Moje domy, moje życie - rozmowa z Katarzyną Herman

Popularność przyniosła jej telewizja, jednak jej miłością są książki, teatr i na pierwszym miejscu - rodzina.

Najpierw był dom rodzinny w Białymstoku, z mamą, tatą i sześcioma siostrami. Jaki on był?


Widzę go jako dom kobiet, czy świat kobiet. Przypominał trochę film „Czas niewinności” Sofii Coppoli: mnóstwo bibelotów, gdzieś tam przewieszone rajstopy, rozrzucone kosmetyki, pożyczanie ciuchów, a właściwie częściej ich podkradanie, stale na diecie i nieustanne pogaduszki. Życie w naszym domu kobiet też polegało na tym, że ciągle robiłyśmy jakieś nasiadówki, paplało się, a to przy pleceniu warkoczyków, a to w kuchni, przy robieniu ciasta, a to na łóżku. Mało się oglądało telewizję, raczej gadało i dużo czytało. Byłam najstarsza i pewnie dlatego najbardziej, przynajmniej na krótki czas, potrzebowałam odosobnienia, ciszy. Wydawało mi się, że żeby do czegoś dojść, to trzeba dużo czytać. Mieliśmy trzypokojowe mieszkanie, które dla tylu osób było przecież ciasne, więc zamykałam się w łazience. Mościłam tam poduchy, robiłam sobie siedzisko i próbowałam czytać. Ale nie miałam podzielności uwagi, no i blokowałam łazienkę, więc z tej samotności niewiele wynikało. Ale dobrze pamiętam, że bardzo jej wtedy potrzebowałam. Było we mnie coś z samotnika.


Co pani z tamtych przeżyć i doświadczeń zabrała w swoje dorosłe życie?


Chyba to, że trzeba sobie radzić, ale miło jest mieć rodzinę i móc na nią liczyć. Inaczej zaczęłam rozmawiać z mamą i siostrami. Jakoś czulej może, bo nie mając ich na co dzień, od rana do wieczora, zwyczajnie za nimi tęskniłam. Zaczęłam ich potrzebować w inny sposób. Życie w tak licznym domu nauczyło mnie też wyraźnie zakreślać swoją osobistą przestrzeń, granice, które nie powinny być przekraczane przez innych. Nie lubię, jak ktoś wchodzi na „mój teren”. Ale najważniejszą cechą jest chyba umiejętność dogadywania się, wyniesiona z domu. Ona bardzo przydaje się w zawodzie aktora, przecież to nie praca solisty, a głównie gra zespołowa, trzeba się cały czas z wszystkimi komunikować. Ja zdecydowanie lepiej dogaduję się z kobietami i lepiej mi się z nimi pracuje. Została mi też miłość do książek i czytania, wpojona przez rodziców. Teraz ją przekazuję synowi, pięcioletniemu Leonowi, wkrótce przyjdzie czas czytania córce, Romie, która urodziła się w lipcu.


Podobno w dzieciństwie zamiast lalkami wolała się pani bawić w teatr?


Oj, tak. Byłam jednocześnie dyrektorem tego teatru, reżyserem i odtwórczynią głównych ról. No i miałam liczną widownię! Lubiłam malować, więc sama robiłam dekoracje, kostiumy razem z siostrami. Nawet w harcerstwie rozkręciliśmy kabaret. Widać, ciągnęło mnie w tę stronę. Musiał być taki moment w dzieciństwie, kiedy spostrzegłam, że lubię rozśmieszać ludzi! Często chodziłyśmy do teatru lalkowego, bardzo zresztą dobrego. Może dlatego po maturze chciałam zostać aktorką „lalkową”, bo nie śmiałam wtedy marzyć, że mogłabym występować jako aktorka dramatyczna.


I co stanęło na przeszkodzie?


W trakcie egzaminów ówczesny rektor wziął mnie na stronę i powiedział, że, po pierwsze, jestem trochę za wysoka za kurtynę, a po drugie, trochę mnie szkoda. Powinnam natychmiast zdawać do szkoły teatralnej w Warszawie. Jako że tam egzaminy już się zaczęły, pojechał ze mną i przeniósł moje papiery. Potrzebowałam widocznie takiego kopa, bo sama bym się na to nie odważyła. I tak znalazłam swój drugi dom, którym stały się szkoła teatralna i akademik „Dziekanka”. To był fantastyczny okres, fajny czas. A po szkole od razu „wsiąkłam” w Teatr Powszechny, z Krystyną Jandą, Januszem Gajosem i Władysławem Kowalskim między innymi. Teatr, w jakiś symboliczny sposób, jest też przecież moim domem.


Jakie było pierwsze wynajęte mieszkanie w Warszawie?


Wynajęłyśmy je wspólnie z Małgosią Kożuchowską. Zawsze lubiłam robić z tych wynajętych mieszkań dom, ale nie zawsze było to możliwe, czasem bywało opłakane w skutkach. Potem przez siedem lat mieszkałam w dwudziestometrowej kawalerce na Żoliborzu. Była bardzo funkcjonalnie urządzona, trochę jak z filmu „Amerykanin w Paryżu”, bo łóżko na dzień chowało się w szafie, a biblioteka była w łazience, tylko tam bowiem znajdowały się wolne ściany. Dobrze mi było. Długo myślałam o sobie, że będę taką kobietą-latarnikiem, z powieszonym rowerem na ścianie i dużą liczbą książek, bo dobrze się z sobą czułam. I że będę, wzorem niektórych aktorek, rodziła tylko role, a nie dzieci.


A to pierwsze, już własne, prawdziwe?


Po latach pracy miałam trochę uzbieranych pieniędzy, choćby za gościnne występy w Teatrze Wybrzeże i za „Bożą podszewkę”. Czasy się zmieniły, wszyscy brali kredyty, więc też postanowiłam to zrobić. Szukałam kawalerki w jakimś fajnym miejscu i znalazłam na Powiślu. Mieszkanie, jak na moje potrzeby i możliwości, było trochę za duże, ale piękna klatka schodowa, jak we francuskiej kamienicy, zieleń dookoła, no i blisko kawiarnia-księgarnia „Czuły Barbarzyńca’, która choć niedawno dopiero powstała, miała już swoją legendę. Wahałam się, w końcu zaryzykowałam i je kupiłam. To był 2003 rok. Ledwo zaczęłam remont, aż tu nagle spotykam mężczyznę swego życia… Kiedyś, będąc nawet w jakichś związkach, nie wyobrażałam sobie, żebym mogła stworzyć dom, mój, czy nasz dom. Odsuwałam taką myśl na potem, na kiedyś. A teraz chciałam tego natychmiast. Chciałam wreszcie wrosnąć w jakieś miejsce, bo z dzieciństwa pamiętam rozmowy o ciągłych przeprowadzkach dziadków, rodziców, o pakowaniu kufrów z pamiątkami.


A gdzie go pani spotkała?


W „Czułym Barbarzyńcy” właśnie! Tomasz jest twórcą i właścicielem tego miejsca. Wpadłam na kawę, z planami remontu. To było jak uderzenie pioruna. Wiedziałam, że to mężczyzna na całe życie. Miałam farta, bo on czuł podobnie. I od razu chciałam mieć z nim dziecko... Zamieszkaliśmy wspólnie, dwie przecznice dalej, potem dokupiliśmy sąsiednie mieszkanie. U nas wszystko było na opak! Późno się poznaliśmy, ale jak się okazało, lepiło nas to samo. Podobne książki, te same ulubione filmy, sport. Nasz związek miał ostry start i „docierał” się dopiero, kiedy byłam już w ciąży. Niedawno dokupiliśmy następne, sąsiadujące mieszkanie i znowu wszystko remontujemy, a właściwie doprowadzamy do jego pierwotnej struktury, do stanu sprzed podziału na kilka lokali. Będzie pięknie, ale na razie wszyscy zamieszkaliśmy pod Warszawą, w rodzinnym domu Tomasza, w Izabelinie. Z dwiema babciami, bo jest mama Tomka i moja, którą udało mi się ściągnąć, przynajmniej na jakiś czas. Trzy pokolenia pod jednym dachem!


I tak z kobiety samotniczki przeistoczyła się pani w kobietę rodzinną?


Nagle zrozumiałam, że sens bycia razem, sens naszego bycia na tym świecie oznacza pozostawienie po sobie jakiegoś trwałego śladu, a są nim dzieci. Choć tęsknię czasem za rolą samotnika-latarnika, to jednak w kobietę rodzinną zmieniłam się bez bólu. Jednakże ze świadomością, że macierzyństwo to w jakiś sposób koniec pewnej wolności, różnie pojmowanej. Moim zdaniem, bycie matką daje kobiecie aktorce zdrowy dystans do tego, co robi. Jestem matką i jestem wreszcie dojrzałą kobietą. Jestem też nadal aktorką, bo nie wyobrażam sobie pełnego szczęścia bez mojej pracy. Łapię się jednakże na tym, że jako matka zmieniłam w sobie trochę tę aktorkę: mówię szybciej na scenie, gram szybciej i coraz bardziej boję się latać samolotem. Mam do kogo wracać! Upajam się też powtarzalnością w naszym życiu, o której wcześniej nie myślałam – znowu czytam komiks o przygodach Tytusa, Romka i Atomka, pewnie już niedługo będę odrabiała z dziećmi lekcje z matematyki!

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze