Nie jestem miastową dziewczyną

Sytuacja, jaką mam w tej chwili, jest dla mnie idealna. Nie jestem związana etatem w teatrze, gram w serialu, ale nie mam zdjęć codziennie. Mogę więcej czasu spędzać z dziećmi. Rozmowa z aktorką, Tamarą Arciuch.

 

z Tamarą Arciuch, aktorką teatralną i filmową rozmawia Natalia Marczak

Jak pani rodzice przyjęli decyzję, że chce pani być aktorką?
Specjalnie nie chwaliłam się rodzicom, że zdaję do szkoły aktorskiej. To było szalone posunięcie. Ja naprawdę nie byłam przygotowana do egzaminów. W momencie gdy już się dostałam, rodzice powiedzieli, że tak miało być. Cieszyli się razem ze mną.
Zaraz po studiach założyła pani własną rodzinę. Była to dość odważna decyzja.
Miałam zaledwie 24 lata, ale już wtedy czułam, że jest to luka w moim życiu, którą chcę wypełnić uczuciem. Po prostu bardzo chciałam mieć dziecko. Czułam, że jestem na to gotowa. Chociaż teraz myślę, że wcale nie byłam (śmiech). Moje koleżanki też nie były na to gotowe. Teraz one mają swoje pierwsze dzieci, kiedy ja mam już drugie. Zabieramy dzieciaki na nasze spotkania, a mój straszy syn żali się, że nie ma się z kim bawić, bo wśród dzieci nie ma jego rówieśników.
Teraz mieszka pani w Warszawie, ale były też Skierniewice, Kraków, Gdańsk...
Bardzo sentymentalnie wspominam Trójmiasto. Tam po prostu żyje się inaczej. Myślę, że tam było moje miejsce. Bliskość morza, jezior. Ja jestem bardzo związana z przyrodą i tego mi autentycznie brakuje. Teraz na szczęście mieszkam kawałek za Warszawą. Kiedy jeszcze mieszkałam w bloku na 8 piętrze, mimo pięknego widoku z okien i tak strasznie się męczyłam. Dopiero teraz to czuję. Potrzebuję kawałka drzewa, trawy... Oddechu... Ja nie jestem miastową dziewczyną.
Jednak dzięki temu ma pani pracę na miejscu. Nagrania najczęściej są w Warszawie i okolicach.
W stolicy jest o wiele łatwiej. Wyjazd na zdjęcia nie łączy się już z totalnym zamieszaniem, a dziecko nie zostaje beze mnie przez kilka dni. Jadę rano, czasami mam jedną, dwie sceny i właściwie o godzinie 11.00 wracam do domu. Mam jeszcze cały dzień na bycie z dziećmi. Kiedy mieszkałam w Gdańsku, często nie mogłam szybko wrócić do domu.
To był czas ciągłych podróży. Jak pani teraz to wspomina?
To na pewno był intensywny czas. Wtedy byłam bardzo młoda, miałam więcej energii, inaczej znosiłam zmęczenie. Choć czasem brakowało siły. Zdarzało się, że po zdjęciach o godzinie 15.00 wsiadałam do pociągu, występowałam na scenie o 19.00 - czasem był to jeden spektakl, a czasem nawet dwa. Okres w Teatrze Wybrzeże był momentem, kiedy bardzo dużo graliśmy. Potem około północy jechałam z powrotem do Warszawy, nie wstępując nawet do domu. To było chore. Poza tym dużo spraw zawodowych mi przepadało. Ten moment w moim życiu skończył się. Czułam, że musi się coś zmienić. I właściwie zmieniło się wszystko.
Ciągłe wyjazdy oznaczają częste rozłąki z dziećmi. Kiedyś było pani łatwiej?
Nie, nigdy nie było łatwiej. Pamiętam, jak zostawiałam Krzysia. W taksówce zakładałam ciemne okulary, żeby nikt nie widział, że płaczę. Myślę, że to jest trochę wymyślone przez naturę. Instynkt matki. Związek z dzieckiem to niezwykle intensywna relacja. Zwłaszcza z takim małym dzieckiem, bo za dużym tęskni się zupełnie inaczej. O wiele lepiej znoszę rozłąkę ze starszym synem, co wydaje się być naturalne. On jest już duży, ma swój świat, kolegów, pasje. Wiem, że jak nie jest do mnie przyklejony, to może się realizować. Ma satysfakcję, że robi coś, z czego jest zadowolony, szczęśliwy. Ale jeśli chodzi o takiego malucha, to wiem, że najlepsze, co może być dla niego, to bycie ze mną. I trudno mi jest znaleźć jakieś usprawiedliwienie, dlaczego mam go zostawić. To dopiero później procentuje, kiedy dziecko się uczy, że mama musi iść do pracy, że mama ma prawo do swoich marzeń, że mama ma prawo do swoich planów.
Gdyby pani nie wyszło w zawodzie, zostałaby pani w domu?
Byłoby mi bardzo trudno. Ja potrzebuję zmian. Uwielbiam siedzieć z dziećmi w domu, ale jest mi łatwiej ze świadomością, że za parę dni idę do pracy. Czuję się najlepiej, kiedy mam czas na to i na to. Ważne jest zachowanie równowagi. Kiedy mogę cieszyć się, że wreszcie jestem w domu, wracam z zupełnie inną energią i zajmuję się dziećmi. Sytuacja, jaką mam w tej chwili, jest dla mnie idealna. Nie jestem związana etatem w teatrze, gram w serialu, ale nie mam zdjęć codziennie. Mogę więcej czasu spędzać z dziećmi.
Czy odpowiada pani rola gospodyni domowej?
Nie jestem taką przysłowiową kurą domową. Chociaż uwielbiam być w domu, uwielbiam obowiązki domowe, uwielbiam gotować. Bartek mówi, że uwielbiam sprzątać (śmiech). Ale w domu jest wieczny bałagan i dlatego muszę ciągle to robić.
Dom prowadzony przez parę aktorów wydaje się być miejscem ciągłych zmian. Jak wygląda pani plan dnia?
Bardzo chciałabym mieć zaplanowany dzień, ale całe moje życie jest jedną wielką improwizacją. Oczywiście pewnych rzeczy nie da się uniknąć. W momencie kiedy prowadzi się dom, jedno dziecko idzie do szkoły, a drugie jest małe, to one narzucają pewien rytm i organizację dnia. Ale to nie wygląda nigdy w ten sposób, że wstaję rano o godzinie 9.00, mam 15 minut na prysznic, potem jadę po zakupy i do kosmetyczki. Zresztą jak już się umówię, to się spóźniam. To moja okropna wada. Ale zawsze wydaje mi się, że mam jeszcze chwilę czasu, że jeszcze mogę coś zrobić.
Od zawsze cieszy się pani idealną figurą. Czy stosuje pani specjalną dietę?
No troszeczkę ta figura się zmieniła, ale mam nadzieję, że jeszcze tego nie widać (śmiech). Ważne jest dla mnie, żeby zacząć dzień od śniadania. Nawet jeśli wstaję bardzo wcześnie, o godzinie 4.00, a o 5.00 mam transport na plan, to zawsze coś zjadam przed wyjazdem. I właściwie jestem dość nudna z tym jedzeniem. Przeważnie na śniadanie jem to samo, czyli twarożek ze szczypiorkiem, pomidory, pieczywo i parówkę, albo jakiś kawałek wędliny, ale to już rzadziej.
W pracy aktorki trudno zadbać o regularne posiłki.
Jak się pracuje intensywnie, to na pewno. W dużym stopniu zależy to od cateringu na planie. Najlepiej się chudnie, kiedy jest fatalny (śmiech), bo się po prostu nie je. Pamiętam, że podczas kręcenia „Wesela" catering był tak dobry, że przytyłam chyba z 5 kilogramów! Kiedy kończyliśmy zdjęcia, bałam się, że tego nie zmontują, bo fabuła rozgrywała się w obrębie jednej nocy. Dlatego na przestrzeni 30 dni trzeba było ciągle wyglądać tak, jakby się grało tylko przez jedną noc. Na szczęście nikt tego nie zauważył.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, że wspólna praca niszczy związki, wy często pracujecie razem. Jak dajecie sobie radę ze stresem, kiedy oboje macie premierę?
