Marzenia „science fiction” - historia medycyny w pigułce

Do kategorii science-fiction należy marzenie, aby nie imały się nas żadne choroby. Powie ktoś: to marzenie ściętej głowy. Przecież ludzkość chorowała od zawsze. Co więcej, panuje opinia, że choroby będą nam towarzyszyć do końca świata. Rzecz tylko w tym, jakie choroby…

Czy zdarzyło się kiedyś Państwu pomarzyć o czymś, co do czego byliście przekonani, że jest całkiem niemożliwe? Że to kompletny absurd? Bo mnie tak. To bardzo ekscytująca sprawa, wyobraźnia aż buzuje od nadmiaru wariantów. Otóż zamarzyło mi się kiedyś, aby choć na chwilę, na krótki czas przenieść wszelkie wody mórz i oceanów gdzieś w kosmos (tam jest dużo miejsca). Po co ten absurdalny zabieg? Ano po to, aby popatrzeć na ich dno. To musiałby być widok zarówno olśniewający, jak i chyba przerażający.

Popatrzeć – na przykład – na cmentarzysko lotniskowców zatopionych w czasie bitwy morskiej koło Midway na Pacyfiku i koło wyspy Guadalcanal z czasów II wojny światowej. Albo zobaczyć „zwłoki” zatopionego pancernika niemieckiego „Bismarck” na Atlantyku i gdzieś w pobliżu zatopionego krążownika HMS „Hood”, chlubę Brytyjskiej Marynarki Wojennej w służbie Jego Królewskiej Mości Jerzego VI. Nie mówiąc już o cmentarzyskach zatopionych okrętów i statków handlowych, zdążających w konwojach do Murmańska w czasie II wojny światowej za sprawą tzw. „wilczych stad” – niemieckich łodzi podwodnych. Ile tam na dnie na szlaku owym leży wszelkiego „dobra” do uśmiercania bliźniego!

Niedawna zaś próba odszukania naszego ORP „Orzeł”, zatopionego gdzieś na Morzu Północnym, nie przyniosła żadnego efektu. A szkoda! A co dopiero mówić o skarbach spoczywających na dnie mórz od setek i tysięcy lat. W tym przypadku prasa co rusz (zwłaszcza w sezonie ogórkowym) karmi czytelników relacjami o takich skarbach, np. na dnie Adriatyku, informując zachęcająco, że „przybrzeżne wody Chorwacji to raj dla archeologów i amatorów nurkowania” („Gazeta Wyborcza” z 16.06. 2009 r.). A znaleźć tam można „kamienne sarkofagi, szczątki statków sprzed tysięcy lat, ruiny rzymskich willi i budowli portowych” (tamże).

Zaledwie w tydzień później, w tej samej gazecie (z 20-21.06.2009 r.) pojawiła się sensacyjna opowieść o „La Mercedes”, zatopionej w 1804 r. w pobliżu Przylądka Santa Maria, w drodze do Kadyksu, z ogromnymi skarbami (monety, kosztowności, różne pachnidła i inne dobra). I zobaczyć to wszystko gołym okiem, bez skafandra czy innego batyskafu. A propos tego ostatniego „sprzętu”: za jego pomocą 23 stycznia 1960 r. dwóm śmiałkom – sierżantowi marynarki wojennej USA Don Walshowi i Jacques’owi Piccardowi – udało się obejrzeć głęboką – około 11 km od powierzchni wody – szczelinę na wschód od Japonii, nazwaną Rowem Mariańskim. Według Piccarda dno rowu było „czyste i przejrzyste, pokryte mułem z obumarłych krzemków”. Zobaczyć to – i wszystko inne – gołym okiem, to byłoby coś!

Ale cóż, to absurdalne marzenia, prawdziwe science-fiction. Oczywiście, nie można liczyć na to, że morza i oceany same rozstąpią się, aby pokazać ciekawskim ukryte na dnie tajemnice. Choć… był taki przypadek opisany w Starym Testamencie. Było to jednak bardzo dawno temu.

Ale dość tych morskich i science-fiction rozważań. Zapytacie Państwo, a co to ma wspólnego z medycyną? Właściwie nie ma nic wspólnego – może poza jedną sprawą – samego science-fiction. Do kategorii science-fiction należy marzenie, aby nie imały się nas żadne choroby. Powie ktoś: to marzenie ściętej głowy. Przecież ludzkość chorowała od zawsze. Co więcej, panuje opinia, że choroby będą nam towarzyszyć aż do końca świata. Rzecz tylko w tym, jakie choroby.

Bo i choroby przez wieki zmieniały się: jedne potężniały z upływem wieków, jak czarna ospa, dżuma, choroby weneryczne, trąd, cholera – zanim znaleziono nań skuteczne lekarstwo. Choć były i takie, na które w minionych wiekach nie znaleziono żadnego remedium, a jednak choroba… zniknęła na zawsze. Kto dziś wie (może poza historykami medycyny), że parę stuleci temu Europę gnębiły groźne „poty angielskie” (sudor anglicus), nazwane tak, gdyż pojawiły się w Anglii po raz pierwszy w 1486 r. Choroba ta miała kilka nawrotów w latach 1507, 1518, 1529 i po raz ostatni w 1551 r. Z wyjątkową gwałtownością szerzyła się w 1529 r., zabierając wiele tysięcy ofiar. Objawiała się występowaniem wysokiej gorączki, dreszczami, kołataniem serca, bólem głowy, mrowieniem skóry, nieprzyjemnym fetorem z ust, a kończyła się zlewnymi potami i najczęściej zejściem śmiertelnym. Co istotne i zagadkowe – nigdy nie udało się stwierdzić przyczyn jej powstania. Czy może się nagle pojawić znowu? Nie ma na to konkretnej odpowiedzi.

Pokonano zaś wiele innych groźnych chorób (niektóre wymieniłem powyżej), a to za sprawą całej plejady uczonych badaczy, których nie sposób wymienić, niemniej najbardziej świecą nazwiska Ludwika Pasteura (wynalazł szczepionkę przeciwko wściekliźnie), Paula Ehrlicha (lek przeciw kile) czy Aleksandra Fleminga (odkrywcę pierwszego antybiotyku – penicyliny). Penicylina była jeszcze nie tak dawno lekiem niemal na wszystko, jak ów teriak wymyślony przez Andromacha w I wieku n.e., który dotrwał do początków XX w. (we Francji). Dziś lekarze do penicyliny podchodzą z dużą rezerwą i raczej unikają jej, żeby nie posłać pacjenta na łono Abrahama (chodzi o wstrząs anafilaktyczny, często niebezpieczny dla człowieka).

Co zaś najgorsze, ludzkość nadal walczy z wieloma innymi chorobami, na które nie ma lekarstwa, jak choćby choroby nowotworowe, AIDS, HIV, zakażenie wirusem Ebola i najświeższa światowa sensacja – wirus AH1N1. Czy ten ostatni da się we znaki, jak ta hiszpanka z lat 1918-1919, grypa rozpoczęta w Hiszpanii, która rozprzestrzeniła się na inne kraje europejskie, powodując około 20 mln ofiar śmiertelnych? Któż to może wiedzieć? Wiara, że człowiek kiedyś pozbędzie się chorób wszelakich jest mrzonką. I właśnie marzeniem w rodzaju science-fiction.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze