Na szczęście trzeba zapracować - wywiad z magdaleną strużyńską

Szczęście jest pewnym procesem, czymś, co dokonuje się przez świadome działanie, sposób myślenia i optykę patrzenia. Może być procesem trudnym, którego owoce dopiero mogą uszczęśliwić. Dlatego pracuję na te owoce cierpliwie.

- Uprawiasz bardzo stresujący zawód. Jak się relaksujesz?


Jestem aktorką i bardzo cenię swój zawód. Każdego dnia pracuję najlepiej, jak umiem. Daję z siebie tyle, ile mogę. Jednak staram się, aby praca nie przysłaniała mi całego życia. Jan Kobuszewski mawiał: „Pracuję po to, żeby żyć, a nie żyję po to, aby pracować" i właśnie taką wyznaję zasadę. Kiedy mam wolny dzień, lubię spędzać go z moim synkiem, bawiąc się z nim. Wtedy mogę tak naprawdę odreagować. Kolejnym sposobem jest telefon do przyjaciela. Mam kilka takich osób, z którymi mogę pogadać i na których mogę zawsze liczyć. Ich rozsądek, mądrość życiowa, życzliwość pozwalają mi powrócić do równowagi i odnaleźć odpowiedni dystans. Staram się również nie zapominać o sobie. Wtedy wybieram się na długi spacer do Łazienek, idę do siłowni albo siadam i robię coś, co sprawia mi dużo frajdy, np. bransoletki ze szklanych koralików.


- Masz wielu przyjaciół. Co w przyjaźni jest dla ciebie ważne?


Przyjaźń w moim życiu jest bardzo ważna. Staram się o nią dbać. Cieszę się, że są w moim życiu takie osoby, z którymi jestem wyjątkowo blisko. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez nich. Przyjaźnię się zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. Każda z tych relacji jest cenna i trzeba ją w inny sposób pielęgnować.


- Zawód aktorki wymaga nie tylko dobrej sylwetki, ale i znakomitej kondycji. Jak o to dbasz?


Od pewnego czasu chodzę na siłownię. Przyznam się, że nigdy nie lubiłam tego rodzaju wysiłku fizycznego. Doszłam jednak do wniosku, że przełamywanie niechęci do czegoś, co sprawia mi jakąś trudność czy nie bardzo mi pasuje, łatwiej przychodzi, gdy robię to w grupie przyjaciół. Właśnie oni motywują mnie, gdy nie za bardzo chcę wyjść z domu. Łączę przyjemne z pożytecznym, czyli przebywam w miłym towarzystwie, a równocześnie robię coś dla swojego zdrowia i kondycji. Poza tym każdego dnia po wstaniu z łóżka wykonuję serię ćwiczeń, które dodają mi dużo energii.


- Ostatnio szybko schudłaś. Czy odchudzałaś się pod kontrolą lekarza, dietetyka?


Zawsze walczyłam ze swoją wagą i różne były tego efekty. Najchętniej żywiłabym się nabiałem i surowymi jarzynami. Jadłam za dużo i potem się głodziłam. Jadłam nieregularnie i nie to, co powinnam. Ostatnio udało mi się zrzucić 6 kg w ciągu trzech miesięcy. Nie jest to jakiś oszałamiający wynik, ale przy moim wzroście to widoczna różnica. Dokonałam tego pod kontrolą dietetyka, który ułożył dla mnie jadłospis dostosowany specjalnie do moich upodobań żywieniowych, potrzeb organizmu, zawodu, jaki uprawiam, i trybu życia. Moje dzienne menu składało się z pięciu niedużych posiłków, przy czym ostatni posiłek jadłam nie później niż trzy godziny przed zaśnięciem. Teraz, kiedy osiągnęłam pożądaną wagę, nie jestem już na diecie. Staram się jednak nie wracać do dawnych złych nawyków żywieniowych.


- Odchudzanie to jest zmiana sposobu myślenia?


Podstawą jest świadoma decyzja i dokonanie wyboru. W odchudzaniu chodzi o zmiany, szczególnie w podejściu do tego, co i jak jemy. Jeżeli wiem, że mam tendencję do tycia, to najprostszą metodą jest świadome ograniczenie jedzenia, szczególnie takich potraw, które tuczą, i wybieranie produktów lekkostrawnych i niskokalorycznych. Dobrym sposobem jest też np. wyznaczenie jednego dnia w tygodniu, kiedy możemy pozwolić sobie na jedzenie słodyczy.


- Czym jest dla ciebie rodzina?


Zawsze powtarzam, że rodzina jest dla mnie najważniejsza. Nie lubię o niej mówić. Chcę tę sferę chronić jako coś najbardziej cennego i wyłącznie mojego. A nie chciałabym mówić jakichś banałów lub popaść w patetyczny ton.


- Spędziłaś 11 lat na planie „Złotopolskich" Teraz rozpoczynasz nowy etap. Czy nie obawiasz się, że czeka cię żmudne udowadnianie, że Magda Strużyńska to nie tylko Marcysia? Masz siłę i determinację do walki?


Przyszła taka pora w moim życiu, że dojrzałam do tej decyzji. Nadszedł czas na zmiany, czuję, że to jest odpowiedni moment. Postanowiłam zrobić coś nowego, co sprawi, że nie będę stała w miejscu. Praca w serialu dawała mi poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Jednak przychodzi taka chwila, gdy pojawia się jakaś tęsknota za samospełnieniem. Choćby najmniejszy cień frustracji, nuda lub rutyna jest sygnałem, że trzeba coś zmienić. Iść dalej, chociaż na początku wszystko może sprawiać wrażenie, że się cofamy. Mam w sobie dużo niewykorzystanej energii. Zapewne nie będzie łatwo, ale najważniejsze w tej chwili dla mnie jest to, że wreszcie podjęłam decyzją. Co będzie dalej i czy miałam rację, czas pokaże.


- Miałaś kiedyś ochotę zagrać w komedii romantycznej. Czy teraz przyszła pora na urzeczywistnienie tych planów?


Bardzo lubię ten gatunek filmowy. Budzi on w odbiorcy dużo emocji i zwykle niesie pozytywne przesłanie. Komedia romantyczna koi ludzkie dusze, pokazuje, że świat nie jest taki zły, że istnieje prawdziwa miłość, przyjaźń, radość i dobroć. Przyjemnie jest nieść taki pozytywny przekaz innym i być może stąd to moje marzenie.


- Wśród twoich ulubionych filmów są obrazy Polańskiego, Antonioniego, Felliniego, Larsa von Triera, Herzoga. Co cię w nich porusza?


Rzeczywiście wśród moich ulubionych filmów nie ma komedii romantycznych. Być może wynika to z tego, że dzieła tych wybitnych twórców traktuję jako znakomite kompozycje zawierające: obraz, muzykę, przekaz. Są skomponowane niemal idealnie. Moim ulubionym filmem jest poruszający obraz Alaina Resnais „Zeszłego roku w Marienbadzie" z 1961 roku. Jest to wspaniały, niezwykły i jedyny w swoim rodzaju obraz, który głęboko we mnie pozostał. Jest zresztą wiele filmów, które poruszyły we mnie jakąś strunę - odpowiedziały na moje oczekiwania, potrzeby, na moje pytania czy pomogły w poszukiwaniu odpowiedzi na nie. Filmy te zaspokajają mój głód piękna. Śledzę też drogę twórczą reżyserów, np. jednym z moich ulubionych jest Tom Tykwer. Nie boi się ryzykować i opowiada swoją historię, tak jak czuje, bez chęci przypodobania się komukolwiek.

Ostatnio do grona moich ulubionych twórców dołączył Ang Lee, który swoje historie przedstawia niejednoznacznie, w sposób nieprzewidywalny, posługując się pięknym i bardzo wyrafinowanym językiem filmowym. Być może wszyscy wielcy reżyserzy, mając ugruntowaną pozycję, mogą sobie na to pozwolić. Nie muszą udawać, żeby przypodobać się publiczności lub producentom. Czuję, że są w swojej sztuce autentyczni. Każdy film jest charakterystyczny, wyjątkowy. Jest jak podpis autora, którego nie da się podrobić.


- Znasz kilka języków obcych. Masz talent do ich nauki?


Należę do tej grupy osób, które odznaczają się zdolnościami językowymi. Miałam to szczęście, że naukę rozpoczęłam z panią Zofią Więckowską, babcią mojego kolegi ze szkoły. Ta przedwojenna znakomita nauczycielka nauczyła mnie podstaw trzech języków. Teraz taka umiejętność daje mi większą swobodę zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Nauka języków, a przede wszystkim rozmowa w obcym języku zawsze sprawiała mi dużą przyjemność. Być może właśnie to, oprócz talentów pedagogicznych pani Więckowskiej, przyczyniło się do tego, że moja znajomość języków obcych nie pozostała na poziomie podstawowym.


- Podobno bardzo lubisz sztukę?


Od zawsze interesowałam się sztuką, głównie malarstwem i muzyką. Czasami moi znajomi
są zaskoczeni, że słucham głównie muzyki poważnej.Choć dla mnie jest to naturalne. W moim domu rodzinnym wszyscy słuchali takiej muzyki. Tak samo jest z malarstwem, którym byłam otoczona od zawsze. W domu były obrazy i albumy o sztuce. Rodzice nigdy nie bali się, że zniszczę jakąś książkę. Pozwalali mi z niej korzystać. Myślę, że głównie oni uwrażliwili mnie na dźwięki, kolor czy fakturę.


- A muzyka? Kiedy odkryłaś, że masz niezwykły głos?


Gdy miałam 16 lat, chodziłam do ogniska teatralnego przy Teatrze Ochoty. Wtedy pani Manczarska-Orzeszkowska jako pierwsza powiedziała mi, że mam głos ustawiony z natury. Dwa lata później Janusz Tylman, którego poznałam w Teatrze Żydowskim, skierował mnie do niewidomego śpiewaka pana Gruszczyńskiego, a z kolei on wysłał mnie do pani Bogny Sokorskiej, która uczyła mnie przez pięć lat. Śpiew jest dla mnie ogromną radością, choć kosztuje dużo pracy i wysiłku. Czasami wykorzystuję tę umiejętność na scenie. W Teatrze Kwadrat, gdzie pracuję, w sztuce pt. „Sługa dwóch panów" śpiewam arię Elwiry z „Purytanów" Belliniego, do której przygotowała mnie pani Ewa Iżykowska.


- Jesteś bardzo szczęśliwą osobą...


Staram się być. Według mojej definicji szczęście jest pewnym procesem, czymś, co dokonuje się przez świadome działanie, sposób myślenia i optykę patrzenia. Może być procesem trudnym, którego owoce dopiero mogą uszczęśliwić. Dlatego pracuję na te owoce cierpliwie.

Autor: Małgorzata Jaworska

Komentarze