Nie jestem aktorką typu: „Boże! Ja mam premierę, wszyscy cisza, korki w uszy...!". Czasami to zmęczenie powoduje, że jestem w gorszej formie. Ale staram się funkcjonować normalnie. Dość zdrowo podchodzimy do tych tematów. Dlatego stres nigdy nie jest tak duży, żeby zatruł nam atmosferę. Bardziej nam zatruwają życie sprawy typu paparazzi, przykre komentarze czy frustracje zawodowe. To są rzeczy, które bardziej nas stresują i dołują. Jak już pracujemy razem, to staramy się nawzajem wspierać.
Czy pojawiają się wspólne uwagi?
Tak, oczywiście. Ale bardzo ostrożne. Zawsze słuchamy siebie. Znamy się i dlatego czasem widzimy rzeczy, których reżyser może nie dostrzec. Na przykład, kiedy pracujemy nad rolą i widzę, jak nad czymś się męczy. Przypominają mi się jego gesty podczas wygłupów z dziećmi w domu. Podpowiadam mu, że to chyba właśnie to, że warto spróbować w tym kierunku. Lubię z nim pracować. To jest inspirujące.
Układa się to dość kolorowo. Naprawdę nic pani nie przeszkadza we wspólnej pracy?
Jest jeden poważny minus. Jesteśmy wtedy oboje zmęczeni (śmiech). A tu trzeba wstać do dziecka w nocy. Ale raczej rozwiązujemy to bezkonfliktowo. Najczęściej Bartek mnie wyręcza, lepiej to znosi.
Brzmi jak układ idealny. Czy ma pani jakąś receptę na udany związek?
Nie ma takiej recepty, ponieważ nie ma dwojga takich samych ludzi na świecie. Nie można powiedzieć, jak będziesz tak postępować, to będziesz szczęśliwy. Ludzie muszą po prostu trafić na siebie, co absolutnie nie zwalnia ich z pracy nad sobą. Wydaje mi się, że sprawą najistotniejszą jest rozmowa. Mówienie o tym, co się czuje, ale bez oskarżania drugiej strony. Czasami ludzie podchodzą do siebie na zasadzie próby sił. Zaczynają traktować drugą osobę jak przeciwnika.
Czyli wybiera pani drogę dyplomacji?
Raczej tak. Jedno słowo za dużo może wszystko zepsuć. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym. Wychodzę z założenia, że jesteśmy sobie życzliwi. Nawet jeśli coś jest między nami nie tak, to nie oznacza to, że on chciał zrobić mi na złość, tylko że czegoś nie dopatrzył, albo o czymś zapomniał. Tak samo jest ze mną.
Czy w chwilach intensywnej pracy, ktoś pomaga pani przy dzieciach?
Są moi rodzice, jest niania... Rodzice właśnie przeprowadzili się do Warszawy. Mieszkamy bardzo blisko siebie. Mama zawsze bardzo mi pomagała. Szczególnie przy pierwszym dziecku. Kiedy wyjeżdżałam do pracy, mama przyjeżdżała i zajmowała się nim za mnie.
Mama zajmuje ważne miejsce w pani życiu?
Mama od zawsze bardzo mnie wspierała. Ale to nie było takie słodzenie, że jestem najpiękniejsza czy najlepsza. Ja zawsze wiedziałam, że ona jest jakby krok za mną. Zawsze wiedziałam, że ona mnie wesprze. W najtrudniejszych, najgorszych sytuacjach mojego życia, w decyzjach, które mogły się jej nie podobać, ostatecznie zawsze trzymała moją stronę. Zresztą tata podobnie. Jestem bardzo związana z rodzicami. Myślę, że zawsze dążyłam do takiej sytuacji w życiu, gdzie przeplata się kilka pokoleń. Są dziadkowie, dzieci. Jesteśmy wszyscy tak blisko siebie. Czuję, że moje życie jest pełniejsze.

Tamara Arciuch - aktorką, jak twierdzi, została z przypadku. Planowała zostać architektem lub malarką, choć bez wątpienia jej żywiołem jest scena. Talent do kreowania postaci komediowych ukazała rolą Roxie Hart w musicalu „Chicago" (2002). Szersza publiczność mogła się o nim przekonać, śledząc losy Karoliny Łapińskiej w popularnym serialu komediowym „Niania". Na dużym ekranie debiutowała w 1997 roku w filmie sensacyjnym Jarosława Żamojdy „Młode wilki ½" jako Agata. Po roli Moniki Rozdrażewskiej, nerwowej eksżony w serialu „Adam i Ewa", kojarzona była najczęściej z negatywną postacią. Rola panny młodej w filmie Wojciecha Smarzowskiego „Wesele" (2004) pozwoliła jej przełamać ekranowy wizerunek. Choć w życiu zawodowym odniosła wiele sukcesów, a jej kariera wciąż rozwija się w szybkim tempie, przyznaje, że najważniejsza jest dla niej rodzina i dzieci.

 

Jak pani rodzice przyjęli decyzję, że chce pani być aktorką?

 

Specjalnie nie chwaliłam się rodzicom, że zdaję do szkoły aktorskiej. To było szalone posunięcie. Ja naprawdę nie byłam przygotowana do egzaminów. W momencie gdy już się dostałam, rodzice powiedzieli, że tak miało być. Cieszyli się razem ze mną.

 

 

Zaraz po studiach założyła pani własną rodzinę. Była to dość odważna decyzja.

 

Miałam zaledwie 24 lata, ale już wtedy czułam, że jest to luka w moim życiu, którą chcę wypełnić uczuciem. Po prostu bardzo chciałam mieć dziecko. Czułam, że jestem na to gotowa. Chociaż teraz myślę, że wcale nie byłam (śmiech). Moje koleżanki też nie były na to gotowe. Teraz one mają swoje pierwsze dzieci, kiedy ja mam już drugie. Zabieramy dzieciaki na nasze spotkania, a mój straszy syn żali się, że nie ma się z kim bawić, bo wśród dzieci nie ma jego rówieśników.



Teraz mieszka pani w Warszawie, ale były też Skierniewice, Kraków, Gdańsk...

 

Bardzo sentymentalnie wspominam Trójmiasto. Tam po prostu żyje się inaczej. Myślę, że tam było moje miejsce. Bliskość morza, jezior. Ja jestem bardzo związana z przyrodą i tego mi autentycznie brakuje. Teraz na szczęście mieszkam kawałek za Warszawą. Kiedy jeszcze mieszkałam w bloku na 8 piętrze, mimo pięknego widoku z okien i tak strasznie się męczyłam. Dopiero teraz to czuję. Potrzebuję kawałka drzewa, trawy... Oddechu... Ja nie jestem miastową dziewczyną.

 

 

Jednak dzięki temu ma pani pracę na miejscu. Nagrania najczęściej są w Warszawie i okolicach.

 

W stolicy jest o wiele łatwiej. Wyjazd na zdjęcia nie łączy się już z totalnym zamieszaniem, a dziecko nie zostaje beze mnie przez kilka dni. Jadę rano, czasami mam jedną, dwie sceny i właściwie o godzinie 11.00 wracam do domu. Mam jeszcze cały dzień na bycie z dziećmi. Kiedy mieszkałam w Gdańsku, często nie mogłam szybko wrócić do domu.

 

 

To był czas ciągłych podróży. Jak pani teraz to wspomina?

 

To na pewno był intensywny czas. Wtedy byłam bardzo młoda, miałam więcej energii, inaczej znosiłam zmęczenie. Choć czasem brakowało siły. Zdarzało się, że po zdjęciach o godzinie 15.00 wsiadałam do pociągu, występowałam na scenie o 19.00 - czasem był to jeden spektakl, a czasem nawet dwa. Okres w Teatrze Wybrzeże był momentem, kiedy bardzo dużo graliśmy. Potem około północy jechałam z powrotem do Warszawy, nie wstępując nawet do domu. To było chore. Poza tym dużo spraw zawodowych mi przepadało. Ten moment w moim życiu skończył się. Czułam, że musi się coś zmienić. I właściwie zmieniło się wszystko.



Ciągłe wyjazdy oznaczają częste rozłąki z dziećmi. Kiedyś było pani łatwiej?

 

Nie, nigdy nie było łatwiej. Pamiętam, jak zostawiałam Krzysia. W taksówce zakładałam ciemne okulary, żeby nikt nie widział, że płaczę. Myślę, że to jest trochę wymyślone przez naturę. Instynkt matki. Związek z dzieckiem to niezwykle intensywna relacja. Zwłaszcza z takim małym dzieckiem, bo za dużym tęskni się zupełnie inaczej. O wiele lepiej znoszę rozłąkę ze starszym synem, co wydaje się być naturalne. On jest już duży, ma swój świat, kolegów, pasje. Wiem, że jak nie jest do mnie przyklejony, to może się realizować. Ma satysfakcję, że robi coś, z czego jest zadowolony, szczęśliwy. Ale jeśli chodzi o takiego malucha, to wiem, że najlepsze, co może być dla niego, to bycie ze mną. I trudno mi jest znaleźć jakieś usprawiedliwienie, dlaczego mam go zostawić. To dopiero później procentuje, kiedy dziecko się uczy, że mama musi iść do pracy, że mama ma prawo do swoich marzeń, że mama ma prawo do swoich planów.

 

 

Gdyby pani nie wyszło w zawodzie, zostałaby pani w domu?

 

Byłoby mi bardzo trudno. Ja potrzebuję zmian. Uwielbiam siedzieć z dziećmi w domu, ale jest mi łatwiej ze świadomością, że za parę dni idę do pracy. Czuję się najlepiej, kiedy mam czas na to i na to. Ważne jest zachowanie równowagi. Kiedy mogę cieszyć się, że wreszcie jestem w domu, wracam z zupełnie inną energią i zajmuję się dziećmi. Sytuacja, jaką mam w tej chwili, jest dla mnie idealna. Nie jestem związana etatem w teatrze, gram w serialu, ale nie mam zdjęć codziennie. Mogę więcej czasu spędzać z dziećmi.



Czy odpowiada pani rola gospodyni domowej?

 

Nie jestem taką przysłowiową kurą domową. Chociaż uwielbiam być w domu, uwielbiam obowiązki domowe, uwielbiam gotować. Bartek mówi, że uwielbiam sprzątać (śmiech). Ale w domu jest wieczny bałagan i dlatego muszę ciągle to robić.

 

 

Dom prowadzony przez parę aktorów wydaje się być miejscem ciągłych zmian. Jak wygląda pani plan dnia?

 

Bardzo chciałabym mieć zaplanowany dzień, ale całe moje życie jest jedną wielką improwizacją. Oczywiście pewnych rzeczy nie da się uniknąć. W momencie kiedy prowadzi się dom, jedno dziecko idzie do szkoły, a drugie jest małe, to one narzucają pewien rytm i organizację dnia. Ale to nie wygląda nigdy w ten sposób, że wstaję rano o godzinie 9.00, mam 15 minut na prysznic, potem jadę po zakupy i do kosmetyczki. Zresztą jak już się umówię, to się spóźniam. To moja okropna wada. Ale zawsze wydaje mi się, że mam jeszcze chwilę czasu, że jeszcze mogę coś zrobić.



Od zawsze cieszy się pani idealną figurą. Czy stosuje pani specjalną dietę?

 

No troszeczkę ta figura się zmieniła, ale mam nadzieję, że jeszcze tego nie widać (śmiech). Ważne jest dla mnie, żeby zacząć dzień od śniadania. Nawet jeśli wstaję bardzo wcześnie, o godzinie 4.00, a o 5.00 mam transport na plan, to zawsze coś zjadam przed wyjazdem. I właściwie jestem dość nudna z tym jedzeniem. Przeważnie na śniadanie jem to samo, czyli twarożek ze szczypiorkiem, pomidory, pieczywo i parówkę, albo jakiś kawałek wędliny, ale to już rzadziej.

W pracy aktorki trudno zadbać o regularne posiłki.

 

Jak się pracuje intensywnie, to na pewno. W dużym stopniu zależy to od cateringu na planie. Najlepiej się chudnie, kiedy jest fatalny (śmiech), bo się po prostu nie je. Pamiętam, że podczas kręcenia „Wesela" catering był tak dobry, że przytyłam chyba z 5 kilogramów! Kiedy kończyliśmy zdjęcia, bałam się, że tego nie zmontują, bo fabuła rozgrywała się w obrębie jednej nocy. Dlatego na przestrzeni 30 dni trzeba było ciągle wyglądać tak, jakby się grało tylko przez jedną noc. Na szczęście nikt tego nie zauważył.



Wbrew powszechnemu przekonaniu, że wspólna praca niszczy związki, wy często pracujecie razem. Jak dajecie sobie radę ze stresem, kiedy oboje macie premierę?

 

Nie jestem aktorką typu: „Boże! Ja mam premierę, wszyscy cisza, korki w uszy...!". Czasami to zmęczenie powoduje, że jestem w gorszej formie. Ale staram się funkcjonować normalnie. Dość zdrowo podchodzimy do tych tematów. Dlatego stres nigdy nie jest tak duży, żeby zatruł nam atmosferę. Bardziej nam zatruwają życie sprawy typu paparazzi, przykre komentarze czy frustracje zawodowe. To są rzeczy, które bardziej nas stresują i dołują. Jak już pracujemy razem, to staramy się nawzajem wspierać.

 

 

Czy pojawiają się wspólne uwagi?

 

Tak, oczywiście. Ale bardzo ostrożne. Zawsze słuchamy siebie. Znamy się i dlatego czasem widzimy rzeczy, których reżyser może nie dostrzec. Na przykład, kiedy pracujemy nad rolą i widzę, jak nad czymś się męczy. Przypominają mi się jego gesty podczas wygłupów z dziećmi w domu. Podpowiadam mu, że to chyba właśnie to, że warto spróbować w tym kierunku. Lubię z nim pracować. To jest inspirujące.



Układa się to dość kolorowo. Naprawdę nic pani nie przeszkadza we wspólnej pracy?

 

Jest jeden poważny minus. Jesteśmy wtedy oboje zmęczeni (śmiech). A tu trzeba wstać do dziecka w nocy. Ale raczej rozwiązujemy to bezkonfliktowo. Najczęściej Bartek mnie wyręcza, lepiej to znosi.



Brzmi jak układ idealny. Czy ma pani jakąś receptę na udany związek?

 

Nie ma takiej recepty, ponieważ nie ma dwojga takich samych ludzi na świecie. Nie można powiedzieć, jak będziesz tak postępować, to będziesz szczęśliwy. Ludzie muszą po prostu trafić na siebie, co absolutnie nie zwalnia ich z pracy nad sobą. Wydaje mi się, że sprawą najistotniejszą jest rozmowa. Mówienie o tym, co się czuje, ale bez oskarżania drugiej strony. Czasami ludzie podchodzą do siebie na zasadzie próby sił. Zaczynają traktować drugą osobę jak przeciwnika.



Czyli wybiera pani drogę dyplomacji?

 

Raczej tak. Jedno słowo za dużo może wszystko zepsuć. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym. Wychodzę z założenia, że jesteśmy sobie życzliwi. Nawet jeśli coś jest między nami nie tak, to nie oznacza to, że on chciał zrobić mi na złość, tylko że czegoś nie dopatrzył, albo o czymś zapomniał. Tak samo jest ze mną.

 

 

Czy w chwilach intensywnej pracy, ktoś pomaga pani przy dzieciach?

 

Są moi rodzice, jest niania... Rodzice właśnie przeprowadzili się do Warszawy. Mieszkamy bardzo blisko siebie. Mama zawsze bardzo mi pomagała. Szczególnie przy pierwszym dziecku. Kiedy wyjeżdżałam do pracy, mama przyjeżdżała i zajmowała się nim za mnie.



Mama zajmuje ważne miejsce w pani życiu?

 

Mama od zawsze bardzo mnie wspierała. Ale to nie było takie słodzenie, że jestem najpiękniejsza czy najlepsza. Ja zawsze wiedziałam, że ona jest jakby krok za mną. Zawsze wiedziałam, że ona mnie wesprze. W najtrudniejszych, najgorszych sytuacjach mojego życia, w decyzjach, które mogły się jej nie podobać, ostatecznie zawsze trzymała moją stronę. Zresztą tata podobnie. Jestem bardzo związana z rodzicami. Myślę, że zawsze dążyłam do takiej sytuacji w życiu, gdzie przeplata się kilka pokoleń. Są dziadkowie, dzieci. Jesteśmy wszyscy tak blisko siebie. Czuję, że moje życie jest pełniejsze.

 

Tamara Arciuch - aktorką, jak twierdzi, została z przypadku. Planowała zostać architektem lub malarką, choć bez wątpienia jej żywiołem jest scena. Talent do kreowania postaci komediowych ukazała rolą Roxie Hart w musicalu „Chicago" (2002). Szersza publiczność mogła się o nim przekonać, śledząc losy Karoliny Łapińskiej w popularnym serialu komediowym „Niania". Na dużym ekranie debiutowała w 1997 roku w filmie sensacyjnym Jarosława Żamojdy „Młode wilki ½" jako Agata. Po roli Moniki Rozdrażewskiej, nerwowej eksżony w serialu „Adam i Ewa", kojarzona była najczęściej z negatywną postacią. Rola panny młodej w filmie Wojciecha Smarzowskiego „Wesele" (2004) pozwoliła jej przełamać ekranowy wizerunek. Choć w życiu zawodowym odniosła wiele sukcesów, a jej kariera wciąż rozwija się w szybkim tempie, przyznaje, że najważniejsza jest dla niej rodzina i dzieci.

Autor: Natalia Marczak

Komentarze