Na dobre i na złe

Biała suknia, welon, kościół pełen ludzi i ten jedyny, który przysięga, że będzie trwał przy twoim boku, aż do śmierci. Od ciebie przynajmniej w połowie zależy, czy to wszystko się spełni.

Gdy Paweł zachorował - Beata zwolniła się z pracy i jeździła z mężem od specjalisty do specjalisty szukając ratunku. Gdy lekarze rozkładali ręce, uruchomiła znajomych, by szukali specjalistów od „egzotycznych" chorób, przeczytała wszystko, co było dostępne w internecie na temat objawów, jakie ma mąż, sięgała do medycyny wschodniej, alternatywnej i ludowej. Robiła wszystko, by pomóc niknącemu w oczach partnerowi. - Jest już dobrze - mówi. - Do dziś nie wiadomo, co mu było, żadne hipotezy się nie sprawdziły. Paweł twierdzi, że musiał zarazić się jakimś egzotycznym wirusem podczas lotu samolotem. Nie wiadomo. Jest teraz pod ścisłą kontrolą lekarzy. Trochę się boję, że siedzimy na bombie z opóźnionym zapłonem, ale staram się żyć z dnia na dzień trzymając się myśli: „dziś jest dobrze, nie będę się martwić na zapas".

Paweł nie lubi wracać do czasów choroby. Zamiast słów wdzięczności, stara się być jak najlepszym mężem i na co dzień okazywać Beacie przywiązanie, miłość. Wspiera żonę, bo teraz ona, po rocznej przerwie, gdy opiekowała się Pawłem, nie może znaleźć pracy.


Jedni zostają, inni odchodzą

Ale nie każda para zwycięsko przechodzi kryzys, gdy jednemu z partnerów powinęła się noga. Barbara podporządkowała swoje życie doktoratowi Marka, nie obciążała go domowymi sprawami - siedział w pokoju i pisał, a ona wzięła na barki gotowanie, zakupy, sprzątanie, drobne prace naprawcze i, oczywiście, wychowywanie dzieci. Marek doktorat obronił, ale wyczerpanie psychiczne przypłacił depresją. Barbara znowu stanęła na wysokości zadania, znosiła nastroje męża, jego wyobcowanie, pilnowała, by brał leki, goniła, by się wykąpał, ogolił, coś zjadł... Gdy Marek wyzdrowiał zaproponowała mu rozwód. - Byłam przy tobie, gdy mnie potrzebowałeś, ale teraz już poradzisz sobie sam. Ja w końcu też muszę pomyśleć o sobie. Jestem zmęczona życiem z tobą, a w zasadzie wokół ciebie, dla ciebie...

Marek Basi nie potępia... Sądzi, że rzeczywiście, jako partner się nie sprawdził. I choć depresja nie była jego wyborem, to pisanie doktoratu mógł tak zaplanować, by mieć też czas dla bliskich. Teraz stara się nadrabiać zaległości i dużo czasu spędza z dwoma synkami.


Gdy choroba w rodzinie

W lutym tego roku jedna z angielskich gazet nazwała niejakiego Colina Brindleya, lat 55, najgorszym mężem w Wielkiej Brytanii. Podczas gdy jego żona walczyła z rakiem, on spłodził dziecko z 19-latką, dwa lata młodszą od jego własnej córki. „To ma być mąż?" - krzyczy „Daily Mail". Na swoją obronę wysunął argument, że w sumie dobrze się przysłużył małżonce, ponieważ czynił ją nieszczęśliwą.

Powszechnie znana jest też historia znanego prezentera telewizyjnego. Jego była żona twierdzi, że nie mogła liczyć na niego - ani w chorobie, ani po śmierci ich dwutygodniowego dziecka. Nigdy go przy niej nie było, wolał być w pracy. Częściowo sparaliżowaną opiekował się starzy syn, to on ją karmił, prowadził do łazienki. - Mąż, ciągle nieobecny, zasłaniał się zawodowymi obowiązkami - wspominała w późniejszym wywiadzie. - Oczekiwałam wsparcia, ale nie mogłam od kogoś, kto sam nie czuł takiej potrzeby, żądać poświęcenia.

Wraz z koleżankami, innymi byłymi żonami, założyła stronę internetową bylezony.pl, na której kobiety, skoro nie mogły liczyć na wsparcie partnera, wspierają i dostają wsparcie od innych byłych żon.

A co wtedy, gdy partner ma problemy psychiczne? - Od dwóch lat jestem żoną człowieka chorego na ChAD (chorobę afektywną dwubiegunową). Przykre, ale przed ślubem nic nie wiedziałam o jego chorobie - zwierza się na internetowym forum Dorota. - Cała prawda ujawniła się dopiero przy nawrocie. To były straszne chwile: wyzwiska, wulgaryzmy, ogromna niechęć do mnie (mąż w czasie trwania choroby żądał rozwodu!). Pomimo tego wybaczyłam, bo bardzo kochałam. Okres remisji nie trwał zbyt długo, bo jedynie 4 miesiące. Pod koniec czerwca, tuż przed urlopem wakacyjnym, choroba powróciła - i to w ogromnym natężeniu. Pojawiły się po raz kolejny wyzwiska, wulgaryzmy, urojenia, etc. Mąż wygonił mnie z domu. Był agresywny. Mania trwała prawie 3 miesiące. W końcu udało nam się go hospitalizować na 7 tygodni. Wyszedł zaleczony, ale ja... Niestety, doszłam do wniosku, że nie potrafię i nie mogę tak żyć. Złożyłam wniosek o unieważnienie małżeństwa.


Gdy się trafi na anioła...

Gdy na białaczkę zachorowała przed laty Urszula Jaworska, mąż, Czesław Baranowski trwał przy niej niczym skała - po zwycięskiej walce wspólnie założyli fundację, którą do dziś razem prowadzą. Pomysł, by powstała i nosiła imię i nazwisko Uli był Czesława, który stwierdził, że muszą w ten sposób podziękować losowi za uratowane jej życia.

Anioła w swoim życiu spotkał także Krzysztof. - W 1991 roku zostałem napadnięty i pobity do utraty przytomności. Tomograf nie wykazał żadnych zmian. Po wyjściu ze szpitala zaczęły się u mnie, zwłaszcza w trakcie zasypiania, dziwne lęki, halucynacje i pobudzona nerwowość. Zostałem skierowany do psychiatry, który wysłał mnie na oddział psychiatryczny. Tam stwierdzono padaczkę pourazową ze stanami pomrocznymi oraz silną depresję. Rok wcześniej ożeniłem się. Zamieszkaliśmy na wsi i wtedy, gdy mnie pobili, żona była w ciąży. Jednak nie zrezygnowała ze mnie, pomimo moich czasem bardzo dziwnych zachowań. Dzisiaj, mamy czterech synów jak marzenie. Pomimo, że mieszkaliśmy na wsi, gdzie każdy wie o wszystkim, żona zawsze była dla mnie pomocą (to za małe słowo), nawet po dwóch próbach samobójczych nie miałem żadnych wymówek, a zawsze dobre słowa. Kiedy ryczałem jak bóbr, zawsze niosła mi pociechę, jest dla mnie po prostu aniołem. Chociaż mogła ode mnie odejść, kiedy tylko chciała, w momencie zachorowania mieliśmy tylko jedno dziecko, na które musiałbym łożyć alimenty. Żyję tylko dzięki niej! I dla niej, i synów.


Życie to nie bajka

Nie jest łatwo żyć razem, nawet parom, które na pozór wszystko, co potrzebne do szczęścia mają - pracę, zdrowie, bliskich - ileż jest niezadowolenia i cierpienia w „pospolitych" związkach - cóż dopiero, gdy jedno z partnerów jest w kryzysie. Trudno moralnie oceniać czy potępiać tych, co odchodzą, bo nie radzą sobie z cierpieniem. Pomoc mężowi czy żonie jest ponad siły, nie do udźwignięcia. Tak samo może być z wdzięcznością - ciężko chory mąż Kasi, gdy wyzdrowiał, zostawił ją dla innej i rozpoczął zupełnie nowe życie, chcąc o starym, pełnym cierpienia i zagrożonym śmiercią, jak najszybciej zapomnieć.

W dawnych czasach, a i dziś jeszcze w niektórych małych osadach, wioskach, plemionach - pomagają sobie wszyscy, bo stanowią jeden organizm. Partner osoby w potrzebie nigdy nie jest sam, wspiera go cała wioska lub rodzina. Dziś, we współczesnym świecie z problemami jesteśmy sami, a rolę współczujących bliskich czy sąsiadów zajęli psychoterapeuci.

Trzeba też pamiętać, że osoby, które wsparcia potrzebują, mogą się z tą potrzebą czuć niezręcznie, nie chcą być dla bliskich „ciężarem", albo całą swoją złość i żal do świata wyładowują na nich, bo są pod ręką, bo wszystko zniosą...

Jeśli tak się zdarzy, że nasz partner będzie w kryzysowej sytuacji, dwie rzeczy są ważne: pierwsza - zastanowić się, co by się stało, gdybym to ja potrzebowała pomocy? Czy mogłabym/ chciałabym liczyć na męża pomoc? I druga - niezapominanie o sobie. Owszem, trwać przy bliskiej osobie, wspierać ją - ale realizować swoje plany, żyć życiem swoim, nie podporządkować wszystkiego chorobie, nieszczęściu czy złym zdarzeniom. By nie obudzić się któregoś dnia z pretensją do losu i partnera, że zabrał nam nasze życie. A mamy je tylko jedno i ważne, jak je przeżyjemy. Związek, obojętnie, dobry czy zły, nie powinien wypełniać w 100 proc. naszego życia. Ale dobrze jest wierzyć, a najlepiej wiedzieć, że możemy wzajemnie liczyć na siebie.

Autor: Renata Mazurowska

Komentarze