Nie miewam chandry - Katarzyna Zielińska

O szklance wody z cytryną pitej przed śniadaniem, gwarku posługującym się bardzo niecenzuralnym językiem i celebrowaniu rodzinnych posiłków. Rozmowa z aktorką Katarzyną Zielińską.

Podobno została pani artystką pod wpływem Sławy Przybylskiej i Jana Krzyżanowskiego?


Zgadza się. Razem z siostrą spędzałyśmy u nich wakacje. Przez dwa tygodnie wspólnie jedliśmy, poznawaliśmy nowe smaki, czytaliśmy wiersze, chodziliśmy na wycieczki. To oni nauczyli mnie śpiewać, to oni namawiali mnie, żebym zdawała na aktorstwo. To im zawdzięczam otwarcie na świat, znajomość języka jidysz i zamiłowanie do celebracji posiłków.


Czy przy swoim napiętym kalendarzu ma pani czas na powolne delektowanie się jedzeniem i długie chwile spędzane z bliskimi przy wspólnym stole?


W rodzinnym domu nauczyłam się, że posiłki powinno jadać się w gronie najbliższych. Wtedy wszystko lepiej smakuje. W ogóle jestem smakoszem. Mam to po rodzicach.


Nie zdarza się pani jeść samotnie?


Lubię czasem wpaść sama do kawiarni na ciastko i kawę. Z komputerem, dobrą książką i gazetą. Czasem potrzebuję takich chwil. Jednak te główne posiłki, czyli obiad, śniadanie i kolację staram się zawsze spożywać w towarzystwie.


Jeżeli codzienne posiłki tak wyglądają, to zastanawiam się jak wygląda pani codzienna dieta?


Nie lubię obfitych obiadów, źle się wtedy czuję. Zwykle jadam kilka posiłków dziennie. Na czczo wypijam szklankę wody z cytryną. W ogóle przez cały dzień piję wodę z cytryną. Ma ona działanie oczyszczające. Daje siłę, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Nigdy nie zapominam o kolacji. Staram się żywić „z głową”. Moje typowe śniadanie to jogurt grecki light z mieszanką zbóż i łyżką miodu. Do tego obowiązkowo kawa. W weekend pozwalam sobie na więcej, także ze względu na większą ilość wolnego czasu. Na stół trafiają wtedy wędliny, jajka, świeże warzywa i inne pyszności.


Jaką kuchnię pani preferuje?


Lubię na pewno kuchnię japońską, ale również śródziemnomorską, a także ryby i owoce morza. Jem dużo czosnku, rozmaite sałatki. Moja ulubiona składa się z arbuza i sera feta. W mojej diecie pojawiają się często elementy kuchni greckiej, np. ser feta zapiekany z warzywami. I muszę się przyznać, że czasem, niestety, jadam chleb z oliwą.


Dlaczego niestety? Ponoć właśnie tej przekąsce Grecy zawdzięczają doskonałą formę.


Oraz swoją tuszę! Ale rzeczywiście uwielbiam tę przekąskę i nie potrafię z niej zrezygnować.


Czy modyfikuje pani dietę pod kątem pór roku? Może zimą realizuje pani jakieś specjalne dietetyczne zalecenia?


Raczej nie. Moje menu dyktowane jest dostępnością produktów. Zimą raczej trudno o arbuzy, więc rezygnuję z mojej ulubionej sałatki. Sięgam wtedy po bardziej odżywcze dania, uwielbiam humus, makaron z owocami morza i kurczaka curry, którego doskonale przygotowuje mój chłopak – z mnóstwem kiełków.


A pani sama przygotowuje coś poza wspomnianym jogurtem?


Tak, choć coraz rzadziej. Najczęściej kiedy zapraszam do siebie gości. Zwykle jednak obowiązki kulinarne przejmuje mój chłopak, który na szczęście lubi gotować i robi to wspaniale. Jestem też fanką zup mojej mamy. Mam zazwyczaj spory zapas jarzynowej, ogórkowej i pomidorowej, więc mam co odgrzewać.


Słodycze?


Zwykle mam w domu ich zapas. Sięgam po nie, kiedy mam ochotę.


W momentach chandry?


Po prostu lubię słodycze. Wafle posmarowane kremem czekoladowym, szarlotkę, placek z rabarbarem mojej mamy, ciasto makowe, ciasta od Magdy Gessler... Być może rzeczywiście jem je częściej w momentach smutku. Tyle że ja rzadko je miewam. Nawet niepowodzeń nie rozpatruję w kategorii porażki. Staram się przekuwać je w pozytywną wartość.


