Mam siły za trzech!

Znana głównie z ról komediowych na ekranie emanuje pozytywną energią. Nam wyjaśnia, dlaczego jest „kujonką”, co nazywa „sanktuarium samouwielbienia” oraz co je, że wygląda, jakby nie jadła wcale. Z Katarzyną Ankudowicz, aktorką, rozmawia Anna Komorowska

Rok 2015 zawodowo był dla pani owocny. Sporo się działo – „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, „SuperDzieciak”, dwa seriale, dwa spektakle. Zmęczona?


Owszem, bardzo owocny. Na taki czas czekałam dobrych parę lat, więc chyba jednak bardziej jestem podekscytowana niż zmęczona.


Lubi pani takie tempo, czy w tym roku ma pani zamiar trochę zwolnić?


Nie wiem, tempo bywa czasem zawrotne, ale tak jak wspomniałam, trochę czekałam na tak różnorodne i intensywne możliwości wyżycia się w swoim zawodzie, a apetyt rośnie w miarę jedzenia! Jestem więc wciąż głodna nowych wyzwań!


Trzeba mieć niezły talent organizatorski, żeby połączyć tyle przedsięwzięć.


To prawdopodobnie podstawa i na szczęście mogę tu liczyć na wsparcie mojej wspaniałej pani menedżer Marty Jarzębskiej, której ów talent organizatorski zamienia się czasem w supermoc czynienia cudów!


Nie wiem dlaczego, ale wcześniej odbierałam panią jako osobę roztargnioną, taką której np. trudno zachować powagę na planie. A pani określa siebie typem „kujonki”. Co to znaczy?


To znaczy, że ludzie są pełni sprzeczności i przez to ciekawi! Z jednej strony uwielbiam swoją pracę, traktuję ją bardzo poważnie i kocham się do niej dobrze przygotowywać i potem się w nią maksymalnie wkręcać, dlatego nazywam siebie „kujonką”. A gram zwykle role komediowe, zwariowane, więc często na planie jest wesoło i to również uwielbiam!


Oglądając panią w przezabawnej roli Beatki w serialu „Pierwsza miłość”, zastanawiam się ile z jej dialogów pochodzi ze scenariusza, a ile to improwizacja?


Mamy świetnych scenarzystów, którzy wspaniale „czują Beatkę” i piszą dla niej superhistorie i dialogi, ale też są otwarci na moje propozycje, bo przecież jestem z nią już ładnych parę lat i trochę się znamy. Zatem tajemnica tkwi w dobrej współpracy i zaufaniu!


Beatka i jej cięte riposty doczekała się nawet swojego fanpage’a na Facebooku. Schlebia to pani?


Bardzo! Ale jest to zasługa przede wszystkim twórców serialu i poprzedniej ekipy scenarzystów, którzy stworzyli Beatkę i pozwolili jej być charakterystyczną postacią w serialu.


Czytałam niektóre wpisy fanów na pani oficjalnej stronie. Jak udaje się pani nie popaść w samouwielbienie, czytając np. że powinno się panią opatentować jako wzór kobiecości albo że działa pani na facetów jak legalny narkotyk?


Niestety, nie udało się i wielbię siebie. Po prostu. Polecam każdemu, wspaniały stan (śmiech). A poważnie, to na szczęście moja opinia o sobie nie jest tak bardzo zależna od ocen innych, bo po jednej czy drugiej uwadze negatywnej gotowa byłabym przecież rzucić się z mostu. Zatem całe zjawisko sympatii widzów i mojej popularności bardzo mnie fascynuje i ciekawi, ale chyba wciąż mam dystans. Swoją oficjalną stronę nazywam po swojemu „sanktuarium samouwielbienia” (śmiech).


Nie dziwią mnie te zachwyty, bo sama jestem pod wrażeniem pani świetnej figury. Pani coś w ogóle je?


Co za pytanie! Wiadomo przecież nie od dziś, że żeby być szczupłym, trzeba dobrze jeść! (śmiech)


Co dla pani znaczy dobrze jeść?

Dobrze jeść znaczy dla mnie jeść z głową, dbać o to, co się je. Myślę, że każdy musi sam odkryć jedzenie dla siebie, takie, które dodaje mu energii, a nie osłabia. Uważam też, że warto poczytać na ten temat, sięgnąć do wielu źródeł, a także obserwować siebie i swoje ciało. Wszystko oczywiście z umiarem, żeby nie popaść w jakiś rodzaj nerwicy natręctw, ale podejść do tematu z rozwagą i rozsądkiem. Moje obecne podejście do jedzenia ukształtowało się dość późno i stopniowo, jednak zdecydowanie było warto − prawie nie choruję i mam siły za trzech! (śmiech)


Jest pani na jakiejś diecie?


