Na scenie czuję radość

Anka z „Przepisu na życie”, świetna aktorka filmowa i teatralna. Potrafi zaśpiewać teksty Leśmiana, Gałczyńskiego i Młynarskiego. Kobieta wszechstronna. Z nami podzieliła się swoimi przemyśleniami. Z Magdaleną Kumorek, aktorką i wokalistką, rozmawia Barbara Jagas.

Dlaczego dba Pani o zdrowie, biegając i jedząc tylko „sałatę”? Ja także się ruszam, ale gdybym jadła tylko roślinki, to bym już chyba nie żyła. Jednym słowem, jakie ma Pani argumenty za wegetarianizmem, oprócz tego, że żal Pani zwierząt?


To nie jest tylko kwestia żalu. Przeciętny zjadacz mięsa nie ma pojęcia, w jakich warunkach jest ono produkowane. Tak, produkowane, bo trudno już mówić o hodowaniu zwierząt na ubój. Nie zgadzam się na takie traktowanie zwierząt, dlatego przestałam jeść mięso. A opinia, że bez mięsa człowiek słabnie, jest dalece przesadzona. Potrzebna jest odrobina wiedzy o prawidłowo zbilansowanej diecie wegetariańskiej i można przenosić góry.


Teraz zapytam o aktywność fizyczną, chociaż zdaję sobie sprawę, że przy dwójce dzieci to nie takie proste.

Uwielbiam grać w badmintona i jeździć konno. Tańczę tylko wtedy, gdy mam ochotę. Biegam, kiedy mam czas. A na co dzień ćwiczę w domu albo alternatywnie przekopuję ogródek.


Porozmawiajmy o kulturze. Jakie książki lubi Pani czytać, aby się zrelaksować?

Czytam bardzo dużo i najczęściej kilka książek równocześnie. Piszę rekomendacje do Klubu Książki „Kobiety to czytają”. Czytam więc wszystkie klubowe książki. Ale ponadto interesuję się książkami psychologicznymi i paranaukowymi. Lubię czytać i najczęściej lektura mnie relaksuje.


Czego szuka Pani w książkach paranaukowych? Jakich odpowiedzi?

Różnych. Uwielbiam książki Kena Wilbera, który od lat analizuje całe spektrum człowieka − od jego fizycznego ciała przez personę i cień, choroby ciała i umysłu, aż do wędrówki duszy. Szalenie mnie to ciekawi.


Teraz pora na rozmowę o „Przepisie na życie”. Ma Pani swój?

Przykro mi, ale nie mam takowego.


Dlaczego na swojej stronie zadaje Pani pytanie: kim jestem?

Pytam o to, bo poza etykietkami aktorki, wokalistki, matki, żony, kobiety – jestem przede wszystkim człowiekiem, a pytanie „Kim jestem?” w moim odczuciu nierozerwalnie związane jest z innymi pytaniami: po co tu jestem, czy mam jakieś zadanie, czy ziemskie życie ma głębszy sens i cel?

Czym jest dla Pani życie: przygodą, podróżą, zadawaniem pytań, drogą do nikąd, do Boga, a może miłością czy poezją, jak mówił kiedyś Stachura?

Życie w całym swoim bezmiarze form, sile i kruchości zarazem jest prawdziwym cudem.


Co Pani ma na myśli?

Podziwiam tę cudowną maszynerię, która napędza wszystkie trybiki kręcące światem. To, że wszystko ma swój cel i sens. Nawet trudne doświadczenia, jak śmierć bliskich czy choroba, z perspektywy czasu, choć brzmi to paradoksalnie, mogą wydać nam się bardzo potrzebne. Fascynuje mnie to.


Utwory Osieckiej, piosenka francuska, Gałczyński, Leśmian. Czego Pani szuka w tych tekstach? A może coś znalazła?

Do tego grona należy dodać jeszcze Młynarskiego − jestem tuż po premierze przedstawienia „Młynarski obowiązkowo!” w Teatrze 6. piętro. Śpiewając, szukam zawsze tekstów, które są dla mnie ważne, czasem odnajduję w nich bieg własnych myśli... Sięgam po Osiecką czy Leśmiana, bo w moim odczuciu byli mistrzami słowa. A z uwagi na zawód, jaki uprawiam, jestem bardzo na jakość słowa wyczulona.


A czy sama pisze Pani wiersze?

Sama nie piszę, bo nie umiem.


Które teksty Wojciecha Młynarskiego są Pani najbliższe?

Trudno wybrać jeden − ten najważniejszy. We wspomnianym przedstawieniu śpiewam m.in. piosenkę „Ogrzej mnie” i muszę przyznać, że jest to jedna z najciekawszych piosenek spośród tych, nad którymi pracowałam.


A „Róbmy swoje”?

To jedna z najpopularniejszych piosenek Wojciecha Młynarskiego. Moje jej rozumienie wynika bezpośrednio z tekstu autora. A chodzi mniej więcej o to, by − nie zważając na trudności, przeszkody i niepochlebne opinie – robić to, co nas ciekawi i rozwija. Tylko praca wykonywana z pasją jest twórcza, męczy mniej, niż zajęcia, których nie lubimy, a ponadto jej owoce są zazwyczaj wspaniałe i odkrywcze.Pisze Pani muzykę do śpiewanych przez siebie piosenek, a co na to mąż, który przecież jest wybitnym specjalistą w tej dziedzinie?

To mój mąż, Piotr Dziubek, namówił mnie, żebym samodzielnie napisała muzykę na płytę „Śmiercie”. Kibicuje mi nadal.


Podobno na początku był dość krytyczny? Jak jest teraz?

