Nie przegrzewaj malucha

Zbyt wysoka temperatura panująca w mieszkaniu, zwłaszcza w pokoju, w którym przebywa małe dziecko, może być przyczyną nawracających infekcji. Rozmowa z dr. n. med. Jarosławem Szułczyńskim, ordynatorem Oddziału Noworodków i Intensywnej Terapii Szpitala Miejskiego w Bydgoszczy.

Panie doktorze, czy rodzice dobrze opiekują się noworodkami? Zwłaszcza teraz, zimą?


Każdy z nas ma instynkt, który pomaga właściwie postępować z dzieckiem. Jeśli tylko nie jest on sztucznie zaburzony przez ludzi, którzy są dookoła nas i którzy chcą uchodzić za najmądrzejszych i wszystko wiedzących, sami dajemy sobie świetnie radę. Natomiast gorzej jest wtedy, gdy sięgamy po jakieś wyszukane metody opieki nad noworodkiem albo – co zdarza się w przypadku bardzo młodych rodziców – gdy dajemy sobie namieszać w głowie. Wtedy robimy coś wbrew swej wiedzy i woli i stajemy się nieszczęśliwi.


Tracimy pewność siebie…


Każdy by ją stracił, gdyby słyszał bez przerwy: „Trzeba podać dziecku butelkę, bo na pewno masz za mało pokarmu”. Albo: „Twój pokarm jest niepełnowartościowy, dziecko się nie najada, inaczej nie tkwiłoby przecież całymi godzinami przy piersi”. A potem następują „dobre rady”: to zrób, tamto zjedz czy wypij. Młoda matka jest przybita, nie wierzy sobie, nie ufa swojej intuicji. Źródłem rozterek bywa też czasem, niestety, personel medyczny oddziałów położniczych i noworodkowych, który „łyknął” tylko trochę wiedzy i opowiada rodzicom noworodków różne bzdury.


Wyjaśnijmy więc, jak postępować z noworodkiem?


Trzeba go przytulić i nakarmić, bo tego naprawdę potrzebuje. Odłożyć należy komórkę i przegonić stado przyjaciółek, które przyszły podziwiać maleństwo, a tak naprawdę tylko hałasują i rozsiewają zarazki. Niech zrobią coś pożytecznego: przyniosą zakupy, pomogą zrobić obiad, posprzątają… Lepiej, by koleżanki przyszły naprawdę pomóc, ale nie tylko po to, by wypić kawę, zjeść ciastko i szczebiotać nad główką dziecka. Dziecko źle znosi takie sytuacje. Ono chce być blisko mamy, która ogrzeje je swym ciałem, ale nie przegrzeje. Chce słyszeć bicie jej serca. Chce jeść, possać pierś. W takich warunkach będzie spokojnie się rozwijać i stopniowo nabierać nowych umiejętności.


„Dobre rady” babć, ciotek, przyjaciółek powodują czasem, że tracimy umiar w ogrzewaniu pomieszczeń, w których przebywa dziecko.


Zwłaszcza jeśli dziecko przychodzi na świat zimą, trzymamy je w domu, w takiej nagrzanej puszce, której – by dziecka nie przeziębić – nawet nie wietrzymy. Na oddziałach szpitalnych staramy się matkom pokazać, że można inaczej. Wietrzymy sale, by kobiety także nabrały takiego nawyku. Pokazujemy, jak ubierać dziecko, by nie było przegrzane, by się nie spociło. Problem w tym, co z tych lekcji kobiety zapamiętają, jakie zwyczaje wprowadzą w swoim domu. Dodam, że często niewłaściwie wybiera się pomieszczenia na sypialnię. Sypialnią powinien być duży pokój, tymczasem często jest nią najmniejsza klitka, mocno ogrzana, w której po krótkim czasie zaczynamy oddychać zużytym powietrzem.


A spacery? Mamy zimowych noworodków długo zastanawiają się, kiedy pierwszy raz pójść z dzieckiem na dwór.


Oczywiście. A jeśli o to pytają, gdy widzimy się po pewnym czasie od porodu, niezmiennie odpowiadam: „Już Pani była z maluchem na spacerze”. Gdy dziwią się, tłumaczę, że przecież zabrały dziecko ze szpitala do domu, przyszły z nim do lekarza, więc były już na spacerze. Bo spacer z maluszkiem nie musi trwać długo. Gdy jest bardzo zimno i wietrznie, w ogóle nie należy wychodzić. Ale jeśli temperatura nie jest niższa niż – 10 st. C, spokojnie można dziecko przewietrzyć. Noworodki nie boją się mrozu, trzeba im jednak natłuścić dobrze skórę twarzy, włożyć na dno wózka kocyk z materiału, który nie będzie odbierał dziecku ciepła, ale je dostarczał.


Co z ubiorem maluszka?


Najlepiej ubierać go „na cebulkę”. Jeśli chodzi o ubieranie dziecka, nikt nie da nam ścisłych wytycznych typu: ubierz malucha w dwa kaftaniki, śpiochy, kombinezon… Trzeba myśleć i kontrolować sytuację. Sprawdzać, czy dziecku nie jest zimno lub za ciepło. Ważne jest też to, by nie wybierać się od razu z maluszkiem na trzygodzinny spacer. Jeśli panuje mróz, zabierzmy dziecko na dwór na kilkanaście minut, wróćmy do domu, przytulmy je, nakarmmy i ogrzejmy, a potem wyjdźmy ponownie. Innym sposobem na kontakt dziecka ze świeżym powietrzem będzie wietrzenie mieszkania czy pokoju. I to wówczas, gdy dziecko w nim jest. Więcej. Można je ubrać nieco cieplej niż zwykle, zakryć, założyć czapkę i wietrzyć pokój, w którym akurat śpi.


Czyli lepiej częściej wychodzić z dzieckiem na krótkie spacery niż na jeden długi?


Prawda jest taka, że my wolimy długie, spektakularne spacery, po których możemy powiedzieć: „Byliśmy na dworze całe trzy godziny”. Na krócej nie opłaca nam się wychodzić, bo trzeba dziecko ubrać, a potem rozebrać. Zawsze pytam mamy, które chwalą się takimi „osiągnięciami”, co robiły przez pozostałych 21godzin doby. A zwykle siedziały w domu.
Kiedyś wszyscy mieszkaliśmy na wsi i mieliśmy ciągły kontakt ze świeżym powietrzem. Byliśmy zdrowsi, bardziej odporni. W mieście, zwłaszcza od kiedy wymyślono centralne ogrzewanie mieszkań, które zapewnia komfortową temperaturę, siedzimy w tych ogrzanych pomieszczeniach, nie narażając się na żadne niedogodności atmosferyczne. Gdzie tu jest miejsce na hartowanie się? Nie trzeba przecież od razu kąpać się w przeręblach, by się wzmacniać.


Jednym słowem, wygoda nam szkodzi?


Kiedy siedzimy w ogrzanym, suchym pomieszczeniu i wdychamy suche powietrze, nasze śluzówki przesuszają się. To samo dotyczy dzieci, w tym i noworodków. Gdy są na dworze, gdzie powietrze jest zdrowo ujemnie zjonizowane, łatwiej im się oddycha. Śluzówka działa prawidłowo, jest lepiej nawilżona, przez co też lepiej oczyszcza, ociepla, ale również i nawilża powietrze, którym oddychamy. Zdrowa śluzówka jest też lepszą barierą ochronną, skuteczniej chroni organizm przed drobnoustrojami. A jeśli już nawet maluszek złapie jakiś katar, to trwa on krócej i jest lepiej tolerowany, bo nie zatyka noska, tylko może swobodnie spłynąć.


Załóżmy, że chodzimy na spacery, a malec i tak choruje. Czy przyczyną może być zbyt wysoka tempera panująca w mieszkaniu/domu?


Zawsze pytam rodziców o temperaturę panującą w pomieszczeniu. Dorośli chodzą po mieszkaniu w podkoszulku, twierdzą, że wcale nie przesadzają z temperaturą, ale potem zerkają na termometr i mówią: „Ojej, 26 stopni!”. A temperatura w mieszkaniu zimą powinna być taka, by chodzić w długim rękawie, wystarczą 21-22 stopnie C, w nocy jeszcze mniej, bo 18-19 stopni C. Dzieci lepiej w takiej temperaturze śpią, bo łatwiej im się oddycha, dzięki czemu się wysypiają. A gdy jest zbyt ciepło, nie dość, że kiepsko śpią, że jest im duszno, to jeszcze się odkrywają, a wtedy my, dorośli, podnosimy temperaturę w sypialni, by nie zmarzły, jak się odkryją. I jest jeszcze gorzej.


Ale na spacer dziecko powinno być nieco cieplej ubrane niż osoba dorosła?


Noworodek, który leży w wózku – tak, ale już nie dziecko, które biega, skacze po śniegu, bo jemu będzie cieplej niż idącej spacerem osobie dorosłej. W przypadku noworodka jest jednak konieczne, jak już wspominałem, zabezpieczenie dziecka od dołu, bo materiały sztuczne, z których wykonane są wózki, mogą odbierać ciepło, a nie chronić dziecko przed zimnem. Dlatego potrzebny jest ciepły kocyk lub śpiwór. Wyjątkowo czujne powinny być mamy, które noszą swe dzieci w nosidłach lub chustach – na mrozie nie dają one bowiem żadnej ochrony przed zimnem. Trzeba się więc zdać na intuicję, ubrać dziecko ciepło, ale nie za grubo (pamiętając jednak o ciepłych skarpetkach i rękawiczkach) i kontrolować je w czasie spaceru. Jeśli ma skórę na budzi różową, ciepły i suchy kark, wszystko jest w porządku. Zaś marmurkowa skóra twarzy, zimny lub wilgotny kark to sygnały niepokojące.


Jak zabezpieczyć skórę malucha przed mrozem?


Jeśli na dworze jest zimno i wietrznie, nie wolno używać takich samych kremów, które stosujemy latem. Zimą powinny być to kosmetyki natłuszczające. Jednorazowa aplikacja kremu oczywiście nie wystarczy na cały dzień, trzeba kremować więc dziecko częściej. Przy mocnym mrozie bądź wietrznej pogodzie można nawet zasłonić wózek folią. Oczywiście, nie może ona zaparować, ale nie należy też się bać, że dziecko się od razu pod nią udusi. Taka folia nie jest przecież szczelna, więc wymiana powietrza będzie zachodziła. Nie należy natomiast zasłaniać ust dziecka szalikiem, bo oddech to nic innego jak para wodna, która skrapla się na skórze podrażniając ją i powodując odmrożenia.


A maluszka, który ma katar, możemy zabrać na spacer?


Jak najbardziej, ale pod warunkiem, że nie ma gorączki. Zasada jest taka – ani dorośli, ani dzieci nie chorują, dlatego że wyszli na spacer, ale z powodu kontaktu w wirusami i innymi zarazkami. Przy katarze świeże powietrze jest lekarstwem. Najgorszą rzeczą, jaką więc możemy zrobić, jest odcięcie od niego dziecka. Choć w zasadzie jest coś jeszcze gorszego – zabranie noworodka do marketu na zakupy i trzymanie go grubo ubranego w samochodowym foteliku, pod kocykiem, podczas gdy sami rozpinamy kurtki, by się nie spocić. Sklepy to wyjątkowo nieprzyjazne dla maleństw miejsca. Pełno tam kurzu, zarazków, nawiewów z klimatyzacji.

Autor: Małgorzata Grosman

Komentarze