Nie muszę być głaskana - wywiad z Edytą Jungowską

Z Edytą Jungowską rozmawia Alexandra Machera

- Wakacje dobiegły końca. Czy udało się pani wypocząć i nabrać energii?


- Udało mi się wyjechać z rodziną na Majorkę. Ta wyspa ma przepiękne piaszczyste plaże, ciepłą i przejrzystą wodę i przede wszystkim klimat, który mi bardzo odpowiada. Jest lekko wilgotny i nie czuje się upału. Dużo czasu spędzaliśmy zwiedzając różne miejscowości. Oczywiście nie mogliśmy nie odwiedzić Valdemossy, gdzie kilka miesięcy spędził Fryderyk Chopin z George Sand. Zabawne jest to, że francuska pisarka chyba nie przypadła do gustu mieszkańcom tej miejscowości, pewnie ze względu na to, że chodziła w spodniach i paliła papierosy, a na dodatek obsmarowała ich w swojej książce, ale to nie przeszkadza temu, że dzisiaj Valdemossa żyje dzięki turystom, którzy właśnie ze względu na tę sławna parę masowo tu zjeżdżają. Na Majorce oprócz zatłoczonych kurortów jest wiele urokliwych miejsc jak przylądek Fermentor, który ze stojącą na wysokich skałach samotną latarnią wygląda jak kraniec świata, czy maleńkie plaże na południu, do których można dopłynąć jedynie łódką.


- Większość kobiet woli leżeć godzinami na plaży i się opalać. Pani do nich nie należy?


- Wręcz przeciwnie, pod parasolem z palm i kolorowym drinkiem z jakiegoś egzotycznego owocu lubię sobie czasem poleżeć. Ale dość szybko udaje mi się nakarmić tym moją próżność i na szczęście nie należę do osób, które z pasją wystawiają się na słońce, aby ich skóra uzyskała unikalny kolor suszonej śliwki.


- Aktorce trudno dbać o cerę. Ciągłe charakteryzacje, światła reflektorów, klimatyzacja… Jak pani dba o swoją skórę?


- Bardzo nie lubię klimatyzacji i korzystam z niej, jak najrzadziej. Czasami jednak nie da się jej uniknąć. Zdjęcia do serialu „Ja wam pokażę” odbywały się na ostatnim piętrze wielkiego biurowca, w którym nie można było otworzyć okien. Oczywiście była klimatyzacja. Zaobserwowałam, że kobiety, które pracowały tam na stałe, były dziwnie szare i miały przesuszoną skórę. Wyglądały, jakby nie miały energii. Ja też powoli zaczęłam się do nich upodabniać. Charakteryzatorka kazała mi wtedy nakładać po zdjęciach maseczki nawilżające, aby chronić skórę. Oczywiście należy do tego dodać wiele godzin spędzonych z ciągle poprawianym makijażu w świetle lamp, które po paru godzinach robią z planu filmowego saunę, a z twarzy tarkę. Na planie „Ja wam pokażę” spędzałam po dwanaście godzin przez siedemdziesiąt dni. Uważam się za osobę silną, ale to było jednak trudne, nie tylko fizycznie, ale również psychicznie.


- Co pani pomogło wytrzymać to napięcie psychiczne i dotrwać do końca?


- Bardzo chciałam zagrać tę rolę, bardzo mi się podobała. A wysiłek uświadamiam sobie dopiero dzisiaj. Na planie działa adrenalina i człowiek jest jak bokser, który dopiero w szatni czuje, że ma złamany nos. Miałam chwile kryzysu. Pewnego razu na plan przyszedł chory kolega. Oczywiście się od niego zaraziłam i rozchorowałam. Nie mogłam wrócić do domu i przeleżeć choroby, tylko musiałam grać z wysoką gorączką. Pamiętam, że reżyser, Denis Delic, zadzwonił do swojej mamy do Niemiec, która zajmuje się medycyną naturalną. Kazała mi pić napar ze specjalnych ziół, były ohydne, a on nie odpuścił mi ani kropelki i za każdym razem sprawdzał, czy wypiłam wszystko do końca. Efekt był taki, że strasznie się pociłam i byłam bardzo słaba. Ale wyzdrowiałam.


- Na co dzień też pani stosuje medycynę naturalną?


- Jestem przeciwna antybiotykom i przypadkowym lekarzom, którzy nie znając swojego pacjenta od razu przepisują jakiś silny lek. Zbyt częste branie antybiotyków osłabia naturalną odporność. Wierzę, że w pewnym stadium choroby, kiedy organizm nie jest obciążony lekami, można go wspomóc naturalnymi metodami, np. homeopatią czy akupunkturą, która wydobywa naturalną siłę organizmu.


- A jak zwalcza pani stres?


- Jednym z moich wakacyjnych odkryć jest nurkowanie Wymaga całkowitego skupienia i panowania nad ciałem,. Oprócz tego widoki, które się ogląda są niesamowite. Istnieje tylko ten podwodny świat i na myślenie o problemach nie ma czasu. W moim przypadku nurkowanie znakomicie „resetuje” wszystkie stresy.


- W Warszawie trudno o takie miejsce. Ma pani jakieś inne metody na relaks?


- Kiedyś uprawiałam jogę, ale niestety, nie miałam do tego cierpliwości. Generalnie nie mam zamiłowania do sportów wysiłkowych. Mój kolega kiedyś mocno namawiał mnie na bieganie twierdząc, że jeśli się ćwiczy wystarczająco długo i intensywnie, po kilkudziesięciu minutach wyzwalają się endorfiny, czyli hormon szczęścia…


- Niektórzy nazywają to euforią biegacza…


- Niestety, nie należę do fanów biegania. Ale lubię jeździć na rowerze, na rolkach i uwielbiam pływać. Kiedyś często jeździłam na nartach, ale ze względu na kontuzję kolana musiałam z nich zrezygnować. Mimo to twierdzę, że wysiłek fizyczny jest najlepszy na stres!


- I dużo śmiechu…!


- Tak, to prawda. Czasami na planie lub w teatrze, kiedy jesteśmy już naprawdę zmęczeni popadamy w tzw. ”głupawkę”. Śmiejemy się z byle czego. Mam wrażenie, że w ten sposób organizm naturalnie zwalcza stres. Nie bez znaczenia jest też pomoc kolegów wybitnie uzdolnionych w opowiadaniu anegdot i dowcipów. Często bywa tak, że w jednej sekundzie zaśmiewamy się, a w następnej już jesteśmy poważni i wykonujemy skomplikowane procedury medyczne. Komuś, kto patrzy na to z zewnątrz szpital w Leśnej Górze niebezpiecznie może się skojarzyć z domem wariatów.


- Pani recepta wydaje się taka prosta, uprawianie sportów i dużo śmiechu. Czy to wystarcza, aby zadbać o psychikę i ją chronić? Aktor przecież cały czas pracuje na silnych emocjach…


- Bo chcę, bo to jest najbardziej kręcące w tym zawodzie. Nie demonizowałabym więc. W każdy zawód wpisane jest jakieś ryzyko. W aktorstwie najtrudniejsze jest pogodzenie dwóch, na pierwszy rzut oka, nie dających się pogodzić spraw. Wrażliwości i siły. Nie bez powodu mówi się, że aktor powinien mieć wrażliwość motyla i skórę słonia. Już szkoła teatralna jest pierwszym, czasami bolesnym sprawdzianem. Pierwszą rzeczą, którą tam usłyszałam, szczęśliwa po zdanych egzaminach wstępnych to, że jest wiele zawodów na ‘a’, niekoniecznie trzeba zostać aktorem.


- Mówi pani o „łamaniu kręgosłupa”?


- Nie. Mówię raczej o potrzebie wypracowania sposobu na zachowanie wrażliwości i otwartości na artystyczne poszukiwania przy jednoczesnej umiejętności znoszenia porażek, panowania nad stresem i oddzieleniu życia zawodowego od prywatności, zwłaszcza w świecie, w którym ludzie z pasją i bez cenzury, anonimowo wyżywają się na osobach publicznych w mediach, czy na plotkarskich portalach.


- Coraz więcej młodych ludzi wybiera dwuletnie szkoły aktorskie albo zwykłe kursy, a może myślą, że do osiągnięcia sukcesu szkoła nie jest konieczna?


- Jeśli komuś się wydaje, że może zrobić szybki kurs aktorstwa i osiągnąć sukces, to się bardzo myli. Nawet dyplom z akademii teatralnej tego nie gwarantuje. Za moich czasów szkoła była bardzo trudna. Owszem, gnoili nas na początku, na zasadzie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Pytanie tylko, czy taki młody człowiek po drodze czegoś nie gubi. Czasami prowadzę warsztaty aktorskie. Doszłam do wniosku, że trzeba się bardzo dokładnie zastanowić, w jaki sposób wydobyć z młodego człowieka jego talent, żeby go nie zablokować.


- Czyli?


- Hanuszkiewicz powiedział kiedyś bardzo mądre zdanie: „Im lepszy aktor, tym wymaga lepszego reżysera”. Reżyser powinien być świadomy potencjału aktora i wydobyć go w taki sposób, aby aktor się otwierał i rozwijał. Większość zagranicznych reżyserów używa metody budowania aktora i mówienia mu, jaki jest wspaniały. Ja nie potrzebuję być głaskana, ale potrzebuję od reżysera zaufania i poczucia bezpieczeństwa, wtedy mogę ryzykować, pokonywać swoje ograniczenia, czy nawet przekraczać granice. Między reżyserem a aktorem musi być niewerbalne porozumienie. Niestety, zdarza się, że reżyser celowo manipuluje aktorem, aby osiągnąć jakiś efekt. Często przekracza granice nie ponosząc odpowiedzialności. Efekt na ekranie jest fenomenalny, a aktor w zupełnej rozsypce. Często zdarza się to w przypadku pracy z aktorami-amatorami, naturszczykami z małym doświadczeniem.


- Początkujący artyści są szczególnie narażeni na manipulacje?


- Takie osoby najczęściej nie wiedzą, że się nimi manipuluje. Weźmy na przykład programy, w których ludzie z ulicy pokazują swój talent. Producenci i reżyserzy takich programów z anonimowych osób tworzą gwiazdy, budują sztuczny świat wokół nich, który natychmiast znika, kiedy ci odpadają z programu. Najlepszym przykładem jest Susan Boyle z brytyjskiego Mam Talent – czyli jak pisała prasa – „najpopularniejsza gospodyni domowa”. Udział w tym programie dał jej ogromną popularność, ale również okupiła go depresją i leczeniem w szpitalu.


- Podobno w pracy ma pani opinię osoby konfliktowej. Czy to też poszukiwanie czy ochrona przed manipulacją?


- Konflikty w pracy zawsze są i muszą być, ponieważ pracujemy na emocjach. Cudownie wspominam te sytuacje, kiedy z kimś się spierałam na próbach albo na planie. Aktorstwo to praca zespołowa, a nie towarzystwo wzajemnej adoracji. To fantastyczne z kimś mądrym, szalonym, pełnym pasji się spierać i dać się przekonać. Takie konflikty sprawiają, że się rozwijamy.

Autor: Alexandra Machera

Komentarze