Mam wysokie wymagania wobec siebie – olga bończyk

"Maluję tylko dla siebie, więc nie spieszę się i nie przejmuję tym, czy dany obraz spodoba się innym. W ten sposób sprawdzam siebie na zupełnie innym, ale też artystycznym polu." Rozmowa z aktorką Olgą Bończyk.

- Już od 8 lat w serialu telewizyjnym „Na dobre i na złe" gra Pani postać Edyty Kuszyńskiej, anestezjologa na oddziale medycznym. Jak to jest - przez tyle lat wcielać się w jedną postać?


To bardzo ciekawe zajęcie, ponieważ nigdy nie znam dalszych losów granej przeze mnie postaci. Scenarzyści utrzymują to przede mną w tajemnicy. W związku z tym każdy scenariusz nowego odcinka, który dostaję do zagrania jest dla mnie okazją do zajrzenia, w przyszłość Edyty. To jakbym otwierała kolejny rozdział książki, którego jeszcze nie czytałam. Edyta przeszła dość dużą metamorfozę - początkowo była to kobieta silna, mocna, zaborcza, może nawet kontrowersyjna. Moim zdaniem zmieniła się w osobę trochę miałką i nijaką. Z tego powodu mam nieco żalu do scenarzystów, :e złagodzili charakter tej postaci, ale może jeszcze Edyta się zmieni. Wciąż czekam na we pomysły związane z jej losami.


- Zdarza się, że ludzie kojarzą Panią z rolą anestezjologa, zapominając, że to jest tylko fikcyjna postać, i proszą Panią o porady medyczne?


Widzowie bardzo często zwracają się do mnie „pani Edyto" To się zdarza zarówno na ulicy, jak i nawet na planie filmowym. Na szczęście bardzo rzadko ktoś mnie prosi o porady lekarskie. Może dzieje się tak dlatego, że nie każdy wie dokładnie, czym się zajmuje Edyta. Nie jest internistą ani chirurgiem, a ludzie chyba nie mają pewności czy anestezjolog mógłby np. wypisywać recepty. Anestezjolodzy przecież usypiają do operacji, czuwając przez
cały czas nad ogólnym stanem pacjenta, a kiedy jest już po zabiegu, muszą go wybudzić. Kiedyś ktoś mnie zapytał: „Pani Edyto, czy mogłaby mi Pani udzielić porady medycznej?" odpowiedziałam, że „niestety nie udzielam porad, ale za to fantastycznie usypiam. Gorzej jeszcze mi idzie z wybudzaniem, ale wciąż się uczę..." To, oczywiście, żart, ale zazwyczaj staram się unikać rozmów na tematy medyczne. Nie jestem przecież w tej dziedzinie ekspertem.


- Jako aktorka musi Pani być zawsze w formie. Mamy teraz jesień. Czy ma Pani jakieś sprawdzone sposoby na wzmocnienie organizmu i ochronę przed infekcjami?


Wierzę, że gdy dba się o organizm przez cały rok, to będzie on dobrze służył przez długi czas. Myślę o nim, jak o spójnej całości i troszczę się o niego zawsze tak samo, niezależnie od pory roku. W ciągu całego życia nauczyłam się, co mój organizm akceptuje i co się w jego przypadku zawsze sprawdza. Staram się dość racjonalnie odżywiać. Rano zawsze wypijam szklankę gorącej wody z cytryną. Wierzę, że zawarta w soku witamina C, podawana codziennie w takich homeopatycznych dawkach, utrzymuje mnie w dobrym zdrowiu. Dzięki temu mój organizm fantastycznie radzi sobie z różnymi infekcjami. Choć to wcale nie znaczy, że w ogóle nie choruję. Jeśli jednak pojawia się np. epidemia grypy i ogarnia całą Polskę, to u mnie zwykle kończy się katarem albo lekkim przeziębieniem.


- Czy mogłaby Pani zdradzić naszym czytelnikom, jak dba o swoją kondycję? Przecież praca, którą Pani wykonuje, jest bardzo wyczerpująca.


Często nie mam na to czasu. Na szczęście latem mam mniej zajęć i mogę oddać się sportowi, który lubię. Mieszkam blisko Lasku Kabackiego i - kiedy tylko mogę - przynajmniej godzinkę dziennie jeżdżę na rowerze. Mam świadomość, że kiedy przyjdzie jesień i zima, będę miała więcej pracy i wtedy sobie na to nie pozwolę. Jestem zmarzluchem, więc zimowe sporty nie są dla mnie. Wówczas dbam o mądre odżywianie. Staram się kontrolować wagę i nie popadać w skrajności.


- Od kilkunastu lat użycza Pani głosu różnym filmowym postaciom. Czym dla Pani jest dubbing, jaki to jest rodzaj pracy?


Moja przygoda z dubbingiem zaczęła się w 1995 roku, kiedy przeprowadziłam się do Warszawy. Przez pięć lat była to moja główna praca, która pozwoliła mi na poznanie zawodu aktorskiego z zupełnie innej strony. W szkołach nie uczy się dubbingu. Na scenie czy w filmie, kiedy śpiewam piosenki, mam do dyspozycji wiele różnych technik warsztatowych: mimikę, gesty, kostium, rekwizyty, światła, dzięki, którymi mogę budować nastrój i wyrażać emocje. W dubbingu do dyspozycji mam tylko swój głos i za jego pomocą muszę wykreować i uwiarygodnić daną postać. Czasami jest to łatwiejsze, np. w wysokobudżetowych filmach rysunkowych, gdzie postaci są bardzo pięknie i plastycznie narysowane. Jednak są też takie filmy, w których mam tylko kukiełki, które jedynie otwierają usta. Wtedy od tego, na ile będę potrafiła ożywić tę postać, zależy, jak będzie odebrana. Jest to często praca anonimowa, ale uczy warsztatu. W ten sposób zdobywa się umiejętność interpretowania kwestii i panowania nad swoim głosem. Bardzo wielu nawet wielkich aktorów poddało się przy dubbingu. Okazuje się bowiem, że bez rekwizytów, kostiumu, świateł nie potrafią wykreować postaci samym głosem.

Jest też wielu artystów, którzy niekoniecznie sprawdzają się na scenie teatralnej, natomiast fantastycznie radzą sobie w dubbingowanych filmach, bo mogą się schować za rysunkowymi postaciami, dzięki czemu mają więcej odwagi. Nie ukrywam, że te kilka lat spędzonych w studiu przed mikrofonem bardzo wiele mi dało. Dzięki temu łatwiej mi było grać później w teatrze czy filmie. Dubbing był jeszcze jedną lekcją już po skończeniu szkoły.


- Dlaczego zdecydowała się Pani zostać aktorką?


Od momentu, w którym poszłam do szkoły muzycznej, pragnęłam pracować na scenie. Nie wyobrażałam sobie, żeby moje życie mogło potoczyć się inaczej. Chciałam być aktorką i śpiewać. To były dwa cele, które zamierzałam w swoim życiu zrealizować. Choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak to zrobić. Ale marzenia, które miałam i bardzo w nie wierzyłam, starałam się wprowadzić w życie. Kiedy napisałam maturę i ode mnie zależało, którą drogą pójdę i jakie podejmę decyzję, wybrałam właśnie aktorstwo. To, że dziś jestem aktorką i koncertuję, jest spełnieniem moich dziecięcych pragnień. Czasami myślę o tym, co by było, gdyby los potoczył się inaczej, próbuję wymyślić dla siebie jakieś inne rozwiązania, ale z trudem mi to przychodzi.


- Występowała Pani na szkolnych akademiach?


Tak, w szkole muzycznej każdy uczeń obowiązkowo musi w ciągu roku zagrać kilka popisów, koncertów, egzaminów technicznych, półrocznych i końcowych. Co chwilę musieliśmy stawać na scenie. Do tego dochodziły konkursy i gigantyczny stres z nimi związany. Już od szóstego roku życia przyzwyczajałam się do tego, że gram na scenie i ktoś mnie słucha. Trwa to nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Zaraz po maturze dostałam się do zespołu Spirituals Singers Band i miałam przyjemność pracować na scenie jako wokalistka. Dzięki temu rozpoczęłam swoje spotkania z publicznością, która nagradzała mnie brawami. To było dużo przyjemniejsze niż bycie ocenianym w szkole.


- Z tym zespołem spędziła Pani aż dziewięć lat. Jak podsumowałaby Pani ten okres?


Weszłam w nowe środowisko i nagle stałam się osobą, która koncertuje na prestiżowych festiwalach. To było dla mnie jak wiatr w plecy. Stałam się wtedy artystką występującą na scenach w kraju i za granicą. Wyjeżdżałam z Polski w czasach, kiedy było to skomplikowane, bo np. po każdym powrocie paszporty trzeba było oddawać do urzędów paszportowych. My przekraczaliśmy granicę zachodnią czasami kilkanaście razy w roku. To był przywilej bardzo niewielu osób. Zdobywałam wtedy bardzo ważne dla siebie doświadczenie, które stało się później gigantycznym bagażem umiejętności wokalnych i scenicznych. Te ostatnie dzisiaj procentują. To był początek mojej pracy zawodowej.


- Śpiewanie jest stale obecne w Pani życiu. Co decyduje o doborze repertuaru?


Decyduje o tym mój gust i wrażliwość muzyczna, która opiera się na muzyce poważnej. Mam wysokie wymagania wobec siebie, słuchacza i muzyków, z którymi pracuję. Czasami mam smutne wrażenie, że to uniemożliwia niektóre moje działania artystyczne na polu estradowym. Dziś łatwiej wypromować tandetną piosenkę, którą śpiewa sezonowa gwiazdka, niż zainteresować się wartościowymi wykonawcami, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia, tworząc piękne piosenki z mądrymi tekstami. Ale widać czasy Kofty, Młynarskiego i Osieckiej bezpowrotnie minęły. Młodzi ludzie karmieni są zachodnią papką muzyczną i martwię się, że trudno będzie im zaproponować cokolwiek innego, bardziej wartościowego. Cieszę się, że mogę uprawiać nietuzinkową muzykę na wysokim poziomie. Wolę podnosić sobie poprzeczkę niż zniżać się do tego, co dziś jest serwowane w każdej stacji radiowej.

Czasem mój menedżer prosi mnie, żebym spróbowała znaleźć w tym wszystkim złoty środek. Myślę, że nie uprawiam bardzo trudnej muzyki. Dla moich piosenek wybieram swingową stylizację, która w moim przekonaniu jest lekka i przyjemna, ale wiem, że nie wszyscy mają podobne zdanie. Nie dyskutuję o gustach innych osób - myślę, że dla każdego artysty jest miejsce na naszym rynku. Zależy mi na tym, żeby słuchacz, który sięgnie po moją płytę, czuł, że styka się z czymś pięknym i delikatnym. Nie ukrywam, że zawsze marzę o tym, by po koncercie usłyszeć, że mój występ był dla kogoś przeżyciem. Często tak właśnie jest, choć mam świadomość, że nie wybrałam łatwej drogi. Piosenki, które można usłyszeć na moim koncercie, są dla wymagającej publiczności.


- Czy to znaczy, że słucha Pani tej samej muzyki, którą wybiera Pani do swojego repertuaru?


Zdecydowanie tak. Sprawiając przyjemność innym, sama także chcę się cieszyć z tego, co robię. Staram się żyć i szukać swojej artystycznej drogi poprzez poszukiwanie piękna w sobie i przez siebie. Chciałabym pokazywać swoją wrażliwość przez wykonywane piosenki. Do tej pory sięgałam po cudze utwory i przerabiałam je na swój sposób. W tej chwili przygotowuję materiał na płytę autorską. Specjalnie dla mnie została napisana muzyka, a do wieiu piosenek sama napisałam teksty. Wierzę, że przypadną do gustu moim słuchaczom.


- Co zadecydowało o Pani przeniesieniu się z Wrocławia do Warszawy?


To było w 1995 roku, zaraz po moich studiach. W Warszawie widziałam dla siebie wiele dróg rozwoju, których we Wrocławiu nie było i nie ma do dziś. Chciałam mieć większe możliwości. Ta decyzja wiązała się z dużym ryzykiem. Wtedy - po wielu latach śpiewania w zespole - miałam we Wrocławiu ugruntowaną pozycję. Czułam, że artystycznie stoję mocno na nogach. Wszystko jednak rzuciłam, by w Warszawie zacząć od zera, pod nowym nazwiskiem, jako Olga Bończyk. W stolicy nikt nie wiedział, że śpiewam i mam już spory bagaż doświadczeń artystycznych. Zależało mi na tym, żeby tu rozpocząć karierę aktorską i ewentualnie od czasu do czasu coś zaśpiewać. Warszawa stała się dla mnie trampoliną i nie żałuję swojej decyzji. Wrocław jest nieporównywalnie piękniejszym miastem, ale jednak to dzięki stolicy spełniłam swoje marzenia. Dałam sobie szansę.



- Jest Pani związana z projektem „Dźwięki marzeń" Na czym polega funkcja ambasadorki, którą Pani pełni?


Jest to dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Od trzech lat współpracuję z Fundacją TP, która stworzyła ten program. Moja rola polega na medialnym informowaniu o istnieniu tego programu i uświadamianiu, jak ważne są pierwsze lata w rehabilitacji maluchów, które urodziły się z wadą słuchu. Fundacja obejmuje swoją pomocą każde dziecko, które zostanie zgłoszone do programu. Obecnie jest dwanaście Banków Aparatów Słuchowych, które są nieodpłatnie wypożyczane. Pracuje kilkuset rehabilitantów dojeżdżających do domów, a kolejni są już szkoleni.

Zakwalifikowane dzieci mają wszczepiane implanty ślimakowe. Co roku odbywają się obozy rehabilitacyjne dla maluchów i ich opiekunów. Wszystkie informacje można uzyskać na stronie internetowej www.dzwiekimarzen.pl lub pod bezpłatnym numerem: 0 800 480 044. Regularnie spotykam się z dziećmi na obozach rehabilitacyjnych i widzę, że robią postępy. Niektóre z nich już po trzech latach zupełnie nieźle słyszą. Według mnie jest to fenomenalny program, który już dzisiaj przynosi bardzo dobre efekty. Bardzo się cieszę, że mogę w tym projekcie uczestniczyć.
Nigdy nie jest tak, że coś się przegrało już na zawsze.


- Czy udało się Pani gdzieś wykorzystać to, że biegle posługuje się Pani językiem migowym?


Tak, nawet w serialu „Na dobre i na złe" wykorzystano kiedyś tę umiejętność. Był to odcinek o niesłyszącym chłopcu, który trafił do szpitala po wypadku. Lekarze nie potrafili się z nim porozumieć. Edyta - czyli postać, którą gram - zaczęła do niego migać. Dzięki temu udało się z nim nawiązać kontakt. Był to bardzo wzruszający odcinek i wiem, że wśród osób niesłyszących odbił się pozytywnym echem. To środowisko poczuło się dowartościowane i zauważone. Chłopiec, który zagrał w tym epizodzie, naprawdę był niesłyszący i dlatego był bardzo wiarygodny.


- Co daje Pani pasja malowania?


Przede wszystkim wyciszenie. Jest to wejście w zupełnie inny świat. Twierdzę jednak, że nie umiem malować, choć może przeczą temu moje obrazy. Maluję tylko dla siebie, więc nie spieszę się i nie przejmuję tym, czy dany obraz spodoba się innym. W ten sposób sprawdzam siebie na zupełnie innym, ale też artystycznym polu. Wiele z tych obrazów wisi u mnie na ścianie. Staram się nie malować na zamówienie. Po co? Wolę to robić bez pośpiechu i presji.


- Podobno uwielbia Pani włoską kuchnię i toskańskie klimaty. Co Panią urzeka w tych rejonach?


Toskania jest miejscem skąpanym w czarownym, gorącym słońcu. Zawsze wieje tam przyjemny wiatr i choć jest bardzo ciepło - to dla mnie, jest to idealny klimat. Za każdym razem zachwyca mnie tamtejsza architektura, która pozostaje tradycyjna. Toskańskie jedzenie jest bardzo proste, potrafi być ciężkie lub lekkie, w zależności od tego, jak się je przygotuje. Z kilku zaledwie składników można zrobić przepyszne dania. U nas nie ma takich pomidorów, jak we Włoszech.

Co roku staram się jeździć do Toskanii i spędzać tam przynajmniej tydzień. Jest tam pięknie o każdej porze roku. Jesienią świętuje się winobranie, tłoczy najlepszą oliwę na świecie, a lato spędza się na korzystaniu ze słońca.


- Co jest dla Pani największym sukcesem, a co życiową porażką?


Największym sukcesem jest dla mnie spełnienie moich marzeń z dzieciństwa. Kiedy wstaję rano i jadę do teatru czy na koncert, jestem szczęśliwa, bo robię to, co zawsze chciałam. Udało mi się skorzystać z każdej nadarzającej się okazji, która mogła mnie zbliżyć do osiągnięcia mojego celu. Kiedy natomiast zdarzają mi się porażki, staram się z nich wyciągać wnioski i zmieniam je w pozytywy. Wierzę w to, że potknięcia są potrzebne, aby nie popełniać kolejny raz tych samych błędów. Myślę, że nigdy nie jest tak, że coś się przegrało już na zawsze. Jeszcze jest czas, żeby spróbować po to sięgnąć. Czuję się osobą spełnioną i szczęśliwą. Gdyby dzisiaj ktoś z góry mi powiedział, że zaprasza mnie na tamtą stronę, to nie miałabym o to żalu. Nie miałabym poczucia, że to za wcześnie.


- Jakie są Pani najbliższe plany zawodowe?


Już 10 października mam premierę spektaklu „Some girls" w Teatrze Kamienica - to nowy teatr Emiliana Kamińskiego w Warszawie. Przedstawienie jest oparte na historii mężczyzny, który po latach spotyka się ze swoimi byłymi narzeczonymi - czterema kobietami. Spektakl, mam nadzieję, będzie przyciągał liczną publiczność, tak jak od wielu lat w Londynie. Kolejna premiera, która jest w planach, to przeniesienie przedstawienia z Teatru Piosenki we Wrocławiu. Warszawska premiera prawdopodobnie odbędzie się w teatrze Bajka. Jego akcja rozgrywa się w Ameryce w pięknych, swingowych latach dwudziestych i trzydziestych. Spektakl, pełen piosenek Gershwina, zostanie wyreżyserowany przez Jana Szurmieja.

A moje inne plany? Tak jak wspomniałam, nagranie płyty, koncerty i serial, w którym mam nadzieję uda mi się zagrać jakiś interesujący wątek.

Autor: Juliusz Bolek

Komentarze