Nie jestem słodka - ewa lewandowska

- Nigdy nie będę chirurgiem plastycznym, ale jakie to ma znaczenie? Jest tyle innych rzeczy, którym można się poświęcić - mówi Ewa Lewandowska, śpiewaczka operowa i finalistka pierwszej edycji programu „Mam talent”.

Bo to jest tak: jedni piszą książki, inni je wydają. Ktoś uprawia sport, kto inny jest trenerem, a jeszcze inna osoba dba, o dobre samopoczucie jednego i drugiego. Są ludzie, którzy piszą wiersze, i tacy, którzy nie wyobrażają sobie życia bez sztalug, farby i pędzli. Każdy robi to, co umie najlepiej, do czego ma talent i czemu jest się w stanie poświęcić. Ewa śpiewa.


Pszczoła

Ewa ma piękny głos, nazywany przez fachowców sopranem spinto (tak rozległą skalą przypisuje się m.in. greckiej śpiewaczce Marii Callas i jest to najrzadziej spotykany głos kobiecy na świecie). Ma zaszczepioną przez nieżyjącego już ojca miłość do sceny (to był zawał), po nim też - tak mówi mama Ewy, Grażyna - przedziwny magnetyzm, który sprawia, że ludzie lgną do niej, jak pszczoły do plastra miodu. Ewa ma też pasję, muzyczną pasję. Nic więc dziwnego, że to muzyka jest dla Ewy najważniejsza, że to jej Ewa podporządkowała swoje życie. Ale ta drobna, jak na divy operowe, śpiewaczka ma coś jeszcze: poczucie misji.

- Chcę pokazać niepełnosprawnym, że ich życie może być łatwiejsze - gdy Ewa to mówi, jej pogodna, i wydawać by się mogło beztroska, twarz poważnieje.


Dlaczego?

Bo sama nie jest w pełni zdrowa, bo sama ma problemy. Poznajcie ją więc: Ewa Lewandowska, rocznik 83, zodiakalny Baran, numerologiczna „ósemka”. Bydgoszczanka mieszkająca w Katowicach. - Jeśli nie wyjadę za granicę, będę mieszkała na Śląsku, bo Ślązacy są wyjątkowo przyjaźni, bardziej otwarci - zdradza, a jej ogromne niebieskie oczy się śmieją. I to z nimi jest problem. Bo niedowidzą.


Spotkanie

Niedziela, wieczór. Umawiamy się na spotkanie, w pewnym spokojnym miejscu. By tam dotrzeć, muszę przyjechać pod dom Ewy, by ją zabrać. Widzę ją: na nosie okulary przeciwsłoneczne, w ręce błyszczyk, którym poprawia właśnie wygląd ust. Gustownie ubrana, na wysokim obcasie. Bez białej laski, bez psa przewodnika, którego dwa lata temu poznali widzowie programu „Mam talent” (Klemo, czarny labrador, wyprowadził Ewę na scenę i grzecznie siedział przy jej nodze podczas całego show; Ewa zaśpiewała „Ave Maria”, publiczność oszalała). Ewa jednak nie jest sama. Towarzyszy jej Oliwka, 11-letnia bratanica. - Nie mogłam pozwolić, by ciocia stała tu sama - śmieje się i zaraz ucieka. A ja idę z Ewą do samochodu. Prowadzę ją pod rękę.


Światło

- Jak widzisz? - pytam Ewę.


- Same kontury, światło. Widzę, że stoją tu bloki, ale nie rozróżniam szczegółów, kolorów balkonów, kwiatów, napisów. Drzewa? Zauważam je metr przed sobą, więc nie ma możliwości, bym na któreś wpadła - dziewczyna śmieje się, ale zaraz poważnieje: - Jednak nie zawsze tak jest. Czasami jestem w gorszej formie. Mam mroczki przed oczami, nie widzę nic. W takiej sytuacji nie wychodzę z domu bez psa.


- W takiej sytuacji powinnaś mieć białą laskę, wiem jednak od twojej mamy, że jej nie lubisz.


- Nie lubię, bo to znak dla innych, że jestem słabsza (Ewa parę razy została zaatakowana przez chuliganów - przyp. red.). Nie noszę też typowych dla niewidomych czarnych okularów, chyba że świeci słońce, ale wtedy zakładam zwykłe okulary przeciwsłoneczne.


- Nie wszyscy to rozumieją, tym bardziej że twoje oczy wyglądają na zdrowe. Zarzucają, że oszukujesz: choćby w autobusie, kiedy chcesz kupić bilet ze zniżką, albo by wzbudzić współczucie. Tak zareagowali niektórzy internauci po twoim występie w telewizji.


- Nigdy nie powiedziałam, że jestem niewidoma.


- Takie pojawiały się tytuły w gazetach: „Niewidoma śpiewaczka podbiła serca Polaków”; „Niewidoma Ewa rzuciła publiczność na kolana”.


- Określenie „niewidoma” widocznie lepiej brzmiało, widocznie lepiej się sprzedawało niż „tracąca wzrok”. Nie miałam na to wpływu, a nawet więcej: ktoś napisał, ktoś przeczytał, a ja z tym zostałam.


- Musisz się tłumaczyć.


- I czy to nie dziwne? Czy to oznacza, że zaakceptują mnie, gdy zupełnie stracę wzrok?


- A to możliwe?


- Ja już nie powinnam nic widzieć, ale jakimś cudem… Mam barwnikowe zwyrodnienie siatkówki i chorobę Stargradta, czyli genetycznie zrogowaciałą rogówkę, a to oznacza powolną utratę wzroku. Tej choroby nie da się ani pozbyć, ani wyleczyć; nie pomoże żadna operacja, zabieg, laser. Medycyna jednak robi postępy. Mam nadzieję, że ktoś coś wymyśli, zanim całkowicie ogarnie mnie ciemność.


Choroba

O tym, że Ewę dopadła ta a nie inna choroba, rodzina Lewandowskich dowiedziała się, gdy Ewa miała 9 lat. Najpierw przestała widzieć litery pisane przez nauczycielkę na tablicy, później linijki w zeszycie. - Nie wiedziałam, co się dzieje, nie rozumiałam tego wszystkiego. Bać zaczęłam się dopiero, gdy tato, po rozmowie z lekarzem, rozpłakał się - Ewa mówi najpierw spokojnie, ale już po chwili denerwuje się: - Bo jak miał zareagować, gdy usłyszał: pana córka oślepnie, za rok, dwa, może pięć. Nic nie możemy zrobić, niestety… Zresztą, tak jest do dziś. Dzwonią do mnie i do mojej mamy rodzice, którzy usłyszeli to samo, i pytają, co mają robić, jak z tym żyć.

A żyć się da. Można skończyć Akademię Muzyczną w Katowicach (wydział wokalno-instrumentalny) i to celująco, a później - studia podyplomowe. Można koncertować i utrzymywać się z tego. Można wydać płytę (krążek nosił tytuł „Idą święta” i pokazał się w sklepach w 2008 roku), wystąpić w telewizyjnym show (Ewa zrobiła to, by „pokazać, że niepełnosprawni nie muszą zamykać się w domu”), udzielać wywiadów prasie i w telewizji, rozdawać autografy, nagrać coś z Piotrem Rubikiem („Modlitwa o wiarę w siebie” znalazła się na płycie „Rubik One”, która wydana została rok temu). Można żyć normalnie: chodzić na siłownię (w ciągu roku schudła 16 kilo), spotykać się z przyjaciółmi (na chłopaka przyjdzie jeszcze czas); mieszkać samej, czterysta kilometrów od mamy. Trzeba tylko trochę to życie do własnych potrzeb dostosować - na przykład mieć: „mówiący” telefon komórkowy i komputer; rzeczy w szafie poukładane według kolorów; ściany w kontrastowych odcieniach (tak łatwiej poruszać się po domu), idealny porządek w szafkach i doskonałą pamięć, by wiedzieć, gdzie leży cukier, pieprz i sól.


Wojownik

Radzi więc sobie. I nic dziwnego. Ewa to zodiakalny Baran, jeden z najwaleczniejszych znaków zodiaku. Więc Ewa walczy - ze swoimi słabościami, nieprzyjaznymi otoczeniem, jeśli w takim się znajdzie, z chorobą, z życiem po prostu. Jest silna. Odważna. „Ma duszę wojownika” - powiedziała kiedyś mama śpiewaczki, a Ewa uzupełnia: - Nie jestem słodka, a wręcz przeciwnie - za pyskata. I zbyt emocjonalnie podchodzę do wielu spraw. Przykłady? Proszę bardzo. Jakiś czas temu urzędniczka, którą poprosiłam o pomoc w wypełnieniu dokumentów, z wyższością zapytała: „To nie potrafi pani tego zrobić? To takie proste!”. Od razu się zdenerwowałam, bo co to za podejście? Czy ja muszę znać się na wszystkim? I co to za traktowanie drugiego człowieka, co ta pani chciała sobie udowodnić? Że jest lepsza? Zapytałam więc, czy wie, co to jest tryton. Nie wiedziała (tryton to odległość między dwoma dźwiękami, która wynosi sześć półtonów - przyp. red.), tak jak ja nie muszę wiedzieć, w jaki sposób załatwiać jakieś formalności. Ale… To są szczegóły, drobnostki. Życie jest piękne i trzeba cieszyć się z tego.


- A marzenia?


- Jeśli w nie mocno wierzymy, spełnią się.


Kiedyś więc Ewa będzie miała dom otoczony ogrodem, a w nim iglaki pachnące lasem. I werandę z huśtawką. Kiedyś zagra rolę niewidomej Jolanty w dziele Czajkowskiego, wystąpi w duecie ze Steve Wonderem bądź Andreem Boccellim, kiedyś… Kiedyś to wszystko się spełni. Na pewno.

Autor: Joanna Grzegorzewska

Komentarze