Narodziny chemioterapii

Rozwój chemii i związków syntetycznych – w tym także pierwszych leków syntetycznych (otrzymywanych często na podobieństwo pochodzących ze świata roślinnego, jak i zupełnie nowych) nie było jedynym polem wyjątkowo intensywnej działalności człowieka w II poł. XIX w. Równolegle bowiem w wielu innych dziedzinach miały miejsce doniosłe odkrycia i dokonania, które sprawiły, że w ogóle cały ten wiek nazwano „wiekiem wielkiej rewolucji naukowo-technicznej”.

Wpływ odkryć naukowych na rozwój chemioterapii

Postęp i rozwój nauki oraz tempo, w jakim się dokonywał, był przecież nieporównywalny z jakimkolwiek okresem wcześniejszym w długich dziejach ludzkości. Oczywiście, dla nas, ludzi związanych z najszerzej pojętą ochroną zdrowia, najbardziej interesujące będą te odkrycia, które bezpośrednio lub pośrednio wiążą się z rozwojem medycyny, a jeszcze ściślej z rozwojem stosowanej terapii. Także w tym względzie możemy mówić o iście rewolucyjnych przemianach i rozwoju, które w konsekwencji doprowadziły do narodzin jakościowo nowej terapii – chemioterapii. Gwoli ścisłości należy jednak dodać, że ta – w swym najpełniejszym wyrazie – narodziła się już w pierwszych latach XX w. (w 1909 r.), ale nie uprzedzajmy faktów.

Narodziny chemioterapii nie były – zresztą nawet nie mogły być wydarzeniem jednorazowym. Na jej powstanie złożył się cały zespół różnych odkryć, spostrzeżeń i stwierdzeń, zwłaszcza w drugiej połowie XX w., czasem odległych od siebie, ale jak się wkrótce miało okazać – te niby odległe od siebie dokonania w istotny sposób rozwijały i poszerzały wiedzę o leczeniu i o samych lekach.

W jakimś sensie można tu nawet mówić o swojego rodzaju „reakcji łańcuszkowej” wydarzeń, w których jedno pociągało za sobą drugie, to zaś trzecie i czwarte, i następne, składając się w efekcie na jakościowo nowy sposób leczenia. Proces ten zamknięty jest klamrą zaledwie kilkudziesięciu lat, co już samo w sobie jest rewelacją i ewenementem bez jakichkolwiek odniesień w przeszłości.

Jak istotna okazała się chemioterapia, może świadczyć fakt, że dziś jeszcze, i zapewne przez wiele, wiele następnych lat, będzie jednym z najważniejszych działów terapii stosowanej w medycynie. Dlatego warto – choć pokrótce – przyjrzeć się temu procesowi zmagań uczonych, ich rozterek i wątpliwości, ale przecież na miarę epoki i czasów, na efekty których z taką niecierpliwością czekała ludzkość od tysięcy lat.


Marzenia o bezbolesnej chirurgii

Wszystko zaś właściwie zaczęło się u schyłku drugiego ćwierćwiecza XIX w. Datą niejako progową jest tu rok 1846, kiedy to po raz pierwszy – w Bostonie – przeprowadzono publiczną demonstrację narkozy eterowej. Z rokiem tym ziściło się przecież marzenie człowieka, trapiące go od początku istnienia, a mianowicie: bezbolesny zabieg chirurgiczny. Odtąd wszelkie zabiegi operacyjne straciły swoją dotychczasową brutalność, chirurg bowiem mógł je spokojnie i dokładnie wykonywać.

Bezsprzecznie był to wielki krok naprzód, choć do pełnego postępu droga była jeszcze daleka, pełny sukces przyćmiewała bowiem niezwykle wysoka śmiertelność pooperacyjna. Zagojenie ran pozabiegowych bez ropienia należało do wielkiej rzadkości, graniczącej niemal z cudem. Co prawda, nie było już krzyku operowanych, ale liczba zgonów wcale się z tego powodu nie zmniejszyła. W 1854 r. jeden z lekarzy armii angielskiej podczas wojny krymskiej wyraził się nawet, że „eleganckie posługiwanie się skalpelem jest potężnym bodźcem dla chirurga. Byłoby jednak daleko lepiej słyszeć chorych krzyczących pełnym głosem na salach operacyjnych, niż widząc ich teraz z cicha układanych do grobu”.

Powszechnie przecież rozumiano, że celem zabiegu operacyjnego nie było usuwanie bólu, a ratowanie życia. Jednak na skutek dużej umieralności to ostatnie dążenie poczęło wydawać się niemal utopijnym. Z drugie strony – jakże mogło być inaczej – jeśli w tym czasie chirurdzy i ich asystenci nie zwracali żadnej uwagi na czystość zewnętrzną, ich fartuchy były brudne, zaś materiał opatrunkowy i narzędzia operacyjne zaledwie płukane w… zimnej wodzie.


Obserwacje Semmelweisa

Pierwszym człowiekiem, który zwrócił uwagę na zakażenia przyranne, był węgierski lekarz Ignacy Filip Semmelweis (1815-1865), pracujący we wiedeńskiej klinice położniczej. W czasie pracy zaobserwował on dziwne zjawisko: na jednym oddziale kobiety rodzące znacznie częściej zapadały na groźną gorączkę połogową niż na drugim, z nim sąsiadującym. Po długich i tragicznych nieraz doświadczeniach Semmelweis doszedł do wniosku, że winę za to ponosili studenci i lekarze, którzy wprost z prosektorium – nie umywszy dokładnie rąk, przychodzili do rodzących kobiet. Na tym też oddziale gorączka połogowa czyniła niezwykłe spustoszenie, podczas gdy na drugim, gdzie porody odbierały akuszerki niestykające się z sekcjonowanymi zwłokami, wypadki zachorowań były stosunkowo rzadkie. Semmelweis doszedł do wniosku , że przyczyną gorączki połogowej u kobiet był „trupi jad”. Nie zawahał się też ogłosić swoich spostrzeżeń, dając nawet receptę na ów stan rzeczy, tj. lekarze winni dokładnie myć ręce, i to nie tylko mydłem, ale także z użyciem silnych środków chemicznych np. chlorku (wapna chlorowanego).


Uwagi Semmelweisa zostały jednak wyśmiane, jego samego zaś ogłoszono niemal wariatem (sic!), w czym rej wodzili poważni profesorowie uniwersytetu. Idea Semmelweisa w końcu zwyciężyła, i to jeszcze za jego życia. Niestety, dla Semmelweisa było już za późno: złamany życiem i prześladowaniami powag uniwersyteckich wpadł w obłęd. Zmarł w 1865 r.


O wiele więcej szczęścia miał w tym względzie angielski lekarz Joseph Lister (1827-1912), któremu udało się przekonać świat lekarski o konieczności walki z zakażeniem przyrannym przez stosowanie środków dezynfekujących. Czystość w opatrywaniu ran, czystość przy operacjach, czystość rąk lekarzy i jak najobfitsze stosowanie kwasu karbolowego – oto główne zalecenia Listera. Gdy je wprowadzono w życie, prędko okazało się, jak zbawienne skutki miało to przynieść właśnie w zakażeniu przyrannym.


Lister nie tylko głosił takie zasady, ale sam je wprowadzał w życie. W 1865 r. (a więc w roku śmierci Semmelweisa) Lister po raz pierwszy w Glasgow w czasie operacji wprowadził antyseptyczne leczenie ran. Bezpośrednim impulsem poczynań Listera były głośne już w świecie osiągnięcia francuskiego chemika Louisa Pasteura (1822-1895), który odkrył rolę drobnoustrojów w procesie fermentacji i zakażeń. Znając zaś doświadczenie Pasteura, Lister łatwo wywnioskował, że drobnoustroje te (jak je nazywał – zarazki), występując w powietrzu, muszą także wnikać do ran, powodując śmiertelne zakażenie. Aby temu zapobiec, Lister zaczął spryskiwać rany, narzędzia i ręce operatora dezynfekującym kwasem karbolowym. Nadto wprowadził opatrunki antyseptyczne, nasycone rozcieńczonym karbolem. Karbol zaś to przecież nic innego jak roztwór fenolu, a fenol to przecież znany już wówczas składnik mazi pogazowej. W ten dość nieoczekiwany sposób chirurgia związała się z chemią, która odtąd zaczęła dostarczać nie tylko leków chemicznych, ale również środków do zwalczania czynników chorobotwórczych.

Nic więc dziwnego, że dosyć prędko powstała zupełnie nowa gałąź produkcji chemicznej – wyrób środków dezynfekujących, lepszych i skuteczniejszych od karbolu, który jako nadzwyczaj żrący, szybko wyszedł z użycia. W historii medycyny pozostanie jednak jako ten pierwszy, dzięki któremu dokonany został zasadniczy zwrot w ówczesnym szpitalnictwie, ściślej, w zakresie terapii chirurgicznej.


Naukowa podbudowa chemioterapii

Na przykładzie badań Pasteura i Listera możemy wyjątkowo dobrze zaobserwować, jak ich odkrycia uzupełniały się, jak jedno pociągało za sobą drugie, stając się błogosławieństwem dla cierpiących ludzi. Lister zresztą doskonale zdawał sobie sprawę z tego, komu zawdzięcza swe sukcesy. Dał temu wyraz w liście skierowanym do Pasteura, w którym dziękował mu za wyjaśnienie roli bakterii w zakażeniu. Toteż kiedy w roku 1892 cały świat uroczyście obchodził 70-lecie urodzin Pasteura, 65-letni wówczas Lister, „król chirurgów ” – jak go nazwano – objął Pasteura w serdecznym uścisku. Było to jakby symboliczne podziękowanie chirurgii… „łowcy mikrobów”.

Ludwik Pasteur, dzięki swym odkryciom, stał się właściwym twórcą podstaw mikrobiologii jako samodzielnej nauki o budowie i czynnościach życiowych oraz roli drobnoustrojów w przyrodzie. W medycynie zaś nauka ta wpłynęła na rozwój prawdziwych wiadomości o chorobach zakaźnych, na higienę z epidemiologią, no i, oczywiście, na chirurgię, od której zaczęła swój zwycięski pochód. Dzięki bowiem odkryciom etiologicznej roli mikroorganizmów w przebiegu zakażeń mikrobiologia dała ludzkości broń do walki z chorobami zakaźnymi.

W rezultacie nowe odkrycia dały też asumpt do powstania naukowo podbudowanej chemioterapii. Dodajmy jednak, że to też nie byłoby w pełni możliwe, gdyby dzieła Pasteura nie uzupełnił i nie pogłębił drugi współtwórca mikrobiologii i założyciel nowożytnej nauki o chorobach zakaźnych, niemiecki lekarz Robert Koch (1843-1910). Właśnie Kochowi ludzkość zawdzięcza wykrycie laseczki wąglika w ciałach padłych zwierząt oraz opisanie podstawowego zjawiska w biologii, a mianowicie właściwości tworzenia się postaci przetrwalnych, tzw. zarodników.

Jednakże największym osiągnięciem Kocha było odkrycie pałeczki wywołującej gruźlicę, nazywanej dziś na cześć odkrywcy „prątkiem Kocha”. W czasie zaś ośmiomiesięcznej wyprawy naukowej do Egiptu Koch odkrył przecinkowca cholery, a po powrocie do kraju szereg mniej ważnych drobnoustrojów.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze