Nie wypisuję recept

Pewny siebie, niezależny, pełen wdzięku, czarujący łajdak. Taki jest chirurg Maks Keller, jeden z bohaterów serialu „Lekarze”. Kto tak naprawdę kryje się pod lekarskim kitlem? Rozmowa z Pawłem Małaszyńskim, aktorem i wokalistą.

Realizujesz się na wielu polach. Występujesz w teatrze, grasz w filmach i serialach, a z drugiej strony śpiewasz. Co jest dla Ciebie najważniejsze?


Gdybyś przystawił mi lufę do skroni i kazał wybierać, to bym powiedział… muzyka. Ale tak naprawdę staram się realizować we wszystkim. Z całą pewnością w moim wyuczonym zawodzie, czyli w aktorstwie. Teatr jest dla mnie bardzo ważnym miejscem. Nigdy nie zrezygnuję z występowania na jego deskach, bo to kocham. Podobnie jest z zespołem i muzyką. To moja pierwsza pasja, udaje mi się realizować ją od blisko 20 lat. Z serialami czy filmem bywa różnie, bo w każdej chwili ta przygoda może się skończyć.


Chyba trudno jest pogodzić ze sobą tyle zajęć i obowiązków?


Jest to kwestia ułożenia sobie kalendarza. Oprócz teatru, seriali i koncertów z Cochise mam jeszcze rodzinę i obowiązki głowy domu. Ale tak jak można ułożyć sobie plan dnia, tak samo można zrobić plan na pół roku. Wiedząc o tym, że np. w kwietniu wchodzę na plan trzeciej serii serialu „Lekarze”, w międzyczasie ustalam sobie terminy koncertów Cochise. Wiem również, że w sierpniu wyjeżdżam z rodziną na wakacje. Można powiedzieć, że to dalekosiężne plany. Jeśli prowadzisz skrupulatnie kalendarz, to udaje się wszystko pogodzić, nie ma z tym najmniejszego problemu.


Czy będąc nastolatkiem miałeś już jakieś aktorskie lub muzyczne wzorce? Kto inspirował Cię najbardziej?


Aktorstwem tak naprawdę zainteresowałem się dopiero po liceum. Kino kochałem jako formę sztuki, ale nigdy się aż tak bardzo nią nie interesowałem. To była dla mnie taka odskocznia od szarej rzeczywistości, ucieczka w świat wyobraźni. Marzyłem o tym, żeby być takim superbohaterem. Ale traktowałem to w kategoriach marzeń, absolutnie nie do spełnienia. Poważnie o aktorstwie zacząłem myśleć po skończeniu liceum. A muzyka? Muzyka była od początku obecna w moim domu. Mój ojciec miał zespół big beatowy, więc właściwie rocka uczyłem się też od rodziców. Jak zaczynałem moją przygodę z muzyką, to chyba nie było faceta, który nie uwielbiał Michaela Jacksona. Mówimy o czasach szkoły podstawowej. Potem, gdy zacząłem słuchać poważniejszej muzyki, moim pierwszymi idolami byli na pewno: Jim Morrison, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Led Zeppelin, The Rolling Stones. Później zacząłem słuchać zupełnie innej muzyki, w moim życiu przyszedł czas na metal. Wtedy byłem bardziej w klimatach grup Tiamat, My Dying Bridge i wczesnej Anathemy, The Gathering, Metallica, Megadeth, Black Sabath czy Chuck Schuldiner i zespół Death. Potem nagle pojawiła się muzyka, która przewróciła mój świat do góry nogami. Tam też byli moi bogowie grunge i wielka czwórka z Seattle: Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains.


Kto rozdaje więcej autografów – Paweł Małaszyński aktor, czy może wokalista zespołu Cochise?


Cały czas aktor.


Czy moment wejścia na scenę jest równie stresujący, jak wejście na plan filmowy?


To nie ma żadnego znaczenia, czy to plan filmowy, scena teatralna lub muzyczna. Zawsze towarzyszy mi trema. Pierwsze dwa dni na planie zdjęciowym są czasem doświadczania czegoś nowego. Podobnie jest w teatrze. Pierwsze pięć minut, kiedy oddech jeszcze nie jest uspokojony, czuję zdenerwowanie, bo nie wiadomo, jak to dziś będzie. Podobnie jest na scenie muzycznej. Trema jest więc zawsze, ale każdy koncert, każdy spektakl traktuję tak samo – bardzo poważnie.


Jako wokalista kreujesz wymyśloną postać czy jesteś po prostu sobą?


Działam instynktownie. Koncert to jakby operacja na otwartym organizmie, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Nie planuję. To się dzieje dość naturalnie. Dużo zależy od publiczności. Ona też daje nam energię, którą odbieramy.


Sam piszesz teksty piosenek. Czy mają jakiś określony przekaz?


Teksty piosenek zawsze były dla mnie ważne. Dzięki nim odnajduję własną wrażliwość. Chciałbym, aby utwór zabierał mnie w różne miejsca w podświadomości i tego też pragnę dla słuchacza. Dla mnie jest ważne, co ty wyciągniesz z tego utworu dla siebie. Którą ścieżką on cię poprowadzi. Niech każdy utwór buduje nowe ścieżki. Nie lubię mówić o tym, co miałem na myśli. Wolę zostawić to odbiorcom naszej muzyki, by sami odkrywali przekaz, nawet zaskakujący dla nas.


Na czym obecnie koncentruje się Twoja aktywność zawodowa?


Aktualnie koncentruję się na odpoczynku. Na ferie zimowe uciekam z rodziną w góry, potem wracam do mojego macierzystego teatru Kwadrat, gdzie gram. W marcu czeka mnie dwutygodniowa wycieczka, bo jedziemy z naszą nową sztuką „Ślub doskonały” do Stanów Zjednoczonych. Po powrocie wchodzę na plan nowego filmu Władysława Pasikowskiego o Ryszardzie Kuklińskim – „Jack Strong”. A w kwietniu rozpoczynam już trzecią serię serialu „Lekarze” i tak będę pracował do lipca. W międzyczasie koncerty, koncerty, koncerty.


Wcieliłeś się w rolę chirurga Maksa Kellera. Polubiłeś tę postać? Jesteście podobni?


Nie jesteśmy podobni (śmiech). Ale bardzo go polubiłem, tak samo jak całą ekipę filmową, fajnie nam się pracuje przy tym projekcie. Publiczność jest zadowolona, także nasza praca została doceniona. Cała nadzieja leży w scenarzystach, by starali się pisać coraz lepsze odcinki. Uważam, że im dalej, tym powinno być lepiej. Zobaczymy, czas pokaże.


Czy ludzie zaczepiają Cię na ulicy, prosząc o poradę lekarską?


Na pewno nie wypisuję recept i nie przeprowadziłem jeszcze żadnej rozmowy w stylu: „Panie doktorze, niech mi pan pomoże". Wcześniej zdarzało się, że byłem brany za postać, w którą się wcielałem. Jeśli chodzi o Maksa Kellera, nie jestem z nim utożsamiany. Wydaje mi się, że ludzie nie mają dziś problemu z tym, by oddzielić fikcję od rzeczywistości. Więcej problemów pod tym względem mieli koledzy z „Na dobre i na złe". Słyszałem różne opowieści na temat takich sytuacji na ulicy. Ponoć zdarzały się prośby, by wypisać receptę albo przyjąć czyjąś matkę do Leśnej Góry (śmiech).


Czyli jednak fikcja filmowa miesza się z prawdziwym życiem?


Kiedy ludzie faktycznie mylą fikcję filmową z rzeczywistością, to bywa męczące i niebezpieczne. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że tak może być. Ja, na szczęście, występując w serialu „Lekarze", nie miałem jeszcze takich przypadków i mam nadzieję, że tak zostanie.


W jaki sposób dbasz o kondycję fizyczną? Współpracujesz z trenerem, czy sam ustalasz sobie harmonogram ćwiczeń?


Ćwiczę trzy, cztery razy w tygodniu. Zawsze poświęcam na to ok. pół godziny. Mam w domu prywatny zestaw przyrządów do ćwiczeń. Staram się trzymać formę.


Stosujesz jakąś dietę?


Jeżeli rola nie wymaga ode mnie określonego wyglądu, nie przestrzegam specjalnej diety. Wprawdzie staram się uważać na to, co jem, ale bez przesady. W ramach przygotowań do „Misji Afganistan" przez dwa miesiące byłem na rygorystycznej diecie, do tego ćwiczyłem w siłowni. Musiałem po prostu schudnąć i wyrzeźbić ciało. Są sytuacje, kiedy rzeczywiście mam nad sobą bat i muszę się pilnować. Jednak w życiu codziennym staram się jeść normalnie, czyli trzy posiłki dziennie, chociaż tak naprawdę powinno się spożywać pięć małych posiłków na dobę. Nie ukrywam jednak, że jestem leniem, dlatego by się zmobilizować, muszę mieć jakiś cel.


Odwiedzasz czasem kuchnię?


Jeśli intensywnie pracuję, odżywiam się na planach filmowych. Tak naprawdę przez osiem miesięcy w roku jem poza domem. Kiedy do niego wracam, lubię przebywać w kuchni.


W takim razie może przyjąłbyś propozycję zagrania roli mistrza kuchni np. Dalekiego Wschodu?


Dostałem już propozycję zagrania mistrza kuchni, ale jej nie przyjąłem, ponieważ scenariusz był słaby. Wszystko zależy od scenariusza, od historii. To jest dla mnie najważniejsze.


Czyli nieustanne, nowe wyzwania to chleb powszedni w zawodzie aktora?


To jest właśnie najbardziej interesujące w tym zawodzie, żeby się zmieniać. Jeżeli w danym filmie gram mordercę, dwulicowego zabójcę, następnie dostaję propozycję roli kucharza, potem lekarza, żołnierza, górnika, rozwodnika, to o to właśnie chodzi, żeby doświadczać czegoś nowego niż poprzednio. Teraz, po 10 latach, jestem zadowolony. Spokojnie sobie czekam. Bo jeśli ma przyjść jakaś fajna rola, to przyjdzie. A jeżeli nie, to trudno. Zawsze mam teatr, mam zespół. Na spokojnie. Życie, żyyycie! Staram się go nie marnować.


Częste wyjazdy, długie podróże to spore wyzwanie dla ojca rodziny. Macie w tygodniu taki swój dzień, zarezerwowany tylko dla Was?


Są rzeczy ważne i ważniejsze. Do tych ważniejszych należy dom. Z wielu spraw rezygnuję, kiedy wiem, że zbyt mocno ingerują w moje życie rodzinne. Rodzina jest bardzo ważna. Oczywiście, z drugiej strony zdajemy sobie sprawę, jaki zawód wykonuję. To jest kwestia umówienia się, wspólnego planowania.

Jaką masz receptę na udany, partnerski związek?


Nie ma recepty. Jestem z żoną 18 lat, po ślubie 10. Może to długi staż, może nie. Nigdy się nad tym nie zastanawialiśmy. Jest dobrze tak, jak jest.

8 marca przypada Dzień Kobiet. Obchodzisz w jakiś specjalny sposób to święto?


W jakiś specjalny sposób nie, bo to nie jest moje święto (śmiech). Oczywiście pamiętam o tym dniu. Wiem, że jest.

Na koniec standardowe pytanie z rozmowy kwalifikacyjnej: gdzie widzisz siebie za pięć lat?


Na Wembley (śmiech). W tej chwili mam nadzieje, że za pięć lat moje życie będzie wyglądało, jeżeli nie tak jak teraz, to pięć razy lepiej!

Autor: Paweł Kociszewski

Komentarze