Moje miejsce na ziemi – rozmowa z Małgorzatą Kożuchowską

Jej pasją jest teatr, jednak popularność i uwielbienie widzów zawdzięcza serialowi "M jak miłość". O swojej pracy i prawdziwej miłości opowiada Małgorzata Kożuchowska.

To nie role zagrane na scenie w teatrze, ale przed kamerą filmową przyniosły pani największą popularność.


Teatr jest dla mnie pierwszym po domu miejscem na ziemi. Już w dzieciństwie, kiedy myślałam o sobie jako o aktorce, to zawsze jako o aktorce teatralnej. A było to w szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy zaczęłam uczęszczać na zajęcia Studia Poetyckiego przy Miejskim Domu Kultury w Toruniu. Teatr był mi bliższy, choćby dlatego, że bardziej realny niż film. I dziś po latach doświadczeń na obu polach pierwszeństwo należy do sceny. Na spotkaniach z publicznością zawsze zapraszam na swoje spektakle, mówię: jeśli chcecie mnie poznać, dowiedzieć się, jaką jestem aktorką, zobaczcie mnie w teatrze!


Czy jest taka rola, której by pani nie zagrała ze względu na swoje przekonania czy wartości, które pani wyznaje?


Lubię nowe wyzwania i dlatego chcę, żeby reżyserzy stawiali przede mną zadania trudne. Takie, które by mnie samą zaskakiwały. Na ogół kojarzona jestem z miłymi, ciepłymi postaciami, jak chociażby Hanka Mostowiak, dlatego z przyjemnością przyjęłam dwie role filmowe w czeskich produkcjach, które były zaprzeczeniem tego wizerunku. W jednej zagrałam femme fatale, w drugiej morderczynię. Można powiedzieć: wbrew moim warunkom. Czasami aktor musi zagrać postać negatywną, złą, po to choćby, żeby po drugiej stronie w opozycji mogło stanąć dobro. Czasem trzeba pokazać zło, żeby przed nim przestrzec. Aktor grając czarny charakter nie musi się z nim utożsamiać, może się z nim nie zgadzać, ale musi zagrać wiarygodnie.


Od lat w środowisku teatralnym mówi się o pani „muza Jarockiego”. To ogromny komplement, czuje to pani?


Przez ostatnich parę lat w Teatrze Narodowym pracowałam przede wszystkim z Jerzym Jarockim. Zagrałam „Błądzeniu” i w „Kosmosie” Witolda Gombrowicza oraz w „Miłości na Krymie” Sławomira Mrożka. Oprócz „Kosmosu”, którego przedstawienie zostało zawieszone po śmierci Zbigniewa Zapasiewicza, obie sztuki cieszą się wielkim powodzeniem i nie schodzą z afisza. Od spotkania z Jerzym Jarockim zaczęła się dla mnie nowa epoka w teatrze!
Praca z tym znakomitym reżyserem jest pasjonująca. I nigdy nie kończy się z momentem premiery, każda próba wznowieniowa przynosi nowe wyzwania, nowe zadania aktorskie. Jarocki cały czas zmusza aktorów do myślenia o roli i sięgania coraz głębiej. Każde kolejne przedstawienie jest pełne emocji i ciągle tak żywe jak premierowe.


Jakie były początki tej artystycznej przygody?


Zaczęliśmy razem pracować jeszcze w czasach, kiedy występowałam w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Grałam w przedstawieniach Piotra Cieślaka, Krzysztofa Warlikowskiego, Grzegorza Jarzyny czy Tadeusza Słobodzianka. Miałam coraz większe doświadczenie i coraz większy apetyt na kolejne ciekawe role. Tak więc, kiedy ci artyści odeszli do innych teatrów, zadałam sobie pytanie: co dalej? I wtedy pojawił się w naszym teatrze profesor Jerzy Jarocki...Poszłam na casting do jednej z ról i wygrałam. Czułam się tak, jakby niebo się przede mną otworzyło! Pierwsza nasza premiera odbyła się finalnie już w Teatrze Narodowym.


Jak pani fizycznie daje sobie radę? W „Błądzeniu” Witolda Gombrowicza gra pani trzy postaci: Albertynkę, Alicję i Ritę. Do tego przecież nadal gra pani w serialu i przyjmuje role w filmach.


Myślę, że jeśli robisz to, co cię pasjonuje i sprawia ci przyjemność, to organizm sam znajduje siły. Oczywiście, wolę iść do teatru na wieczorny spektakl wypoczęta, a nie po całym dniu spędzonym na planie filmowym. Zdarzały mi się takie momenty, że przed wyjściem na scenę myślałam sobie: dziś nie dam rady! Ale wystarczy, że kurtyna idzie w górę, a całe zmęczenie gdzieś znika, zapominam o nim i zanurzam się z radością w tej scenicznej rzeczywistości. To trochę tak, jakbym dostała nowe życie. Mówiąc szczerze, nie jestem typem sportowca. Dla mnie najlepszym treningiem w trosce o kondycję fizyczną jest trzygodzinny pobyt na scenie w dziesięciokilogramowym kostiumie! Kto wie, czy nie jest to większy wysiłek, niż ćwiczenia na siłowni...


Wracając jeszcze do „Błądzenia”, czy czuła pani większą tremę wiedząc, że na widowni siedzi i patrzy na panią sama Rita Gombrowicz?


Oczywiście, bardzo się denerwowałam, czy ta moja, no i reżysera oczywiście, interpretacja jej osoby się spodoba, czy jej nie rozczaruję, albo nie dotknę w jakiś sposób. Nie, pani Rita Gombrowicz była po przedstawieniu bardzo wzruszona i powiedziała, że patrząc na mnie, widziała siebie z tamtych lat. To największy komplement.


Dawno temu powiedziała pani, że pani mottem życiowym stały się słowa św. Augustyna „kochaj i rób co chcesz”. Czy to nadal jest aktualne?


Jak najbardziej! Nie pamiętam już dokładnie okoliczności, kiedy po raz pierwszy je usłyszałam, ale zapadły mi w pamięć. Ta maksyma jest zgodna z moją filozofią życiową, z moim myśleniem o świecie i o ludziach. I zawsze się sprawdza, bo jak człowiek potrafi kochać, to wszystko, co robi, wypływa z tej miłości i z gruntu rzeczy nie może być złe. Miłość nie jest egocentryczna, miłość jest dawaniem, jest umiejętnością dzielenia się. Tak więc słowa św. Augustyna konsekwentnie związane są z moim życiem, z moim zawodem, z moją działalnością charytatywną.


A kocha pani Hankę Mostowiak?


Kocham, to ja, swojego męża! Ale mówiąc poważnie, Hanka jest mi bardzo bliska, przez te wszystkie lata zżyłam się z tą postacią. Nikt nie przewidywał, że ten serial będzie tak popularny przez tyle lat! Szczerze mówiąc, bywały takie momenty, że sama miałam już dość, że zaczynałam nudzić się, ale wtedy scenarzyści od razu wymyślali jakiś ciekawy wątek dla Hanki... no i zostawałam . W „M jak Miłość” pracuje grupa aktorów bardzo sobie bliska. Lubimy się i szanujemy. Myślę, że ludzie to czują i dlatego od dziesięciu lat są nam wierni.


A propos miłości do męża, to na koniec zapytam, jak spędziła pani pierwszą rocznicę ślubu?


To była niespodzianka. Prezent od męża. Bartek poprosił mnie tylko, żebym się spakowała. W drodze na lotnisko nic mi nie powiedział, gdzie lecimy, nie wiedziałam tego jeszcze przy odprawie bagażu, dopiero w ostatnim momencie, przy przejściu ostatniej bramki, niemalże przed samym wejściem na pokład samolotu dowiedziałam się, że naszym celem jest Madryt. Nigdy wcześniej w nim nie byłam, więc radość była podwójna. Było cudownie: piękna pogoda, długie spacery po mieście i romantyczne kolacje.

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze