Nie zagram tłumu

Nie zagram tłumu, bo i tak zawsze będę w nim widoczny - rozmowa z aktorem, Piotrem Borowskim.

- Skąd Twoja decyzja o aktorstwie? Twój tata widział Cię raczej jako fizyka jądrowego.


Aktorstwo samo przyszło. Od szóstej klasy podstawówki należałem do różnych kółek teatralnych. Szybko złapałem teatralnego bakcyla, podobała mi się praca na scenie i specyficzna atmosfera, jaka tworzy się podczas spektaklu. W związku z tym decyzja o egzaminach do szkoły aktorskiej była dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Jednak to, co dla mnie było naturalne, rodzicom wydało się co najmniej dziwne - w mojej rodzinie byli lekarze, architekci. Zawód aktora kojarzył się tacie z czymś abstrakcyjnym, bardzo mało konkretnym - w przeciwieństwie do np. profesji fizyka jądrowego. Na szczęście nie dałem się odwieść od własnego pomysłu na życie.


- I zostałeś wyrazistym aktorem. W związku ze swoją specyficzną urodą wcielałeś się w postaci o różnej narodowości, grałeś m.in. Portugalczyka, Włocha, Serba, Afgańczyka. Na ile charakterystyczny wizerunek pomaga Ci w uprawianiu tego zawodu, a na ile szkodzi?


Mój wyrazisty typ urody sprawia, że są mi proponowane role charakterystyczne. Z drugiej strony, z góry wiadomo, że wielu ról nigdy nie zagram, np. roli typowego Polaka. Nie zagram tłumu, bo i tak zawsze będę w nim widoczny. W tej swojej wyrazistości widzę jednak więcej pozytywów. Grywam zupełnie odmienne kulturowo postaci. To jest niezwykle ciekawe doświadczenie, zwłaszcza że na potrzeby ról uczę się nowych, niekiedy mało popularnych języków. Ostatnio zagrałem Afgana w nowym serialu „Naznaczony" pasztuński był dla mnie sporym wyzwaniem.


- Czy w Twojej rodzinie są jakieś niepolskie korzenie?


Oczywiście. Mój wygląd nie wziął się znikąd - mój tata jest Irakijczykiem. Przyjechał do Polski na studia. Tu zakochał się i założył rodzinę.


- Współpracowałeś z wieloma teatrami, obecnie grasz w teatrze Krystyny Jandy. To prawda, że scena teatralna jest dla aktora najlepszą drogą do spełniania się w zawodzie"


Myślę, że to indywidualna sprawa. Lubię grać w teatrze. Jednocześnie dużą frajdę sprawia mi praca przed kamerą, zwłaszcza gdy mam okazję współpracować z dobrym reżyserem i operatorem. Podoba mi się to, że przed kamerą można zawsze coś poprawić, udoskonalić. W teatrze nie ma możliwości zrobienia dubla.


- To taka frajda, jak się robi duble?


Dla mnie tak, choć zależy, co trzeba powtórzyć. Jakiś czas temu musiałem wraz z Piotrem Adamczykiem wielokrotnie powtarzać na planie trzystumetrowy sprint, niemal bez chwili przerwy. Było naprawdę ciężko.


- Aktorstwo szlifuje charakter. Czego Ciebie uczy ten zawód?


Aktorstwo przede wszystkim uczy pokory. Kiedyś byłem zmuszony grać spektakl mimo czterdziestostopniowej gorączki. Czułem się fatalnie, ale przecież nie mogłem nie zagrać, do teatru przyszli ludzie. Poza tym cały czas poznaję siebie i swoje możliwości. Kiedy przypominam sobie siebie sprzed dziesięciu lat, mam poczucie, że teraz potrafię więcej i mam większą świadomość swojego ciała niż wtedy. W zawodzie aktora nauka trwa całe życie. Szkoła teatralna uczy techniki, a potem każdy musi przejść swoje, schodek po schodku.


- Użyczyłeś swojego głosu w filmach o Harrym Potterze. Jak podobała Ci się praca w dubbingu?


Bardzo lubię pracować głosem. Niestety, ostatnio nie zdarza mi się to często. Dubbing sprawia mi ogromną radość, jednocześnie jest świetną zabawą. To niezwykle interesujące doświadczenie - nagle trzeba włożyć kawałek siebie w postać rysunkową czy fabularną.


- W Teatrze Polonia grasz w sztuce o wymownym tytule „Miłość ci wszystko wybaczy" Czego oczekujesz od miłości?


Myślę, że w związku najważniejsze jest zaufanie, umiejętność słuchania drugiej osoby, wyrozumiałość. Moja żona i ja bardzo do siebie pasujemy. Żona również jest aktorką, dzięki czemu mamy wspólne tematy do rozmowy. Rozumie specyfikę tego zawodu, to że czasem trzeba funkcjonować w dwóch równoległych światach, choćby wtedy, kiedy muszę całować się na scenie czy przed kamerą z jakąś inną kobietą. Często wspólnie zastanawiamy się, jak zagrać daną postać. Wiem, że wiele osób ze środowiska aktorskiego wystrzega się związku dwojga aktorów. Ale przecież poprzez wspólny zawód zyskuje się szczególną płaszczyznę porozumienia. Człowiek zawsze będzie bardziej zainteresowany tym, czym sam się na co dzień zajmuje, niż czymś kompletnie mu obcym. Bardzo cenię sobie taki model związku, jaki tworzymy z żoną. Polecam.


- Czego oczekujesz od siebie jako aktora, a czego w życiu prywatnym?


Przede wszystkim staram się być uczciwy w tym, co robię. Jestem bardzo rzetelny, do każdej pracy, jaką mam wykonać, lubię być dobrze przygotowany. Na planie wolę mieć dodatkowego dubla lub zapytać pięć razy, gdzie dokładnie ma być moja pozycja podczas konkretnego ujęcia.


- Czy i to oznacza, ze jesteś perfekcjonistą?


To za dużo powiedziane. Po prostu uważam, że trzeba porządnie wykonywać swoje obowiązki. Swojego czasu grałem w teatrze lokaja, którego jedynym zadaniem było wniesienie na scenę stołu. Nawet wtedy zależało mi, żeby nieść ten stół jak najlepiej, jak najdokładniej ustawić go na konkretnym miejscu na scenie. W żadnym wypadku nie pozwalam sobie na chałturę. To przekłada się również na życie prywatne. Moim zdaniem w relacjach z innymi ludźmi najważniejsza jest uczciwość, także uczciwość wobec samego siebie. Staram się taki być.


- Grałeś m.in. w „Fali zbrodni" i „Pitbullu" Czy w swojej osobowości znajdujesz jakieś mroczne cechy?


Wydaje mi się, że każdy nosi w sobie pierwiastek zła. Nie może być tak, że ktoś jest wyłącznie dobry albo wyłącznie zły. W życiu zdarzają się lepsze i gorsze chwile, czasem trudne próby.


- Co imponuje Ci w ludziach, których spotykasz na swojej drodze?


Wytrwałość i pasja. Imponuje mi mój profesor ze szkoły teatralnej, który jest starszym człowiekiem, a nieustannie rozwija się i wciąż realizuje w tym zawodzie.


- Jak spędzasz swój wolny czas?


Dzięki mojej mamie od dzieciństwa byłem wdrażany w sport, w regularną rozmowa magia życia aktywność fizyczną. Mama, czasem wbrew mojej dziecięcej woli, posyłała mnie na karate, na basen, tenis, żagle... W którymś momencie, kiedy stałem się osobą bardziej świadomą siebie i życia, zrozumiałem, że taki wysiłek fizyczny to wyjątkowa sprawa. Zacząłem sam wybierać kolejne dyscypliny sportowe, m.in. capoeirę czy brazylijskie jujitsu. Wciąż jestem bardzo aktywny, regularnie ćwiczę na siłowni. Tam też odpoczywam. Tak się składa, że zwykle gram role wymagające fizycznego wysiłku, więc tym bardziej nie mogę sobie pozwolić na brak kondycji. Po prostu, ciało jest moim narzędziem pracy, a nie wszystko może wykonać za mnie kaskader.


- Zdarzały Ci się na planie jakieś szczególnie trudne zadania?


Grałem kiedyś w serialu „Dziki" gdzie była scena z użyciem miotacza ognia. Otóż dostałem bak z benzyną, który przymocowano mi na plecach, natomiast w ręku trzymałem zapalnik z dźwignią służącą do uwalniania ognia. Proszę sobie wyobrazić, że po uruchomieniu dźwigni ogień buchał na dwa-trzy metry i nie znikał - spadał na ziemię, i po chwili miałem wrażenie, że stoję w środku ogniska. Co więcej, sprzęt, który otrzymałem, był nieszczelny, po rękach ciekła mi benzyna. Poza tym musiałem uważać, żeby przypadkiem nie podpalić z jednej strony operatora, a z drugiej dekoracji. Naprawdę się bałem. Przez te emocje kompletnie nie pamiętam, czego dotyczył tekst, który wtedy wykrzykiwałem, pomiędzy jednym a drugim wybuchem ognia.


- Powiało grozą. Wróćmy lepiej do wolnych chwil - lubisz przebywać w domowym zaciszu?


Tak się składa, że obydwoje z żoną jesteśmy domatorami. Kiedy jesteśmy razem w domu, wcale nie mamy potrzeby robienia czegoś wyjątkowego. Po prostu, leżymy na kanapie, ja czytam gazetę, a żona książkę. Zwyczajnie delektujemy się wspólnym życiem.

Autor: Anna Maj

Komentarze