W moim przypadku jest to raczej dieta wegańska, czyli bez produktów zwierzęcych i odzwierzęcych, czyli nabiału. Staram się też omijać gluten, który w dużych ilościach, podobnie jak nabiał, mi szkodzi. Niestety, czasem ulegam chwili i zjadam bułę czy inne ciastko z serem. Zdarza się też, że łamię swoje przykazanie „nie zabijaj” i bardzo rzadko zjadam rybę. Kiedyś byłam bardzo mięsożerna i czasem trudno mi się przed zjedzeniem ryby powstrzymać. Brak mi tego smaku.


Ma pani czas na gotowanie?


Wcześniej, kiedy nie miałam aż tyle obowiązków zawodowych, sama przygotowywałam posiłki w domu oraz do pracy. Jednak od paru miesięcy pracy jest tak dużo i do tego mnóstwo poza Warszawą, że nie ma szans, żebym gotowała sama. Mam kilka sprawdzonych miejsc, w których się stołuję lub biorę jedzenie na wynos.


Zawsze się zastanawiam, jak to jest z jedzeniem podczas dnia zdjęciowego. Aktorzy biorą ze sobą kanapki, jest catering?


Moja recepta to własne jedzenie. Przetestowałam i to rozwiązanie jest dla mnie najlepsze.


Dlatego można mnie łatwo rozpoznać na planie po koszyczku z wiktuałami. Czy uprawia pani jakiś sport?


Troszkę biegam, gimnastykuje się, czasem uprawiam jogę, ale nic wyczynowo i na stałe. Jestem typem raczej ruchliwym z natury i lubię łazić, zwiedzać, kręcić się, podskakiwać, za to nie bardzo lubię siedzieć w jednym miejscu.


Podobno przez trzy lata trenowała pani taniec towarzyski. Czy na imprezach jest pani królową parkietu?


To dobre (śmiech)! Chodziłam na kurs tańca dla dzieciaków po prostu, do treningów z prawdziwego zdarzenia było raczej daleko. A po prostu kocham tańczyć i jeśli tylko nadarza się okazja, korzystam, by zakręcić obcasem.


W rubryce zainteresowania znalazłam szermierkę sceniczną! Włada pani szpadą, szablą czy floretem?


Szpadą. To był jeden z przedmiotów obowiązkowych w warszawskiej Akademii Teatralnej, nie było wyjścia, trzeba było się tego uczyć. Bardzo lubiłam wszelkie zajęcia fizyczne, szermierkę również. Fajna umiejętność.


Zdarzyło się już pani wykorzystać tę umiejętność i zagrać np. muszkietera?


Niestety, jeszcze nie. Na razie tylko policjantkę, więc wymachiwałam bronią, tylko nie bardzo białą (śmiech).


A która rola była do tej pory największym wyzwaniem?


Każda nowa rola to dla mnie nowe wyzwanie, nowa góra, na którą bardzo chcę i boję się wejść. Uwielbiam to.


W spektaklu „Między łóżkami” pani bohaterka chce stracić cnotę z gwiazdą rocka graną przez Radosława Pazurę. Było trudno?


Jedna z trzech bohaterek granych przeze mnie, bo każdy z nas, aktorów, w tym spektaklu gra aż trzy role. Na tym, między innymi, polega jego fenomen. Wszystkie role były trudne i wymagające, zwłaszcza, kiedy gra się z reżyserem na jednej scenie, a Artur Barciś to człowiek, który wie, czego chce i potrafi to z aktora wydobyć. Scena z Radkiem jest bardzo ciekawa i zabawna, a praca z nim to prawdziwa przyjemność, to dopiero „kujon”, nawiązując do początku naszej rozmowy. Podziwiam jego podejście do pracy.


Wkrótce „Między łóżkami” zagości w Düsseldorfie. Będziecie grali po niemiecku czy dla „polskich Niemców”?


Nie, nie. Będziemy grali po polsku, dla tamtejszej Polonii.


Życzę „połamania nóg”! Czego się jeszcze życzy aktorom?


Dużo ciekawych ról, fajnego towarzystwa, z którym praca jest przyjemnością i kosmicznej gaży za tę superrobotę! To tak w dwóch słowach.

Autor: Anna Komorowska

Komentarze