Moje córki - moje życie. Rozmowa z Przemysławem Saletą

Dwa lata temu Przemysław Saleta ostatecznie odwiesił na kołku bokserskie rękawice i dziarskim krokiem wszedł do tak zwanego świata celebrities. W niewielkim jednak stopniu przypomina „sezonowe gwiazdy”. Na spotkanie wyznaczył klub Capoeira, gdzie na zajęcia przyprowadza młodszą córkę Nadię (7 lat).  Choć nie jest już zawodowym sportowcem, nadal intensywnie ćwiczy. Swoją pasją próbuje zarazić córki, dla których wreszcie ma więcej czasu.

- Nie obawiasz się, że zaczniesz przekładać swoje sportowe ambicje na córki?


- Nie chcę dzieci do czegokolwiek zmuszać. Uważam, że w życiu trzeba robić to, co się lubi. Najważniejsze żeby to „coś” znaleźć. Starsza córka Nicole ma 15 lat. Faktycznie chciałbym z nią trochę potrenować. Chciałbym sprzedać jej bakcyla sportu. Młodsza trenuje taniec.


- Sam jednak z kariery sportowej zrezygnowałeś. Czy w momencie podjęcia tej decyzji miałeś czas zawieszenia, pytanie co dalej?


- Nie. W 2005 roku przeprowadziłem się do Stanów Zjednoczonych. Rok później przyleciałem do Polski, żeby zobaczyć się z dziećmi i tak tu „utknąłem”. Szczególnie młodsza córka, mimo że mnie odwiedzała, bardzo przeżywała tę rozłąkę. Brakowało codziennego kontaktu. To był chyba decydujący powód zostania na stałe. Dostałem propozycję objęcia stanowiska redaktora naczelnego pisma „Gentleman”. Decyzja o pozostaniu w Polsce, była właściwie jednocześnie decyzją o zakończeniu kariery sportowej.


- Nie miałeś jednak sprecyzowanego planu na przyszłość?


- Często, kiedy spotykam się z młodzieżą i rozmawiamy o sporcie, mówię o różnych wartościach, które daje sport. To nie jest tylko złoty medal olimpijski. Umówmy się, że niewielu sportowcom dane jest go zdobyć. Sport to również możliwość zwiedzenia świata. Tłumaczę dzieciakom, że jak człowiek ma talent, to warto nad nim pracować. Nawet, jeśli dziś nie mamy szans pełnego rozwinięcia tego daru, to dzięki konsekwencji i uporowi, kiedyś na pewno, ktoś poda nam rękę. Ja na początku trenowałem kick boxing zupełnie samodzielnie, nie bardzo mając o tym pojęcie. Kiedy przeniosłem się do Warszawy, żeby rozpocząć studia na politechnice, to o wyborze uczelni zadecydował argument, że był tam najmocniejszy klub kick boxingu w Polsce - SKK Politechnika Warszawska. Tak się zaczęło. Znalazłem trenera, który mnie docenił i wkrótce w kick boxingu sporo namieszałem.


- Dwa lata temu oświadczyłeś, że nastąpił definitywny koniec pewnego etapu w twoim życiu. Chcąc nie chcąc ze świata sportu przeniosłeś się w świat celebrities. Zacząłeś pojawiać się w prasie brukowej i portalach plotkarskich.


- Gdy w 1992 roku wyemigrowałem do USA, bo w kraju nie było boksu zawodowego, media funkcjonowały zupełnie inaczej. Były dwa kanały telewizyjne i tyle. Ale gdy po czterech latach wróciłem do kraju sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Pojawiły się stacje komercyjne, a także pierwsze kolorowe magazyny. Z marszu w to wszystko wskoczyłem.


- W tym przełomowym dla ciebie 2007 roku zostałeś redaktorem pisma „Gentleman”, później był udział w programie „Gwiazdy Tańczą na Lodzie”, byłeś jurorem w „Gwiezdnym Cyrku” - w mediach było cię naprawdę dużo.


- Akurat tak wyszło. W moim zawodzie jest tak, że nasilenie pracy w oparciu nazwisko po prostu jest czasami większe. Gdzieś tam się człowiek pozytywnie wychyli, to chętniej jest wykorzystywany, aż do momentu, w którym następuje przesyt. Wtedy się odpuszcza. Tak to wygląda.


- Jak się czujesz w świecie mediów?


- Na bankietach mnie raczej nie zobaczysz. Niespecjalnie za tym przepadam. Wstaję o szóstej rano, więc nie chcę zarywać nocy (śmiech). Poza tym nie lubię spędzać czasu w przypadkowym towarzystwie. Natomiast rozpoznawalność... Nie narzekam, ponieważ się tym nie przejmuję. Jeżeli na siłę siebie promujesz, to jesteś w takim samym stopniu niewolnikiem, jak wtedy, kiedy na siłę coś ukrywasz. Prowadzę życie takie jak chcę. Oczywiście, że z punktu widzenia wielu osób płacę za to jakąś cenę.


- Masz grubą skórę i duży dystans?


- Trochę z winy tabloidów. W 2005 roku ponownie wyprowadziłem się do USA. Miałem dosyć. Nie rozmawiałem z kolorowymi magazynami na temat swojego życia prywatnego, więc pisali, co chcieli. Ja tego nie komentowałem, ani nie prostowałem. Problem polegał na tym, że moja córka miała 12 lat, a jej rówieśnicy słysząc różne rzeczy na temat taty nie szczędzili jej komentarzy. Dodatkowo moi rodzice mieszkają w małej miejscowości, więc też niespecjalnie wiedzieli, jak naprawdę moje życie wygląda. Czytali coś, co przynosił „uprzejmy” sąsiad. W efekcie moi bliscy denerwowali się i cierpieli bardziej niż ja.


- Koniec 2007 roku to przede wszystkim data operacji twojej córki. Zostałeś dawcą nerki.


- Mówiąc szczerze nawet specjalnie się nie zastanawiałem. Jedynym stresem było to, czy przejdę badania kwalifikacyjne do przeszczepu. To dosyć długi i restrykcyjny proces, a umówmy się, sport zawodowy nie jest najzdrowszym zajęciem. Kiedy robi się takie dokładne badania, to człowiek nie wie, co wyjdzie. A ja nie chciałem zawieść swojego dziecka. Badania trwały pół roku. Sprawa jeszcze się przedłużyła przez strajk pielęgniarek i lekarzy.


- No i nie obyło się bez komplikacji...


- Człowiek, to nie maszyna, zawsze może zdarzyć się nieprzewidywalne. No i u mnie tak się stało. To było coś, czego nikt nie potrafi wytłumaczyć, a przytrafia się raz na kilkadziesiąt tysięcy takich operacji. W pewnym momencie pojawiła się u mnie niewydolność oddechowa. Lekarze nie potrafili wytłumaczyć jej źródła. Żeby ustabilizować mój stan przez pewien czas utrzymywano mnie w stanie śpiączki klinicznej. Na szczęście wszystko wróciło do normy.


- Sprawa zrobiła się bardzo głośna. Przypadkowi ludzie zaczęli zgłaszać się do ciebie po porady. Czy teraz próbujesz dzielić się swoimi doświadczeniami?


- Staram się angażować we wszystkie akcje, które dotyczą transplantacji, ponieważ poznałem jej problemy. Największym jest brak świadomości społecznej. To on powoduje bezsensowny strach. Pozytywnym skutkiem moich komplikacji było to, że zaczęło się dużo mówić o przeszczepach. Mam nawet informację zwrotną ze szpitala, w którym byłem operowany, że wiele osób zgłasza się tam na badania poprzedzające transplantację. Powodem jest fakt, że ja tam byłem operowany, więc szpital musi być dobry (śmiech).


- Jak zmienił się twój tryb dnia po przeszczepie? Większy rygor, dieta?


- Z uwagi na komplikacje wyszedłem ze szpitala chudszy o prawie dwadzieścia kilo, przez co byłem bardzo słaby fizycznie. Nie przejmowałem się tym jednak szczególnie. Trochę wbrew zaleceniom lekarzy, zaplanowałem sobie treningi. Znam swój organizm i wiem jak ćwiczyć, żeby go nie przeciążyć. Zawsze się zdrowo odżywiałem, więc nie musiałem wprowadzać szczególnie drastycznych zmian w jadłospisie. Teraz intensywność treningu wróciła już do normy. Obecnie nie uprawiam sportu wyczynowo, więc trenuję dla siebie. Ale daję z siebie tyle ile mogę. W tym roku pobiegnę Maraton Warszawski. Dla mnie wakacje, to wyjazd do któregoś z centralnych ośrodków sportowych, gdzie trenuję dwa, trzy razy dziennie.


- Brzmi to jak wyznanie uzależnionego...


- Coś w tym jest. To przyzwyczajenie, z którego ciężko byłoby mi zrezygnować. Jak mi się zdarza pięć dni, w których nie mam czasu na trening, to po prostu źle się czuję.


- Od momentu zakończenia kariery masz pewnie więcej czasu dla rodziny?


- Historia ze śpiączką nauczyła mnie, że trzeba korzystać z życia. Jutra może nie być. Z drugiej strony trzeba więcej czasu spędzać z osobami, na których ci zależy - to moje dzieci.


- Jak teraz rodzice reagują na „artykuły” w brukowcach?


- Trochę przywykli. Ostatnio zadzwoniłem do ojca i powiedziałem, że ścigam się na motocyklach, bo i tak by się dowiedział. Zapytał czy nie uważam, że przyszedł już czas, żeby trochę przysiąść i uspokoić się (śmiech).


- Rozumiem, że w najbliższym czasie nie zamierzasz osiedlić się w domku z ogródkiem?


- Jedynym stałym elementem w moim życiu są córki. Przeprowadzałem się kilkadziesiąt razy w życiu, ale potrzeby posiadania własnego mieszkania czy domu absolutnie nie mam.


- W takim wywiadzie zawsze musi pojawić się pytanie o najbliższe plany...


- Nie potrafię nawet powiedzieć, co będę robił za rok. Teraz przygotowuje projekt wyprawy motocyklowej po Australii. Prowadzę także swój program na Polsat Play.


- Nie myślałeś o tym, żeby zaangażować się w boks, jako działacz, trener?


- Nie przepadam za polityką. W boksie, tak jak w każdym sporcie są jakieś związki, więc jest i polityka, są układy itd. To, co kocham w tym sporcie, to indywidualizm. Wszystko zależy od ciebie. W „polityce bokserskiej” indywidualnie nic się nie da zrobić. To są układy i koneksje. Nigdy nie korciło mnie też, żeby zostać trenerem. Nie mam takiej cierpliwości. Poza tym trzeba mieć instynkt nauczyciela, ja go nie mam. Lubię pracować na własną rękę. Czas wolny przeplata się u mnie z pracą.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    troche szkoda, ze teraz blyszczy juz tylko jako celebryta

  • 2016-03-31 gość

    Hm, hmmm, naprawdę ciekawie wygląda ten pan na zdjęciu...