Nalewki są dobre na wszystko

Skąd wzięły się nalewki? Z pracowni alchemików. W średniowieczu na liściach owadożernej rosiczki sporządzano słynne rosolisy. Miodowa ciecz, którą wydzielała, miała wzmacniać organizm jak dziś żeń-szeń. Alchemicy udoskonalali lek z rosiczki miodem, potem ziołami, płatkami róż lub fiołkami. O ich odkryciach dowiedzieli się zakonnicy. Z klasztorów nalewki trafiły do polskich dworów. Dziś - robienie nalewek jest w modzie.

O szóstej zasiadano do herbaty z ciastem. Potem gospodarz wołał: - Panowie zawód życia krótki, napijmy się wódki. O dziewiątej była wieczerza złożona z pięciu sutych potraw, z bojaźni, aby się z głodu nie przyśnili Cyganie. Koło północy, żeby na czczo nie pójść na odpoczynek, parę lampeczek krupniku wypić wypadało i to się nazywało podkurkiem. Tak codzienność litewskiego dworu malował Leon Potocki. Dzień zaczynano od kawy ze śmietanką. Około godziny dziesiątej szło się odwiedzić apteczkę, żeby napić się po kieliszku anyżówki lub kminkówki. Tak, do apteczki.


Dla zdrowia i dla przyjemności

W magnackich pałacach apteczką były rozległe piwnice zwane sklepami. W bogatszych dworach osobna izba w sąsiedztwie jadalni. W uboższych - kredens z przepastnymi półkami albo dwie szafki zamykane na klucz. Jedna "dla zdrowia, czyli jako lekarstwa". Druga - "dla wygody i przyjemności czyli jako przysmaki".

Karolina z Potockich Nakwaska, autorka podręczników nowoczesnego prowadzenia wiejskiego dworu radziła paniom, żeby urządzały apteczkę na damską pracownię, z której "niejedno doświadczenie równie przyjemne i pożyteczne wyjdzie jak z laboratorium chemika".

W wiejskich dworach matki uczyły córki sporządzania leków. Czyli nalewów na owoce i zioła. Zaraz potem robienia wykwintnych trunków. Dopiero, gdy panny się tego wyuczyły, szły za mąż. Apteczką najczęściej zarządzała "panna apteczkowa", czyli daleka krewna albo przygarnięta i otoczona rodzinną opieką uboga sierota, która za mąż nie wyszła i z pasją mogła apteczce się poświęcić.


Tajemnica rosiczki

Skąd wzięły się nalewki? Z pracowni alchemików. W średniowieczu na liściach owadożernej rosiczki sporządzano słynne roso lisy. Rosiczka była uważana za cudowny lek. Miodowa ciecz, którą wydzielała, miała wzmacniać organizm jak dziś żeń-szeń.

Alchemicy udoskonalali lek z rosiczki miodem, ziołami, płatkami róż czy fiołkami. Następnie nalewki na płatkach róż, czyli rosolisy różane trafiły do klasztorów, potem dworów. Produkowała je przed wojną sławna fabryka wódek hrabiego Potockiego w Łańcucie. Dziś w Łańcucie rosolisy znów są produkowane. Według oryginalnej receptury.

Zamiłowaniu do wyrabiania nalewek towarzyszyło kolekcjonowanie pięknych karafek i kieliszków. Wielkim znawcą nalewek i nalewkowych akcesoriów był malarz Franciszek Starowieyski. Twierdził, że nalewka musi mieć co najmniej 45 proc. mocy, wtedy smak owoców dociera do kubków smakowych. - Dobroć nalewek pochodzi od dobroci serc ludzi, którzy je robią - twierdzi ks. Tomasz Lewniewski, proboszcz kazimierskiej fary, wielki admirator nalewek.

- Jeden turniej nalewek organizowany przez Kresową Akademię Smaku z Lublina wart jest więcej niż cały dorobek polityczny Jaskierni i kompletna dyskografia Piaska - twierdzi Robert Makłowicz.


Tajemnica do nieba

Daniel de Tramecurt, znakomity malarz, potomek wojewody lubelskiego opowiadał, że jego wuj, Piotr Głębocki był przed wojną inspektorem gorzelnianym. Z plombownicą objeżdżał podlubelskie gorzelnie i sprawdzał jakość rektyfikacji. Wuj znał się na rzeczy i po godzinach produkował zacną ratafię na pachnących owocach, zwaną Piotrusiówką. Któregoś dnia wuj wrócił z objazdu, usiadł przy stole, wyciągnął z teczki plombownice, przetarł je irchą, zapakował i wzdychając rzekł do ciotki: "Irenko, to ja sobie teraz umrę", co następnie uczynił, zabierając do nieba tajemnicę "Piotrusiówki" - wspominał Daniel de Tramecurt.

Dziś miłośnicy nalewek kolekcjonują stare receptury jak największy skarb.

Autor: Waldemar Sulisz

Komentarze