Nie grzeszę i nie narzekam

Na swój dom wybrała warszawskie Śródmieście, dzielnicę wiecznych korków, hałasu i lokali, w których można coś zjeść nawet nad ranem. Nie zamierza uciekać z miasta, nie marzy o domku z ogródkiem i nie w głowie jej odpoczynek. Spotykamy się rano, rzecz jasna w śródmieściu. W trakcie rozmowy ze mną, aktorka stara się nie odbierać telefonu, choć widać, że nie jest to łatwe. Za chwilę czekają kolejne spotkania.

Ciągle mówi się o pani nieprzemijającej urodzie, proszę zdradzić wreszcie sekret wiecznej młodości. Co powinniśmy robić, żeby wyglądać tak dobrze i to od samego rana. Jak wygląda dzień Grażyny Wolszczak?


Każdy dzień zaczynam szklanką ciepłej wody. To oczyszcza organizm. Mam małego hopla na punkcie odżywiania. Kiedyś uznałam, że warto żyć świadomie. Zaczęłam bacznie przyglądać się temu, co jem. Nie popadam jednak w paranoję. Nie stosuje żadnych diet. Chodzi raczej o zdrowy styl życia.


A jaką kuchnię pani preferuje?


Preferuję to, co mi Harasimowicz ugotuje (śmiech).


Rozumiem, że w waszej kuchni to on rządzi?


Tak. Ja nie umiem i przyznam, nie lubię gotować.


Czy celebrujecie ten czas wspólnych posiłków?


Zawsze staramy się wspólnie zjeść przynajmniej obiad. Z innymi posiłkami bywa różnie. Czarek przygotowuje jednodaniowe obiady. Najczęściej coś z kuchni włoskiej, czasem dania azjatyckie, meksykańskie. Bardzo różnorodnie.


Na czym polega sukces waszego związku?


Na sprawiedliwym podziale obowiązków. Czarek, jak wspomniałam gotuje, za to ja biorę na siebie zakupy, prasowanie etc. Oczywiście relacja partnerska to nie tylko podział obowiązków, niemniej jednak poczucie sprawiedliwości jest dla mnie bardzo ważne. Żeby nikogo nie wykorzystywać i żeby nikt nie wykorzystywał mnie. Ważne jest słuchanie drugiej osoby, ale też komunikowanie własnych potrzeb.


Przyglądacie się jeszcze sobie, uczycie się bycia razem?


Po ośmiu latach wszystko już zostało przerobione i wiemy, czego się po sobie spodziewać. Ma to, zresztą jak wszystko w życiu, złe i dobre strony. Dobra strona to poczucie bezpieczeństwa. Ale nie ma już tej ekscytacji wynikającej z odkrywania drugiego człowieka. Tak jest w życiu i nie ma nad czym ubolewać (śmiech).


Oboje jesteście aktorami, choć Cezary to przede wszystkim scenarzysta. Jak się pracuje z życiowym partnerem? Zdarzyło wam się zagrać w jednym filmie...?


Tak, ale nie graliśmy razem. Nasze postaci nie spotkały się. To było w komedii pod tytułem „Zamiana”, której scenariusz napisał Cezary dla mnie. Później napisał jeszcze dla mnie sztukę teatralną „Nigdy nie zakocham się”.


Jak wygląda ta współpraca?


Tak naprawdę nie ma współpracy. Nie sugeruję nawet Czarkowi, co, ani tym bardziej, jak ma pisać. Na szczęście sam wpadł na pomysł napisania roli dla mnie. Ale pomysł to jedno, a realizacja to drugie. To nie scenarzysta, ale reżyser decyduje o obsadzie filmu, od reżysera i producenta zależy, kto zagra. No i znowu szczęśliwie, nie było wątpliwości, że rolę Junony w „Zamianie” powinnam zagrać ja. Czarek także nie wtrąca się w moją pracę nad rolą.


Ten analityczny umysł wiąże się z pasją do psychologii? W końcu nim została pani aktorką, próbowała zdawać na psychologię.


Raczej nie. Będąc aktorem oczywiście trzeba przyglądać się ludziom i rozpoznawać pewne zachowania, ale nie nazwałabym tego pasją. Za to mój syn Filip studiuje psychologię.


A jak układa się pani z przyszłym psychologiem?


W relacji z synem, zresztą podobnie jak w związku z Czarkiem, zawsze ważne było dla mnie równouprawnienie. To relacja bardzo partnerska. Filip zresztą już się wyprowadził. Teraz łączy nas miłość na odległość, znacznie łatwiejsza, bo stęskniona (śmiech).


Nie wierzę, że przy tym równouprawnieniu i partnerskiej relacji nie dochodziło do konfliktów...


Ależ oczywiście, że dochodziło. Głównie na tle porządków domowych. Teraz, kiedy nie mieszka ze mną i bałagani gdzie indziej, już mnie to nie boli (śmiech).


Jak spędzacie święta?


W święta Bożego Narodzenia zawsze wyjeżdżamy. Mamy zaprzyjaźniony hotel „Las” w Szklarskiej Porębie i tam spędzamy ten czas wspólnie z częścią rodziny. Zazwyczaj jest z nami mama Czarka, mój syn z dziewczyną, któraś z córek Czarka, przyjaciele. Zawsze jedziemy kilka dni wcześniej, żeby pojeździć na nartach. A kolacja wigilijna ma tę ogromną zaletę, że nie trzeba się urobić po pachy...


Wspomniała pani o nartach. Na ile ważne miejsce w pani życiu zajmuje sport?


Niestety, nie jestem w sporcie konsekwentna. Najczęściej są to okresowe zrywy. Jeśli można mówić o jakiejś regularności, to chyba tylko w wypadku siłowni. Kiedy mam wolną godzinkę, mogę wpaść na salę treningową i mieć poczucie, że coś dla siebie zrobiłam.


Konsekwentnie za to realizuje się pani zawodowo, co aktualnie panią zajmuje?


Dużo pracuję w teatrze. Ostatnio w Teatrze Komedia, przy okazji spektaklu „Dziewczyny z kalendarza” w reżyserii Tomasza Dudkiewicza. To na podstawie prawdziwej historii pań po pięćdziesiątce z brytyjskiej prowincji, które postanowiły wydać kalendarz charytatywny ze swoimi aktami. Niespodziewanie kalendarz robi furorę na całym świecie.


Zatoczyło się pewne koło? Na początku kariery grała pani w teatrze, dopiero później przyszły role filmowe i seriale.


Trochę tak. Oczywiście są także seriale, w których ciągle gram.


Czy czuje się pani spełniona zawodowo?


Bardzo. Oczywiście nigdy nie ma w życiu sytuacji, w której nie mogłoby być lepiej, ale narzekanie z mojej strony byłoby grzechem.


A czas wolny, czy zawsze udaje się państwu wygospodarować czas na urlop?


Bywają z tym problemy. Ostatnie lato spędziłam na budowie.


Rozumiem, że się pani buduje?


Urządzam ukochanemu nowe gniazdko. Nie dom, mieszkanie, ale budowane od podstaw.


Mają państwo swoje ulubione miejsca?


Za każdym razem jedziemy gdzie indziej. W zeszłym roku uciekając od upałów wybraliśmy się do Sztokholmu.


Pamięta pani ten najbardziej udany z państwa urlopów?


Najfajniejszy urlop był wtedy, kiedy wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do Chorwacji. Wyznaczyłam beznadziejną trasę przez Węgry i Serbię. Kompletny horror. Ta moja trasa okazała się jednak niesamowitą przygodą. Natomiast w kraju, na Kaszubach, zawsze jest przyjemnie.


Skąd sympatia do tego regionu?


To rodzinne strony. Pochodzę z Gdańska, więc na Kaszuby było najbliżej. Już jako dorosły człowiek odkryłam Kaszuby na nowo. To przepiękne miejsce.


Zaraz po studiach przeniosła się pani do Warszawy, czy stolica stała się pani miastem?


Warszawa już od dawna jest moim miastem, nie znaczy to jednak, że nie mam sentymentu do Gdańska. Kocham Trójmiasto i morze, ale zdecydowanie Warszawa to moje miejsce.


Proszę opowiedzieć o Warszawie widzianej oczami Grażyny Wolszczak...


Pamiętam, jak przyjechałam tu z wycieczką szkolną. Głównym punktem był oczywiście wjazd windą na ostatnie piętro Pałacu Kultury. Na dziecku z Gdańska zrobiło to ogromne wrażenie. Kiedy po latach ponownie otworzyli taras widokowy, od razu tam pojechałam. Zabrałam ze sobą Filipa. To było jakieś dziesięć lat temu. Zobaczyłam wtedy, jak brzydkie jest to miasto. Ale od kilkunastu lat Warszawa się zmienia, jest coraz lepiej.


Zdaje się, że w tym „pani mieście”, więcej odrzuca, niż zachwyca.


No nie. Aż tak, to nie. Absolutnie można się zachwycić przejeżdżając przez mosty. Widok prawego brzegu Wisły, bardzo lubię dzikość tego miejsca. Także widok na Stare Miasto. To piękne miejsca. Lubię spacerować po Powiślu. Taka moja pełna trasa wiedzie z Placu Konstytucji przez Agrykolę i Zamek Ujazdowski.


Zmienia pani mieszkanie, czy to ucieczka z Centrum?


Absolutnie nie. Jestem człowiekiem centrum w każdym znaczeniu tego słowa (śmiech). Przeprowadzam się więc z Centrum do Centrum.


Nie planuje pani w przyszłości przeprowadzki na obrzeża miasta? Jego hałas, tłum, spaliny nie przeszkadzają na co dzień?


Na moim podwórku jest tak cicho, że nie słychać było nawet imprezy sylwestrowej, a mieszkam przy Placu Konstytucji. Mam nadzieję, że w nowym miejscu będzie podobnie. To druga strona Śródmieścia, okolice Intraco, czyli Stawki.


Jest pani autorką książki „Jak być zawsze młodą, piękną i bogatą”, czy połknęła pani bakcyla pisarskiego?


Po pierwsze, nie pisałam tej książki sama, pewnie bym sobie nie poradziła z poukładaniem wszystkich wątków w sensowną całość. Nie ma mowy o połknięciu pisarskiego bakcyla, to jak ze wszystkim w moim życiu. Pisanie potraktowałam jako przygodę, chęć sprawdzenia, jak to jest... A jak jest? Trochę jak w „Tańcu z Gwiazdami” i genialnie i beznadziejnie (śmiech). Próbuję różnych rzeczy w życiu, kierując się mottem „Ahoj, przygodo!”

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze