Nieśmiała buntowniczka. Rozmowa z Iloną Ostrowską.

Inności! To najbardziej mnie interesuje. A w tej inności mieści się wszystko, ludzie, krajobrazy, religia i sztuka. Również pierwszy zapach miejsca, do którego trafiam, który potem długo pamiętam. Widzę też nieprzyjemne rzeczy, jak straszną biedę, choroby, czy głodne dzieci.

Podobno nie lubi pani udzielać wywiadów?


Generalnie nie mam z tym żadnych problemów, choć rzeczywiście nie udzielam ich ani zbyt często, ani dla wszystkich pism. Mnie to zwyczajnie krępuje, czuję się niezręcznie. Wolę, żeby to, co mam do powiedzenia, widz zobaczył w kinie. Fajnie jest zachować pewien rodzaj tajemnicy, niedopowiedzenia…


Stała się pani bardzo popularną aktorką, a to głównie za sprawą Lucy z serialu „Ranczo”, więc to zrozumiałe, że budzi pani zainteresowanie swoich wielbicieli.


Ale to wcale nie znaczy, że muszę opowiadać o mojej prywatności. Cały problem polega chyba na tym, że u nas w tę sferę życia wkradła się jakaś plebejskość. Mam na myśli ten rodzaj zainteresowania aktorami i pisanie o nich. Żyjemy w czasach „tandety”. Wiele znanych osób mówi o swoich sprawach bez zachowania jakichkolwiek granic i są tacy dziennikarze, których tylko to interesuje. A tu trzeba chyba znaleźć jakiś złoty środek i ja takiego szukam. Przecież to nie jest tak, że nigdzie się nie pokazuję, nie bywam, że jestem zamknięta w swoim świecie i żyję tylko sztuką. Tak nie jest. Co najwyżej nie wszędzie chodzę i nie na każdą imprezę, byle się pokazać. Trochę jestem zajęta, bo od czasu nakręcenia pierwszej części „Rancza” zagrałam w filmie Juliusza Machulskiego „Ile waży koń trojański?”, u Gerwazego Reguły w „Drodze do raju” i w „Kołysance”, znowu u Machulskiego. No i gram cały czas w serialu. W swoje role wkładam ogrom pracy, często mnie to wykańcza fizycznie i psychicznie i nie mam już siły na wychodzenie na salony i strojenie się w piórka, co nie znaczy, że stronię od życia towarzyskiego. Mam też swoje pasje, zainteresowania i dla nich też muszę znaleźć czas.


Czy jedną z takich pasji są podróże?


Tak i to dalekie podróże! Właśnie niedawno wróciłam z Kenii, gdzie, jak żartem mówię, zostałam „kłusowniczką wrażeń”. Byłam tam trzy tygodnie, razem z moimi koleżankami. Wcześniej zwiedziłam Tajlandię i Malezję. I wolę takie przeżycia, takie wyrażanie własnej ekspresji od tak zwanego „bywania”.


A co panią najbardziej pociąga, czego pani w nich szuka?


Inności! To najbardziej mnie interesuje. A w tej inności mieści się wszystko, ludzie, krajobrazy, religia i sztuka. Również pierwszy zapach miejsca, do którego trafiam, który potem długo pamiętam. Widzę też nieprzyjemne rzeczy, jak straszną biedę, choroby, czy głodne dzieci.


Jest więc pani prawdziwą córką marynarza. Pływała pani czasem z ojcem?


Kilka razy. Byłam wtedy małą dziewczynką, więc te wszystkie przeżycia miały monstrualny wymiar. Dobrze też pamiętam atmosferę związaną z powrotami ojca. Te stosy widokówek, które wysyłał i przywoził, filmy kręcone przez niego kamerą Super 8, którą miałam ostatnio w Kenii. Były wspaniałe opowieści, no i prezenty: dla mamy kreacje z prawdziwego jedwabiu, dla nas zabawki i smakołyki z całego świata. To były „w komunie” rzeczy nadzwyczajne. Dla mnie jednak najwspanialsze były winylowe płyty z najnowszymi nagraniami. Pamiętam, jak całymi godzinami tańczyłam przy piosenkach Beatlesów czy Boba Marleya. I marzyłam o tym niedoścignionym, wspaniałym świecie, który gdzieś tam jest…


Urodziła się pani w Szczecinie, wychowywała w Kołobrzegu, maturę zdawała już chyba na Zamojszczyźnie, studiowała we Wrocławiu, a od ośmiu lat mieszka w Warszawie. Czy teraz, po latach, nie czuje pani z tego powodu jakiegoś dyskomfortu, że coś pani przez to straciła, jakąś ciągłość na przykład?


– Nie przeszkadzały mi te nasze, czy potem i moje, przenosiny, a nawet wręcz przeciwnie, lubiłam je. Żal mi jedynie niektórych młodzieńczych przyjaźni, z czasów kołobrzeskich, z czasów, kiedy zaczynały nam rosnąć skrzydła, kiedy szykowaliśmy się do własnych odlotów. Po ostatnich przenosinach od razu polubiłam Warszawę, bo jest inna, nie ma tu jednego ściśle wyznaczonego centrum, w którym wszyscy się spotykają. Mówię, że dużo w niej „przeciągów”! Jest tu za to sporo specyficznych miejsc, które różnie mi się kojarzą, rejon ulicy Mokotowskiej na przykład z Nowym Jorkiem. Lubię też Pałac Kultury!


Rolą amerykańskiej dziewczyny, która zaczyna życie w Polsce i wiążą się z tym różnego rodzaju perypetie, zawojowała pani serca wielu z nas. „Ranczo” oglądały miliony widzów. Czy nie boi się pani, że Lucy może zaciążyć na pani artystycznym wizerunku?


Oczywiście, że trochę się boję, ale z drugiej strony wierzę w inteligencję polskich reżyserów. Najlepszy dowód, że od czasów „Rancza” ciągle miałam i mam nowe propozycje pracy. Już wkrótce zacznę zdjęcia do kolejnego filmu, o którym będzie z pewnością bardzo głośno! Szczerze mówiąc, jeszcze ciągle nie dociera fakt, że serial odniósł tak wielki sukces, bił rekordy oglądalności, był nagradzany przez widzów w plebiscytach i tak dalej. Stałam się osobą rozpoznawalną, na ulicy ludzie mówią mi dzień dobry, uśmiechają się, to jest miłe.


Jak nieśmiała i skromna dziewczyna zostaje aktorką?


Wydaje mi się, że skłonił mnie do tego pewien rodzaj mojej wrażliwości, chęci przekazania poprzez różne role tego, co myślę, w jaki sposób postrzegam świat. Była to też chęć stawania się, choćby na chwilę, kimś innym. To wszystko sprawia mi do tego ogromną frajdę.


W filmie „Tulipany” w reżyserii Jacka Borcucha, a prywatnie pani męża, zagrała pani tak zwaną odważną scenę łóżkową, która pokazywana jest w internecie w bazie „momenty”. Nie denerwuje panią ten fakt?


Nie mam na to specjalnego wpływu, a do tego jest to przecież prawdziwy fragment filmu. Potraktowałam tę scenę jak zwykłe zadanie aktorskie, którego oczekiwał ode mnie reżyser, a ja się z jego wizją zgadzałam.


W jakim momencie życia zawodowego jest pani w tej chwili, o jakich zadaniach aktorskich pani marzy?


Mam wrażenie, że cały czas jestem na starcie, że z każdą kolejną rolą wszystko zaczyna się od nowa. Mimo wielu już doświadczeń, ciągle nie jest mi obcy lęk, czy mi się uda, czy podołam zadaniu. Lubię grać postaci, które mają coś do powiedzenia, które posiadają pewien rodzaj „połamania psychicznego” i które, jak intuicyjnie czuję, są dla mnie.


Jest pani mamą trzy i pół letniej Miłki. Czy macierzyństwo w jakiś sposób zaskoczyło panią?


Miłka była oczekiwanym dzieckiem, urodziłam ją mając już 31 lat, więc byłam dojrzałą kobietą. Nie spodziewałam się jednak, że da mi ona taką siłę, że moje życie nabierze takiego sensu. We mnie nie ma już lęku, że zaleją mnie jakieś morza i czy góry zasypią. Ja te morza i góry mogę teraz przenosić!


Jaką matką chciała pani być, a jaką jest? Czy wyobrażenia spotkały się z rzeczywistością?


Chciałam być matką-przyjacielem, matką, która daje dużo miłości i nigdy nie skrzywdzi swojego dziecka. Ideałem, wzorem była i jest moja mama. Mój dom dzieciństwa i młodości był domem ciepłym, a wyniesione z niego wartości mam w sobie. Spędzam z córką dużo czasu, zabieram ją ze sobą w krótkie, często służbowe podróże zagraniczne, bywa też ze mną na planie filmowym. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że będziemy razem jeździć w daleki świat. Póki co pokazuję jej nasze ukochane góry, Tatry.

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    Świetna kobieta. Bardzo dobra aktorka, tylko mało jej ostatnio w filmie.

  • 2016-03-31 gość

    Czarująca i przemiła osoba.

  • 2016-03-31 gość

    bardzo lubię ilone