Martwe ożywia. Morze Martwe leczy wiele chorób

To najzdrowsze miejsce na Ziemi!  Słońce jest tu wyjątkowo bezpieczne, woda i błoto pełne drogocennych pierwiastków,  a powietrze nasycone tlenem jak nigdzie indziej na świecie. Morze Martwe potrafi czynić z naszym ciałem (i duszą) cuda!

Sugar

Niegdyś wierzono, że opary unoszące się nad Morzem Martwym są tak trujące, że nad wodą nie mogą przelatywać ptaki. Tak naprawdę wynikało to z braku pokarmu – w tej słonej wodzie (30 proc. zasolenia!) nie ma roślin, ryb i niemal całkiem pozbawiona jest ona bakterii (jest tu ich tylko 11 gatunków). Dziś wiadomo, że Morze Martwe to prawdziwy cudotwórca, który świetnie radzi sobie z chorobami skóry i stawów (łuszczyca, atopowe zapalenie skóry, reumatyzm), a także astmą, chorobami układu oddechowego, chorobami serca i skołatanymi nerwami. Jeśli do tego dodać 332 słoneczne dni w roku, atrakcje turystyczne zarówno po stronie izraelskiej, jak i jordańskiej, świetną kuchnię i miejscową gościnność, wychodzi miejsce idealne na wypoczynek.


Zupa z pierwiastków

Ciało szczelnie zasłaniają tu wyłącznie pobożne muzułmanki i ortodoksyjni żydzi. Nad Morzem Martwym długie rękawy i golfy, do których przyzwyczaiły się osoby z chorobami skóry, idą na dno walizki. Po pierwsze, nikogo tu takie zmiany skórne nie dziwią (zwłaszcza w ośrodkach, które nastawiają się na kuracjuszy z dolegliwościami dermatologicznymi), a po drugie... szkoda słońca! To nad Morzem Martwym jest najbezpieczniejsze na świecie. Wszystko przez depresję, która wynosi tu aż 400 metrów poniżej poziomu morza, co oznacza, że miejsce to jest najniżej znajdującym się punktem na Ziemi. Intensywne parowanie wody, gęstość atmosfery i grubsza niż wszędzie indziej warstwa ozonowa zapewniają naturalną ochronę przed działaniem promieni UVB. Helioterapia, czyli naświetlanie skóry promieniami UVB jest częścią leczenia w przypadku osób z łuszczycą. Można opalać się dłuższy czas, bez obawy wystąpienia poparzeń.

Słońce ma tu w walce o zdrowie wielu pomocników. Przede wszystkim niezwykłą wodę, cenne w minerały błoto, a także krystalicznie czyste powietrze. W okolicy nie ma żadnego przemysłu, ale co ważniejsze, dzięki tak dużej depresji powietrze zawiera nawet 15 proc. więcej tlenu niż na poziomie Morza Śródziemnego. Dlatego tak dobrze czują się tu chorzy na serce, a także alergicy i astmatycy. Ci, którzy przebywają w tym regionie dłużej, często na dobre odstawiają leki. Nad Morzem Martwym panuje specyficzny mikroklimat. Jest sucho i ciepło, ale nie upalnie. Zimą temperatura wynosi 20-23 stopnie C. Latem nie przekracza 30 stopni C.

Każdy, kto się zanurzył w Morzu Martwym, jest zwykle zaskoczony jego konsystencją. Bo to nie tyle morze, co gęsta, ciepła i bardzo słona zupa. Zupa pełna drogocennych pierwiastków. W porównaniu z przeciętną wodą morską zawiera 20 razy więcej bromku, 15 razy więcej magnezu i 10 razy więcej jodu. Bromek ma właściwości łagodzące, a magnez ma korzystny wpływ na dolegliwości alergiczne oraz zdrowie psychiczne. Kąpiel w Morzu Martwym jest nie tylko fascynującą lekcją fizyki („ciało zanurzone w cieczy…”), ale także zabiegiem kosmetycznym, który rewelacyjnie działa na skórę. Po wyjściu z wody i opłukaniu się pod prysznicem czujemy, że skóra jest przyjemnie napięta i nawilżona. W przypadku osób z łuszczycą efekty są jeszcze bardziej zdumiewające. U 90 proc. zaobserwowano znaczną zmianę, a u blisko 50 proc. całkowite cofnięcie się objawów. Okres remisji po przebytej kuracji trwa około pół roku, a nawroty są mniej uciążliwe.


Wszystkie drogi prowadzą do Petry

Morze Martwe ma powierzchnię ok. 920 km2, szerokość 18 km i długość 65 km. Po hebrajsku nazywa się Yam Ha Melah, czyli Morze Słone, a po arabsku Bahr Lut, czyli Morze Lota. Po obu stronach znajdują się ośrodki wypoczynkowe. Te najbardziej znane to Ein Gedi (z darmowym wejściem na plażę, ściąga głównie plecakowców z całego świata), Ein Bokek (raczej dla zamożnych kuracjuszy), Hammay Zohar. Generalnie zasada jest prosta – im więcej błota na plaży, tym drożej trzeba płacić. Wizyta na plaży Kalia po stronie izraelskiej kosztuje 35 szekli (koło 25 złotych), można się smarować tam błotem dowoli. Po stronie jordańskiej najsłynniejsza jest prywatna plaża Amman, na północno-wschodnim brzegu. Jest jednak dość droga – 12 dinarów (koło 45 złotych), ale wyposażona w różne luksusy. Można oczywiście skorzystać także z plaż publicznych, darmowych, ale zazwyczaj błota tam niewiele. Poza tym, zwłaszcza po jordańskiej stronie, panuje na nich muzułmańska obyczajowość. Muzułmanki pojawiają się na nich zazwyczaj ubrane od stóp do głów, tak też się kąpią. Nic dziwnego, że kobieta ubrana w trzy małe trójkąty wciąż często budzi spore zainteresowanie.

Którą stronę Morza Martwego wybrać? Oba kraje mają poza Morzem Martwym mnóstwo do zaoferowania i to w odległości godziny czy dwóch jazdy samochodem. W Jordanii największą atrakcją turystyczną (i jednym z siedmiu nowych cudów świata) jest Petra. Miasto wykute w różowej skale przez Nabatejczyków liczy sobie 1300 lat. Wtedy było prężnym ośrodkiem, do którego zjeżdżali kupcy z całego regionu. Petra wciąż swoim pięknem przyćmiewa większość znanych nam ruin rzymskich czy greckich. To tu Steven Spielberg kręcił zdjęcia do filmu „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. Większość turystów zostaje tu tylko kilka godzin, ogląda skarbiec, amfiteatr i wraca do hotelu. Warto zostać jednak cały dzień i na własną rękę odkrywać ogromne miasto, z jego dawnymi łaźniami, sklepami czy grobowcami. Jeszcze w latach 50. Petra była zamieszkana przez beduinów. Dziś to oni mają prawo do handlowania pamiątkami i prowadzenia niewielkich kawiarenek. Inne turystyczne atrakcje Jordanii to wielobarwna Wadi Rum, ponoć najpiękniejsza pustynia na świecie. Słynie z samotnych gór, które wyglądają jak babki z piasku zrobione przez olbrzyma. Zwiedzić można także chrześcijański klasztor na górze Nebo, z której Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną, a także miejsce chrztu Jezusa. Do zobaczenia także po drugiej, izraelskiej stronie rzeki Jordan.


Nowe życie w Jerozolimie

Bliski Wschód to fascynujące miejsce, zwłaszcza dla tych, którzy interesują się historią i religią. W Izraelu najwięcej turystów i pielgrzymów przybywa oczywiście do Jerozolimy, świętego miasta trzech religii monoteistycznych. W czasie Wielkanocy miasto staje się prawdziwym światem chrześcijaństwa w pigułce. Przyjeżdżają tu wierni wszystkich niemal obrządków, także tych najstarszych i najbardziej egzotycznych, jak syryjski, ormiański, etiopski. W tym roku Wielkanoc katolicka i protestancka wypada w tym samym czasie. Od Wielkiego Czwartku do Niedzieli Zmartwychwstania stara część Jerozolimy przeżyje prawdziwy najazd pielgrzymów.

Zmieniające się języki nabożeństw, różne tradycje i zwyczaje wielkanocne. W Bazylice Grobu Pańskiego widać to najlepiej. W Wielki Czwartek franciszkanie prowadzą procesję do Wieczernika na górze Syjon. Tam też odbywa się uroczysta ceremonia obmycia nóg w opactwie benedyktynów. O poranku w Wielki Piątek grupy wiernych idą Via Dolorosa, czyli drogą krzyżową Chrystusa. Od kilku lat pielgrzymi ze Stanów Zjednoczonych odtwarzają tę drogę w kostiumach z epoki. Są więc i rzymscy żołnierze, i opłakujące Jezusa kobiety w długich strojach. W piątek na ulicach Starego Miasta jest wyjątkowo tłoczno, bo oprócz modlących się chrześcijan, są tu także zmierzający na modlitwę piątkową na Wzgórze Świątynne muzułmanie oraz spieszący pod Ścianę Płaczu pobożni żydzi.

W Wielką Sobotę przybywają tłumnie prawosławni. Każdy z nich ma świecę, którą chce zapalić od ognia płonącego w Bazylice. Wierni niosą go do innych kościołów, samochody przewożą go na lotnisko, skąd zabierany jest do Grecji, Serbii czy Rosji. Wtedy też nie tylko katolicy, ale także wierni niektórych obrządków wschodnich idą do swoich kościołów ze święconkami. A potem Jerozolimę ogarnia radość Wielkiej Nocy! Mało kto śpi. Wiele osób śpiewa, i co tu kryć, próbuje zagłuszyć chóry innych Kościołów. Rano po Starym Mieście biegają pomalowane na kolorowo kurczaki. To zwyczaj bliskowschodni. I znak nowego życia.

Niegdyś wierzono, że opary unoszące się nad Morzem Martwym są tak trujące, że nad wodą nie mogą przelatywać ptaki. Tak naprawdę wynikało to z braku pokarmu – w tej słonej wodzie (30 proc. zasolenia!) nie ma roślin, ryb i niemal całkiem pozbawiona jest ona bakterii (jest tu ich tylko 11 gatunków). Dziś wiadomo, że Morze Martwe to prawdziwy cudotwórca, który świetnie radzi sobie z chorobami skóry i stawów (łuszczyca, atopowe zapalenie skóry, reumatyzm), a także astmą, chorobami układu oddechowego, chorobami serca i skołatanymi nerwami. Jeśli do tego dodać 332 słoneczne dni w roku, atrakcje turystyczne zarówno po stronie izraelskiej, jak i jordańskiej, świetną kuchnię i miejscową gościnność, wychodzi miejsce idealne na wypoczynek.


Zupa z pierwiastków

Ciało szczelnie zasłaniają tu wyłącznie pobożne muzułmanki i ortodoksyjni żydzi. Nad Morzem Martwym długie rękawy i golfy, do których przyzwyczaiły się osoby z chorobami skóry, idą na dno walizki. Po pierwsze, nikogo tu takie zmiany skórne nie dziwią (zwłaszcza w ośrodkach, które nastawiają się na kuracjuszy z dolegliwościami dermatologicznymi), a po drugie... szkoda słońca! To nad Morzem Martwym jest najbezpieczniejsze na świecie. Wszystko przez depresję, która wynosi tu aż 400 metrów poniżej poziomu morza, co oznacza, że miejsce to jest najniżej znajdującym się punktem na Ziemi. Intensywne parowanie wody, gęstość atmosfery i grubsza niż wszędzie indziej warstwa ozonowa zapewniają naturalną ochronę przed działaniem promieni UVB. Helioterapia, czyli naświetlanie skóry promieniami UVB jest częścią leczenia w przypadku osób z łuszczycą. Można opalać się dłuższy czas, bez obawy wystąpienia poparzeń.

Słońce ma tu w walce o zdrowie wielu pomocników. Przede wszystkim niezwykłą wodę, cenne w minerały błoto, a także krystalicznie czyste powietrze. W okolicy nie ma żadnego przemysłu, ale co ważniejsze, dzięki tak dużej depresji powietrze zawiera nawet 15 proc. więcej tlenu niż na poziomie Morza Śródziemnego. Dlatego tak dobrze czują się tu chorzy na serce, a także alergicy i astmatycy. Ci, którzy przebywają w tym regionie dłużej, często na dobre odstawiają leki. Nad Morzem Martwym panuje specyficzny mikroklimat. Jest sucho i ciepło, ale nie upalnie. Zimą temperatura wynosi 20-23 stopnie C. Latem nie przekracza 30 stopni C.

Każdy, kto się zanurzył w Morzu Martwym, jest zwykle zaskoczony jego konsystencją. Bo to nie tyle morze, co gęsta, ciepła i bardzo słona zupa. Zupa pełna drogocennych pierwiastków. W porównaniu z przeciętną wodą morską zawiera 20 razy więcej bromku, 15 razy więcej magnezu i 10 razy więcej jodu. Bromek ma właściwości łagodzące, a magnez ma korzystny wpływ na dolegliwości alergiczne oraz zdrowie psychiczne. Kąpiel w Morzu Martwym jest nie tylko fascynującą lekcją fizyki („ciało zanurzone w cieczy…”), ale także zabiegiem kosmetycznym, który rewelacyjnie działa na skórę. Po wyjściu z wody i opłukaniu się pod prysznicem czujemy, że skóra jest przyjemnie napięta i nawilżona. W przypadku osób z łuszczycą efekty są jeszcze bardziej zdumiewające. U 90 proc. zaobserwowano znaczną zmianę, a u blisko 50 proc. całkowite cofnięcie się objawów. Okres remisji po przebytej kuracji trwa około pół roku, a nawroty są mniej uciążliwe.


Wszystkie drogi prowadzą do Petry

Morze Martwe ma powierzchnię ok. 920 km2, szerokość 18 km i długość 65 km. Po hebrajsku nazywa się Yam Ha Melah, czyli Morze Słone, a po arabsku Bahr Lut, czyli Morze Lota. Po obu stronach znajdują się ośrodki wypoczynkowe. Te najbardziej znane to Ein Gedi (z darmowym wejściem na plażę, ściąga głównie plecakowców z całego świata), Ein Bokek (raczej dla zamożnych kuracjuszy), Hammay Zohar. Generalnie zasada jest prosta – im więcej błota na plaży, tym drożej trzeba płacić. Wizyta na plaży Kalia po stronie izraelskiej kosztuje 35 szekli (koło 25 złotych), można się smarować tam błotem dowoli. Po stronie jordańskiej najsłynniejsza jest prywatna plaża Amman, na północno-wschodnim brzegu. Jest jednak dość droga – 12 dinarów (koło 45 złotych), ale wyposażona w różne luksusy. Można oczywiście skorzystać także z plaż publicznych, darmowych, ale zazwyczaj błota tam niewiele. Poza tym, zwłaszcza po jordańskiej stronie, panuje na nich muzułmańska obyczajowość. Muzułmanki pojawiają się na nich zazwyczaj ubrane od stóp do głów, tak też się kąpią. Nic dziwnego, że kobieta ubrana w trzy małe trójkąty wciąż często budzi spore zainteresowanie.

Którą stronę Morza Martwego wybrać? Oba kraje mają poza Morzem Martwym mnóstwo do zaoferowania i to w odległości godziny czy dwóch jazdy samochodem. W Jordanii największą atrakcją turystyczną (i jednym z siedmiu nowych cudów świata) jest Petra. Miasto wykute w różowej skale przez Nabatejczyków liczy sobie 1300 lat. Wtedy było prężnym ośrodkiem, do którego zjeżdżali kupcy z całego regionu. Petra wciąż swoim pięknem przyćmiewa większość znanych nam ruin rzymskich czy greckich. To tu Steven Spielberg kręcił zdjęcia do filmu „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. Większość turystów zostaje tu tylko kilka godzin, ogląda skarbiec, amfiteatr i wraca do hotelu. Warto zostać jednak cały dzień i na własną rękę odkrywać ogromne miasto, z jego dawnymi łaźniami, sklepami czy grobowcami. Jeszcze w latach 50. Petra była zamieszkana przez beduinów. Dziś to oni mają prawo do handlowania pamiątkami i prowadzenia niewielkich kawiarenek. Inne turystyczne atrakcje Jordanii to wielobarwna Wadi Rum, ponoć najpiękniejsza pustynia na świecie. Słynie z samotnych gór, które wyglądają jak babki z piasku zrobione przez olbrzyma. Zwiedzić można także chrześcijański klasztor na górze Nebo, z której Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną, a także miejsce chrztu Jezusa. Do zobaczenia także po drugiej, izraelskiej stronie rzeki Jordan.


Nowe życie w Jerozolimie

Bliski Wschód to fascynujące miejsce, zwłaszcza dla tych, którzy interesują się historią i religią. W Izraelu najwięcej turystów i pielgrzymów przybywa oczywiście do Jerozolimy, świętego miasta trzech religii monoteistycznych. W czasie Wielkanocy miasto staje się prawdziwym światem chrześcijaństwa w pigułce. Przyjeżdżają tu wierni wszystkich niemal obrządków, także tych najstarszych i najbardziej egzotycznych, jak syryjski, ormiański, etiopski. W tym roku Wielkanoc katolicka i protestancka wypada w tym samym czasie. Od Wielkiego Czwartku do Niedzieli Zmartwychwstania stara część Jerozolimy przeżyje prawdziwy najazd pielgrzymów.

Zmieniające się języki nabożeństw, różne tradycje i zwyczaje wielkanocne. W Bazylice Grobu Pańskiego widać to najlepiej. W Wielki Czwartek franciszkanie prowadzą procesję do Wieczernika na górze Syjon. Tam też odbywa się uroczysta ceremonia obmycia nóg w opactwie benedyktynów. O poranku w Wielki Piątek grupy wiernych idą Via Dolorosa, czyli drogą krzyżową Chrystusa. Od kilku lat pielgrzymi ze Stanów Zjednoczonych odtwarzają tę drogę w kostiumach z epoki. Są więc i rzymscy żołnierze, i opłakujące Jezusa kobiety w długich strojach. W piątek na ulicach Starego Miasta jest wyjątkowo tłoczno, bo oprócz modlących się chrześcijan, są tu także zmierzający na modlitwę piątkową na Wzgórze Świątynne muzułmanie oraz spieszący pod Ścianę Płaczu pobożni żydzi.

W Wielką Sobotę przybywają tłumnie prawosławni. Każdy z nich ma świecę, którą chce zapalić od ognia płonącego w Bazylice. Wierni niosą go do innych kościołów, samochody przewożą go na lotnisko, skąd zabierany jest do Grecji, Serbii czy Rosji. Wtedy też nie tylko katolicy, ale także wierni niektórych obrządków wschodnich idą do swoich kościołów ze święconkami. A potem Jerozolimę ogarnia radość Wielkiej Nocy! Mało kto śpi. Wiele osób śpiewa, i co tu kryć, próbuje zagłuszyć chóry innych Kościołów. Rano po Starym Mieście biegają pomalowane na kolorowo kurczaki. To zwyczaj bliskowschodni. I znak nowego życia.

Autor: Anita Czech

Komentarze