Także niepowodzenia zawodowe?


Typową dla tego zawodu rywalizację traktuję jako pretekst do pracy nad sobą, samodoskonalenia i rozwoju. Nie konkuruję z innymi, a staram się po prostu wypaść jak najlepiej. Kiedy np. na zdjęciach próbnych odpadam, dla mnie znaczy to jedynie, że byli lepsi. A od lepszych należy się uczyć.


Nie pojawia się smutek ani złość, kiedy pani wymarzoną rolę dostaje ktoś inny?


Oczywiście, że jest smutek. Ale złość? Mogę być zła jedynie na siebie, że za słabo się przygotowałam. Nie jest to jednak uczucie deprymujące, a raczej mobilizujące. Nie mam zwyczaju użalać się nad sobą ani narzekać.


Jednak na swoim blogu pisze pani, jak bardzo nie znosi poniedziałku...


To prawda. W weekend, o ile to możliwe, staram się nie pracować. Po dwóch dniach wypoczynku bardzo trudno wraca się do normalnego porządku, a ja na dodatek nie lubię rano wstawać. Jestem typem leniucha. Za to czwartek to dla mnie dzień z perspektywami, mam za sobą 3 dni pracy, a już za chwilę czeka mnie wspaniały wypoczynek. To wtedy zaczynam planować wszystkie miłe rzeczy, które zrobię w weekend.


Co panią relaksuje?


Lubię czas, kiedy nie muszę odpowiadać na tysiące SMS-ów.


A sport?


Dużo spaceruję. W weekendy w miarę możliwości odstawiam samochód. Zimą wybieram łyżwy i narty. W ogóle uprawiam dużo sportu. To zasługa taty. Dbał o cotygodniową dawkę ruchu. Latem były to górskie wycieczki, zimą narty i sanki. Nie było mowy o niedzieli przed telewizorem. Czasem byłam zła na tatę, ale teraz doceniam to, że zaszczepił we mnie bakcyla sportu. Dzięki niemu dziś żyję aktywnie – biegam, chodzę na siłownię. I być może gdyby nie to aktywne dzieciństwo nie wzięłabym udziału w „Tańcu na lodzie”.


Tata zaszczepił w pani umiłowanie sportu, a mama? Czy była dla pani wzorem kobiety?


Nadal jest. Mama jest bibelociarą, gadżetowcem, jak ja to nazywam. To przez nią mój dom jest pełen rzeczy przywiezionych z różnych stron świata. Po mamie odziedziczyłam poczucie estetyki i dbałość o szczegóły. Stąd mam w domu prawdziwą kolekcję butów, torebek i wszelkich dodatków.


Ale takie gromadzenie wokół siebie rzeczy mogłoby wskazywać, że mocno się pani przywiązuje do miejsc, a tymczasem ma pani za sobą kilka przeprowadzek z miasta do miasta.


Zawsze czułam, że Warszawa jest miastem dla mnie. W Krakowie dusiłam się. To jest małe środowisko. Jeden drugiemu siedzi na głowie. To miasto idealne na weekendowy wypad, kiedy po prostu chcesz się przejść uliczkami, wpaść na kawę czy herbatę. Mieszkałam w Krakowie sześć lat, ale dopiero w Warszawie poczułam się u siebie. To miasto, które pozwala na anonimowość. Miejsce, gdzie czuć życie, tempo.


Większość aktorów, z którymi rozmawiam, twierdzi, że Warszawa to najbrzydsze miasto, jakie znają.


Nie zgadzam się. Uważam, że to bardzo ciekawe miasto.


Lubi pani spacerować po Warszawie?


Uwielbiam. Jutro jestem umówiona na wieczorny spacer. Najlepiej nadaje się do tego park Skaryszewski i Łazienki. W tych ostatnich często karmię wiewiórki.


Chyba lubi pani zwierzęta? Podobno ma pani jakąś niesamowitą emocjonalną więź z pewnym ptakiem.


Gdy mieszkałam w Starym Sączu, miałam gwarka. Nazywa się Franek i jest naprawdę niesamowitym ptakiem. Bardzo inteligentnym, dużo gada i uwielbia towarzystwo. Musi brylować. Robi wszystko, by być w centrum uwagi. Naśladuje usłyszane dźwięki. Teraz mieszka u moich znajomych, którzy mają duży dom, a w nim mnóstwo zwierząt. Jednak Franek ma chyba do mnie o to żal, bo gdy w zeszłym roku w Wielkanoc odwiedziłam go, przywitał mnie chłodnym „dzień dobry”, a mojego tatę uraczył niecenzuralnym słowem.


Gdyby nie zostałaby pani aktorką, kim teraz by pani była?


Na pewno pracowałabym w jakimś banku. Miałam plan. Gdybym nie zdała za pierwszym razem na aktorstwo, poszłabym studiować handel zagraniczny.


Publiczność kojarzy panią przede wszystkim z ról serialowych. Nie drażni pani, że przedsięwzięcia, które wymagają od pani większego zaangażowania, jak chociażby praca w teatrze „Roma”, „Rampa” czy „Kwadrat” są zauważane przez zdecydowaną mniejszość?


Tak już jest, że zawsze wygrywa serial. To on trafia do największej liczby osób. To on daje największą rozpoznawalność. Dużo jeżdżę po Polsce z różnymi recitalami, ale gdyby zsumować publiczność i tak nie będzie ona większa niż liczba osób znających mnie z telewizji. Program „Kocham cię Polsko” był emitowany w piątkowe wieczory. Trudno konkurować z taką oglądalnością. Jestem tego świadoma, że ludzie widzą we mnie showmankę, a nie aktorkę teatralną.


Rozumiem, że mogła się pani z tym pogodzić na gruncie prywatnym, czy jednak nie ogranicza to pani kariery zawodowej?


Rzeczywiście, czasem taka łatka serialowej aktorki przeszkadza. Niektórym reżyserom trudno uwierzyć, że stać mnie na coś więcej. Mam nadzieję, że „Och, Karol 2”, który wszedł właśnie na ekrany kin, udowodni wszystkim, że mam duszę aktorki i że potrafię się zmieniać. Jestem ciekawa, jak grana przeze mnie Irena zostanie przyjęta przez widzów.


Proszę coś powiedzieć o tej roli.


To była dla mnie świetna przygoda. Na planie spotkało się kilka pięknych i zdolnych kobiet. Nie było między nami żadnej konkurencji. Nie chodziło o bycie lepszą od koleżanki. Każda z nas jest inna, każda z nas ma inne warunki fizyczne. Miałyśmy zbudować zupełnie różne postaci. Mam nadzieję, że udało nam się.


Przez długi czas była pani zdeklarowaną singielką. Jakie są plusy i minusy tego stanu?


Inaczej wygląda dzień. Jak się jest samemu, mniejszą wagę przywiązuje się do wypoczynku, do tej celebracji, o której rozmawialiśmy. Zdecydowanie jest inaczej. Uważam, że każdy choć przez chwilę powinien takiego stanu zasmakować. Tylko wtedy będzie mógł przekonać się, ile tak naprawdę ma siły. Myślę, że to ważne szczególnie dla kobiet. Każdej z nas potrzebna jest świadomość, że poradzi sobie sama.


Samotność umożliwia nabranie dystansu?


Każda kobieta powinna mieć swój świat. Tylko dla siebie. Powinna trochę czasu poświęcić sobie. Czasem pobyć taką małą egoistką. To jest ważne, żeby potem móc być dla kogoś.


Dystans jest ważny chyba także w pani zawodzie?


Nic nie trwa wiecznie. Nie można spocząć na laurach. Przestać pracować, patrzeć na zarobione pieniądze, pić szampana i fotografować się w modnych miejscach z modnymi ludźmi. Być tylko i wyłącznie gwiazdą. Gdy tak się podchodzi do życia, to potem po roku człowiek budzi się i odkrywa, że wypadł z obiegu. Nie można też żyć od castingu do castingu, drżąc o to, czy jutro będzie się miało jakieś zlecenie. To prosta droga do wypalenia. Dlatego trzeba się rozwijać, uczyć języków, realizować pasje, spotykać się z przyjaciółmi. Nie można zatracać się w pracy.


Czyli Kasia Zielińska ma grubą skórę i wie, jak wygląda prawdziwe życie?


To nie jest tak, że się wymądrzam. Po pierwsze, naprawdę wyciągam wnioski z tego, co poszło mi nie tak. Wierzę, że każdy kolejny dzień będzie lepszy. Z drugiej strony jestem pracoholikiem. Może niedługo powiem „byłam pracoholikiem”, bo walczę z tym. Nawet moja agentka zauważyła, że się zmieniam, że zaplanowałam urlop, czego jeszcze niedawno nie potrafiłam. Nie umiałam odrzucać propozycji, bo miałam poczucie, że jestem niezastąpiona. A wszystko trzeba odpowiednio wyważyć. Poza tym czasem warto na chwilę zniknąć z ekranu, żeby widzowie zatęsknili.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze