Nie popadam w skrajności - rozmowa z Katarzyną Skrzynecką

Z Katarzyną Skrzynecką rozmawia Olga Oswaldo

Ponoć my, Polacy, ani nie jesteśmy specjalnie rozśpiewani, ani roztańczeni? Czy pani zdaniem programy „Jak oni śpiewają” i „Taniec z Gwiazdami” zmieniły nas trochę?


- Na pewno, choć mogę mówić to z pełnym przekonaniem tylko o „Tańcu z gwiazdami”. Przeprowadzono nawet badanie opinii publicznej na ten temat, z którego wynika, że Polacy nie tylko pokochali oglądanie tańczących par, ale sami ruszyli na parkiet. Szkoły tańca przeżywają ponoć oblężenie, powstało ich zresztą wiele. Na kursy chodzą ludzie w różnym wieku i wszyscy są szczęśliwi. Bardzo mnie to cieszy, bo sama lubię tańczyć i doskonale wiem, ile z tego płynie korzyści. Można odreagować niedobre emocje, poprawić koordynację ruchów oraz kondycję całego ciała. Taniec znakomicie integruje ludzi i przynosi same pozytywne uczucia. Po prostu zbliża!


Coraz częściej mówi się, że „Taniec z Gwiazdami” przejadł się już widzom. Brakuje w nim gwiazd, a odbiorcy są znudzeni samą formułą, jurorami i prowadzącymi. Co pani na to?


- Programowi, moim zdaniem, nie brakuje gwiazd. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby wszyscy chętni mieli szansę wziąć w nim udział. Potencjalnych kandydatów jest ciągle wielu, w tym wiele znakomitych nazwisk! Niestety, jedni nie mogą przełamać tremy i brakuje im odwagi do występu przed milionami widzów, drudzy nie mają czasu. A trzeba mieć go dużo, bo przecież nie chodzi tu tylko o sam występ przed kamerami, ale o wielogodzinne przygotowania i treningi, które trwają nawet po kilkanaście godzin dziennie.


Co pani dał udział w programie? Była pani uczestniczką, a teraz prowadzącą.


- Te oba wcielenia to boczny tor moich działań zawodowych. Nie jestem przecież prezenterką telewizyjną. Przede wszystkim jestem aktorką, komponuję i piszę teksty do własnych piosenek. Kiedy więc otrzymałam propozycję współprowadzenia programu potraktowałam ją jako jedno z ciekawych wyzwań, ale nie najważniejszych. I o dziwo, ta właśnie „rola”, ten boczny tor przyniosły mi największą popularność. No, ale trudno się dziwić, biorąc pod uwagę ogromną popularność „Tańca z gwiazdami”. Jest to przecież bardzo pogodny program, generujący dobrą energię, skupiający ciekawych ludzi. W każdej edycji są nowi bohaterowie, różne indywidualności. Ci ludzie wnoszą do „Tańca” dużo swojej energii i serca. Ja z kolei, dzięki temu nowemu zadaniu, zdobyłam kolejne doświadczenia. Prowadzenie programu na żywo, ze świadomością, że pierwsze odcinki każdej nowej edycji ogląda średnio około pięć milionów widzów, a finałowe nawet osiem - niesie ogromną odpowiedzialność. Musimy wraz z Piotrem Gąsowskim nie tylko czuwać nad całym harmonogramem, aby wszystko mieściło się w określonym czasie - z dokładnością niemalże co do sekundy. A w tym programie wszystko może się zdarzyć! Mój umysł przez trzy godziny pracuje na najwyższych obrotach, muszę mieć szybki refleks i zawsze dowcipną ripostę na nieprzewidziane sytuacje. Ogromnym plusem jest to, że moim partnerem jest Piotrek. Znamy się od wielu lat i przyjaźnimy, razem też pracujemy w teatrze Bajka. Mamy podobne poczucie humoru, więc ja doskonale rozumiem jego, on mnie, często bez słów, wystarczy nam jedno spojrzenie…


A propos poczucia humoru. Nieraz w wywiadach podkreślała pani, że pogoda ducha, optymizm i poczucie humoru to taka tarcza ochronna, dzięki której zachowuje pani dystans do świata.


- Oczywiście, że tak! Tarcza nadal działa i dziękuję za nią moim rodzicom. Wyniosłam ją z domu pełnego ciepła, miłości i wspólnych, szczerych rozmów na wszystkie tematy. Moi rodzice mieli ogromne poczucie humoru, które ratowało ich z różnych, nieraz trudnych sytuacji, więc i ja staram się tak żyć. Dystans do siebie pomaga mi, zwłaszcza, gdy dotyka mnie ludzka zjadliwość.


To ta ciemna strona popularności?


- Ciągle nie mogę do tego przywyknąć. W niektórych gazetach czytam o sobie brednie, nieprawdopodobne historie podszyte niesamowitą zjadliwością. Staram się na to przymykać oko, czasem jednak nie wytrzymuję. Bywa, że muszę dochodzić swoich praw w sądzie i póki co, wszystkie sprawy wygrałam. Ostatnio, w swoim wielkanocnym wydaniu jeden z tabloidów opublikował wywiad z moim tatą, którego on nigdy nie udzielił! No cóż, do bzdur wypisywanych w prasie brukowej zdążyliśmy się już wszyscy jakoś przyzwyczaić, wygrane procesy też czasem hamują zapędy dziennikarzy, ale to co dzieje się na plotkarskich stronach w internecie przechodzi ludzkie pojęcie.

Jest mi przykro, bo obraz społeczeństwa, który maluje się poprzez takie wypowiedzi jest straszny. Dlatego też mniej o sobie mówię, nie dzielę się już tak chętnie przeżyciami. Nigdy nie chciałam być osobą hermetyczną i niedostępną, jednak coraz większa agresja plotkarskich mediów zmusza mnie do tego. Ostatnie dwa lata były dla mnie trudne, bo rozstałam się z mężem, choć wydawało mi się wcześniej, że będzie to związek na zawsze. Potem, po przegranej walce z chorobą, odeszła moja mama. Ale trzeba iść dalej, szkoda tylko, że wśród tych złośliwych komentarzy. Nie tracę jednakże pogody ducha. Cieszę się i Bogu dziękuję, że kocham mój zawód i swoją pracę. Ciągle spotykam interesujących ludzi, od których mogę czerpać wiele dobrego i bardzo sobie cenię moich przyjaciół. Coraz bardziej!


Wiemy, już jak broni się pani przed nieżyczliwością, a jak chroni się pani przed upływem czasu? Jak pani dba o swoją urodę i kondycję fizyczną?


- Kocham narty, na których jeżdżę od czwartego roku życia, lubię snowboard, pływanie i jazdę na rowerze. Ćwiczę też na przyrządach aerobowych, bo to mi najbardziej odpowiada i jeśli już to robię, to jestem systematyczna. Za to nie jestem maniaczką wielogodzinnych ćwiczeń w siłowni, nie wysiaduję w gabinetach kosmetycznych i SPA, a o swoją urodę dbam tak, jak każda inna kobieta, która dba chce dobrze wyglądać. Nie popadam w skrajności. Myślę, że ważne jest to, że nigdy nie paliłam papierosów.


Czy związek z Marcinem Łopuckim, mistrzem Polski i wicemistrzem Europy w fitness ma jakiś wpływ na pani troskę o kondycję?


- Zawsze lubiłam sport i zdrowy tryb życia. Jednak to Marcin potrafi zintegrować naszych przyjaciół do wspólnych wypraw. Jeździmy razem, zawsze w lipcu, do Austrii. Rano szalejemy na nartach na wysokości ponad trzech tysięcy metrów, czyli na lodowcu - i mamy zimę. Potem, już na dole w małej alpejskiej miejscowości opalamy się na łączce, chodzimy na basen, robimy wycieczki rowerowe po okolicy, uprawiamy trekking - i mamy lato. W takiej wesołej grupie, a jeżdżą też dzieci, jest nam wszystkim bardzo dobrze.


Czy poprzez udział w „Tańcu z gwiazdami” musiała pani z czegoś zrezygnować, coś istotnego panią ominęło?


- Absolutnie nic. Wbrew pozorom, my prowadzący, nie jesteśmy aż tak bardzo eksploatowani jak tancerze. Spotykamy się i pracujemy raz w tygodniu, ale jest to – niestety - zawsze niedziela. Tak więc na co dzień żyję swoim rytmem zawodowym, gram w Teatrze Bajka w Warszawie, jeżdżę ze spektaklem „Sceny dla dorosłych, czyli sztuka kochania” na gościnne występy, no i dużo koncertuję. Cenię swoje życie i się nim cieszę. Do wielu spraw nabrałam jednak dystansu. To wszystko ma odbicie w tekstach moich piosenek, które są teraz dojrzalsze. Ale staram się, aby każda tchnęła optymizmem.


Co przed panią?


- Jubileuszowy odcinek „Tańca z Gwiazdami”, czyli 10 edycja programu, ale przede wszystkim kolejna płyta, której nagrywanie właśnie kończę. Będzie ona już szóstą z kolei i trzecią autorską. W tym roku będę też obchodzić dwudziestolecie pracy artystycznej. Zadebiutowałam w teatrze mając 18 lat, jeszcze w szkole. Rok później w Opolu miałam swój prawdziwy debiut jako piosenkarka. Już się to tego jubileuszu przygotowuję. Nie mogę zdradzić szczegółów. Powiem tylko, że tworzę music hall. Jestem autorką opowieści, tekstów piosenek i kompozytorką. Będzie to mój debiut jako twórcy spektaklu muzycznego.

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze