystkich tą historią rozbawiam, bo wprawdzie złamałem nogę na planie, ale nie podczas numeru. Schodziłem już z rusztowania, ostatni metr zeskoczyłem, na dole leżała deska i trrrach. To trochę tak, jakby wykonawca najbardziej niebezpiecznych scen w filmie złamał nogę na skórce od banana podczas zwykłego spaceru. Obecnie zresztą urazy grożą mi nawet rzadziej niż kiedyś, bo w nowoczesnej filmografii często pracują za nas komputery.


- Efekty komputerowe zmniejszają ryzyko?


Ostatni obraz w kinie światowym, w którym robiło się prawdziwą kaskaderkę, to "Indiana Jones'; choć i tu już powoli wkradały się elementy komputerowe. Później jeszcze francuski film "Taxi" Luca Bensona był robiony praktycznie bez komputerów. Dziś są one w powszechnym użytku. Czasem scena upadku czy potrójnego salta jest kręcona z linkami zabezpieczającymi, a potem się je komputerowo wymazuje. Po prostu nie ma sensu się narażać, gdy to niekonieczne. Komputerowa obróbka jest prosta i niedroga, a salto na linkach wygląda tak samo efektownie, jak i bez nich. Jednak taka praca, mocno podpierana komputerem, nie jest już tym, na co się decydowałem, wybierając ten zawód. Choć przyznaję, że niezależnie od udziału komputerów ja sam biorę udział w scenach kaskaderskich już rzadziej niż kiedyś.


- Na czym polega reżyserowanie scen kaskaderskich?


Wymyślamy, jak scena powinna wyglądać i opracowujemy jej przebieg. To wymaga pewnej wiedzy, bo np. w scenie bójki wszystkie ruchy muszą być przerysowane, przesadzone, specjalnie aranżowane. Gdyby było inaczej, wszystko odbyłoby się za szybko, byłoby nieczytelne i niewidoczne dla widza. Kaskader koordynator powinien też ocenić, ile ujęć aktor może zrobić sam i jak przygotować go do tego, np. Robert Gonera podczas kręcenia "Dublerów" pod okiem doświadczonych kaskaderów ćwiczył przez dwa tygodnie pod kątem konkretnych scen. Dzięki temu mógł wszystko zagrać sam. Niektórzy aktorzy próbują robić niebezpieczne rzeczy, ale tak naprawdę im nie wolno. Jeśli odtwórca głównej roli skręci albo złamie nogę, jest przerwa w zdjęciach, a to bardzo dużo kosztuje. Często zastępujemy aktorów nie dlatego, że oni nie są w stanie czegoś zrobić, ale gdy ocenimy, że mogliby doznać uszczerbku na zdrowiu. Czasem decyduje o tym nie stopień ryzyka, lecz zwykła ekonomia. Kiedyś na poligonie była scena, w której aktor miał się czołgać w błocie, a potem jeszcze grać. Na wszystko mamy kilka godzin, więc prościej i rozsądniej jest, by w błocie czołgał się kto inny, a sam aktor, w dobrej formie, zagrał wszystkie sceny, jakie zostały na ten dzień zaplanowane.


- Kaskader jest potrzebny do kręcenia reklam?


Czasem reklamy zachęcają do kupna np. ubezpieczenia samochodu czy samego samochodu. W wielu reklamach kaskader ma dużo do zrobienia. Ja sam nakręciłem już ponad 120 spotów. A co tam robi? Różne rzeczy: szybko, niecodziennie i bardzo precyzyjnie parkuje samochód pomiędzy innymi pojazdami; bierze udział w efektownej stłuczce, karkołomnie pędzi autem, spuszcza się na linie z wysokiej ściany. Czasem współtworzę z reżyserem reklamy, niekiedy biorę czynny udział w ich kręceniu. Reklama ma określone elementy do zamieszczenia i zarówno reżyser, jak i pozostali twórcy, winni podporządkować się klientowi i agencji reklamowej. Agencje już same wiedzą, że mądrze jest robić castingi wśród fachowców branżowych i jeśli trzeba skoczyć z dachu na dach, szukają specjalisty. Choć ostatnio modne stały się seriale.


- W jakich pan grał?


Nie jestem w stanie ich wyliczyć, tak wiele ich było. Sporo pracy zawsze mamy przy serialach sensacyjnych, dawniej były to np. "Przyłbice i kaptury”, "Zmiennicy" czy "07 zgłoś się"; w ostatnich latach ,,39 i pół': "Skorumpowani': "Oficerowie" czy "Trzeci oficer”. Bierzemy udział w scenach ryzykownych ucieczek i pościgów samochodowych i motocyklowych, bójek, wypadków, strzelanin, wybuchów. W "Wiedźminie" np. kaskader gra wyskakującego z wysokiego okna potwora czy walczy na miecze. Ale mamy też co robić w serialach obyczajowych, takich jak "Klan'; "Magda M”, "Samo życie" - tu jesteśmy bardziej ofiarami codziennych wypadków, np. samochodowych, spadamy z drabin czy drzew, stajemy na krawędzi dachu, jesteśmy uczestnikami bójek i napaści czy scen, gdzie ktoś tonie.

Autor: Agata Domańska

Komentarze