To było 10 lat temu, kiedy się poznawaliśmy. Stwierdził wtedy, że np. nie umiem śpiewać. Ale teraz jest innego zdania, co mnie cieszy.


Ostatnia Pani ulubiona rola teatralna i fi lmowa, którą Pani ceni...

Mam przyjemność od jakiegoś czasu współpracować z wybitną reżyserką Agatą Dudą-Gracz. I to ona stawia przede mną role najczęściej odbiegające od mojego emploi. Zagrałam w przedstawieniu Agaty np. Panią Kazię, wielce religijną Polkę, która na kasetę magnetofonową nagrywała wizyty Matki Boskiej, czy Panią Genię − szefową firmy sprzątającej Karambol. Odnajduję dużo przyjemności w konstruowaniu takich ról.


Chodzi o role na tzw. kontrze, które przez artystów są szczególnie cenione... A czym pociąga Panią współczesne kino polskie?

Polskie kino bardzo mnie ciekawi. Najfajniejsze jest to, że ostatnio jest mocno doceniane poza naszymi granicami. Ale jako widz nie dzielę fi lmów na polskie i zagraniczne. Zawsze najbardziej ciekawi mnie pomysł na scenariusz, a zawodowo skrupulatnie przyglądam się grze aktorów. W Polsce od dawna mieliśmy śmiałość sięgania po tematy trudne, ale teraz mamy coraz więcej pomysłów na to, jak te historie ciekawie opowiedzieć, korzystając z różnych zdobyczy technicznych czy efektów specjalnych.


Film „Ida” nie zrobił na Pani wrażenia?

Oczywiście, że zrobił. I właśnie o nim m.in. myślałam, mówiąc o pomysłach na opowiedzenie historii. Tu była dość statyczna, czarno-biała narracja, z długimi, pięknymi i ciekawymi ujęciami. Do tego świetnie poprowadzeni aktorzy, dobry scenariusz i mamy sukces.


Co robią dzieci, gdy Państwo muzykują? Może dzieci śpiewają razem z Wami?

Nasze dzieci mają duże zdolności muzyczne. Syn gra na perkusji, a córka świetnie śpiewa. Często improwizujemy razem.


Pani najważniejsza rola życiowa to...

Postać Amien w przedstawieniu „Ja, Piotr Riviere...” w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu − nie wiem, czy to najważniejsza z moich ról, ale zapewne najtrudniejsza. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc otwieram się na jeszcze trudniejsze wyzwania.


Kim jest Amien?

To święta, która czyni cuda. Ale w konsekwencji za każdy cud musi „zapłacić” jakąś chorobą, bólem, który bierze na siebie. Bardzo złożona postać, niezwykle mocno eksploatuje moje ciało podczas przedstawień. Bardzo wiele się od niej o sobie dowiedziałam.


Ma Pani trzydzieści parę lat. Czuje się Pani dojrzała jako kobieta?

Czuję się raczej na jakieś 25-26 lat, to metrykalne 35 jakoś mnie zaskakuje. Czy jestem dojrzałą kobietą? Czuję, że jestem we właściwym miejscu i czasie, i to czyni ze mnie osobę szczęśliwą.


Uważa Pani, że kultura pełni funkcję misji? Jeśli tak, proszę to rozwinąć.

Sądzę, że kultura ma dbać o nasza wrażliwość. Czasem uczy, czasem bawi. Przedstawienie „Młynarski obowiązkowo!”, o którym wcześniej wspomniałam, to właściwie koncert z najbardziej znanymi piosenkami autora. Muszę przyznać, że czuję olbrzymią radość, wychodząc na scenę, gdy widzę, jak dobrze bawi się na naszych przedstawieniach publiczność. To znakomite, często bardzo mądre piosenki, więc publiczność śpiewa razem z nami, czasem tańczy. To wysoka kultura podana w dość lekkiej formie.


Dlaczego z tak znakomitym głosem nie pracuje Pani w radiu lub telewizji?

Jestem z wykształcenia aktorką, więc pracuję w teatrze i kinie. To najbardziej mnie pociąga.


Co jest dla Pani najważniejsze w byciu aktorką?

Możliwość wcielania się w różne osoby. Przeżywam kilka żyć podczas mojego jednego, ziemskiego. A przy okazji ćwiczę empatię. Bo próbując rozgryźć działania jakiejś postaci, muszę ją zrozumieć, a żeby tego dokonać, powinnam się w nią wczuć.


A czym dla Pani jest empatia?

Empatia to umiejętność wczucia się w cierpienie innych − ludzi i zwierząt. Wiedząc, jak cierpią na przykład zwierzęta w ubojniach, podjęcie decyzji o niejedzeniu mięsa wcale nie jest trudne. Raczej oczywiste.


Zgadzam się, choć nie jestem wegetarianką... Co Pani robi, gdy zachoruje?

Od dziecka mam dużą odporność. Choruję bardzo rzadko i mogę się wtedy wspomóc domowymi sposobami.


Czym jest, Pani zdaniem, choroba?

Jest znakiem od organizmu, że jakaś wewnętrzna równowaga została zachwiana. Ale to temat na inną, dłuższą rozmowę... Mam wrażenie, że człowiek szczęśliwy jest najczęściej zdrowy i odwrotnie – człowiek zdrowy jest szczęśliwy. Jeżeli latami tkwimy w toksycznym związku, jeśli towarzyszy nam silny stres, to wcześniej czy później odbije się to na naszym zdrowiu. Tak wynika z moich obserwacji, ale jestem domorosłym psychologiem, więc proszę nie traktować tego poważnie. (śmiech)

Autor:

Komentarze