Majówka u sąsiadów. Podróże trochę bliższe

Niezbyt daleko, a już nie tak blisko. Poza tym ma być pięknie, słonecznie i ciekawie. Plus doborowe towarzystwo i wychodzi przepis na idealną majówkę. My podpowiadamy cztery adresy u naszych sąsiadów.

Dlaczego o nim wcześniej nie słyszeliśmy? – nie kryją zdziwienia polscy turyści, którzy przypadkiem trafiają do Ceskiego Krumlova. I od razu zaczynają to urocze miasteczko porównywać do Polski, a to do Kazimierza nad Wisłą („nie, Krumlov jest znacznie większy”), a to do Krakowa („tylko, że tu nie ma Nowej Huty!”). A tak naprawdę Cesky Krumlov jest niepowtarzalny i wyjątkowy. Miasto leży na samym południu Czech, 4 godziny jazdy samochodem od polskiej granicy. Widać je z daleka, z jego czerwonymi dachami i znajdującym się na 60-metrowej skarpie nad Wełtawą ogromnym zamkiem (w Czechach większe są tylko Hradczany w Pradze). Dzięki średniowiecznej zabudowie od 1992 roku jest pod ochroną UNESCO.

Początki zamku sięgają lat 1230-39, a miasto założone zostało w 1274 r. Początkowo były to dobra jednego z najstarszych czeskich rodów – Vitkowiców. W 1302 r. przeszły w ręce wywodzących się od nich Rožmberków. Ich herbowa czerwona róża o pięciu płatkach stała się symbolem Krumlova.

Samo miasteczko jest nie tylko piękne, ale i arcyciekawe. Fara św. Wita, zabytkowe kamienice, młyn, rynek. No i muzea: architektury i rzemiosł czy marionetek i teatrów lalkowych. W gabinecie figur woskowych trzeba odwiedzić pracownię alchemika, dawną karczmę i stanąć twarzą w twarz z najjaśniejszym panem Franciszkiem Józefem. Poza tym warto zajrzeć do kopalni grafitu i atelier fotograficznego Seidlów, ojca i syna. Na 100 tys. szklanych płyt uwiecznili oni ponad sto lat miasta. Na koniec najlepiej odwiedzić XVII-wieczny browar Browar Eggenberg. Na szczęście nie jest tylko zabytkiem i można w nim degustować świeżo uwarzone piwo.


Wagary w Dreźnie

Czeskie czy niemieckie? Spór o to, które piwo jest lepsze, trwa przynajmniej od średniowiecza. Jeśli nie chcemy być narzędziem w rękach speców od reklamy, powinniśmy rozstrzygnąć tę kwestię sami. I pojechać do Drezna. Oddalone zaledwie godzinę jazdy samochodem od polskiej granicy i pewnie przez to niedoceniane przez Polaków. A przecież mimo zniszczeń wojennych to wciąż jedno z najpiękniejszych miast Niemiec i Europy Środkowej. I świetnie nadaje się na wagary dla dorosłych z prawem jazdy.

Swój przydomek „miasto baroku” Drezno zyskało dzięki dużej liczbie zabytków z tej epoki. Najbardziej znanymi są pałac Zwinger i luterański Kościół Najświętszej Marii Panny (Frauenkirche), nazywany Kościołem Mariackim. Poza tym jest opera Sampera, budynek w stylu włoskiego renesansu. To tu pracował Ryszard Wagner i Ryszard Strauss.
Miasto swój rozkwit przeżywało za rządów Augusta II Mocnego. Tak, tego samego, który był dwukrotnie polskim królem (1697-1706 i 1709-1733). W polskiej historii władca nie zapisał się najlepiej, warto więc zobaczyć, w co włożył więcej serca i pieniędzy. Znacznie więcej. Elektor saski znany był z zamiłowania do sztuki, architektury i kobiet. Co bardziej złośliwi historycy nazywają go czasem „August II w łóżku Mocny”. Można się śmiać, ale rezydencje zbudowane specjalnie dla pięknych kochanek do dziś zdobią miasto. August Mocny został pochowany w Krakowie, natomiast jego serce jest na życzenie jego samego przechowywane w krypcie Kościoła Hofkirche w Dreźnie.

Ale to nie jedyny polski akcent. W Dreźnie znajduje się także muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego, który zamieszkał w tym mieście, po tym jak za udział w powstaniu styczniowym został wygnany z Polski. Kupił tu willę przy ulicy Nordstraße 27 (dziś to numer 28). To tu zrodziły się pomysły na takie powieści jak „Hrabina Cosel”, „Brühl” , „Z siedmioletniej wojny”. Zresztą nie tylko one. Pisarz stworzył w sumie 346 dzieł w 600 tomach i publikował w ponad 200 gazetach, co czyni go ponoć najbardziej płodnym pisarzem na świecie.

Wracając do Polski, warto zatrzymać się w Budziszynie (Bautzen), czyli stolicy Górnych Łużyc. Przede wszystkim dla starego słowiańskiego języka, który przetrwał na terenie Niemiec. Ciekawie jest przeczytać (i rozszyfrowywać) serbołużyckie drogowskazy, nazwy ulic, urzędów czy iść na koncert lub mszę w tym języku.


Litwa po maturze

O wiele więcej polskich akcentów można znaleźć w Wilnie. Ostra Brama, cmentarz na Rossie, dom Juliusza Słowackiego, Uniwersytet Wileński, na którym studiowali Czesław Miłosz, Paweł Jasienica czy Adam Mickiewicz... Tylko czy na pewno chcemy robić sobie podczas majówki powtórkę z matury? Może lepiej odkryć nowe Wilno, pełne energii i z dystansem do siebie?

W takim razie koniecznie trzeba zajrzeć do republiki Użupis, czyli Zarzecza. Nazwa republika nie jest pomyłką, to (prawie) zupełnie inny kraj, przynajmniej mentalnie. Zresztą tuż przy wjeździe przy głównym moście widać szyld „Użupio Res Publika”, a pod nim niby znaki drogowe. Uśmiech, ograniczenie prędkości do 40 km na godzinę, portret Mony Lisy i ostrzeżenie, że łatwo tu wpaść do wody. Zwłaszcza po skosztowaniu tutejszych nalewek. A jest gdzie ich próbować. Mnóstwo tu knajpek, restauracji i pubów. Ale także galerii, imprez, kameralnych koncertów. Na ścianach kamieniczek namalowane są grafiti przypominające stare zdjęcia, zaś pod pomnikiem anioła z fanfarą gromadzą się artyści. Nie bez przyczyny Użupis nazywany jest wileńskim Montmartem. Republika Użupis ma także swoją konstytucję, wypisaną na wielkich tablicach w trzech językach i wystawioną na głównej ulicy. Atmosfera w Użupis jest wyjątkowo majówkowa. Nikomu się tu nie spieszy, nikomu nie przeszkadza wylegiwanie się nad Wilenką, małą rzeczką, która przepływa przez Użupis.

Wilno to wyjątkowo zielone miasto. Ale aby poczuć litewską przyrodę, najlepiej pojechać w stronę Trok. To jedna z największych atrakcji turystycznych Litwy, tylko 23 km od Wilna. Bujna przyroda, lasy, jeziora plus zamek krzyżacki (może zbyt mocno wypucowany jak swój wiek) oraz zupełnie unikalne drewniane miasteczko, w którym do dziś mieszkają Karaimowie. To jeden z najmniejszych narodów świata, pochodzenia tatarskiego, wyznający zreformowaną wersję judaizmu. Kolorowe domki, domy modlitwy, a także tradycyjna restauracja urzekają od pierwszego wejrzenia. Koniecznie trzeba spróbować pieczonego drożdżowego pieroga z siekanym mięsem.


Oblany egzamin

Jeśli mieszkamy na południu Polski, możemy od razu przeskoczyć dwie granice i już po czterech godzinach napić się samej Byczej Krwi, czyli rewelacyjnego wina Egri Bikaver. Produkowane jest w Eger na wschodzie Węgier. Miasteczko słynie z dużego kąpieliska termalnego i wspaniałej neoklasycystycznej bazyliki, drugiej co do wielkości na Węgrzech. A także z Doliny Pięknej Pani. To skupisko piwniczek wykutych w wulkanicznym tufie, który idealnie nadaje się do przechowywania tego trunku. Tutaj też działa Egerskie Towarzystwo Rycerzy Turystyki Winnej, skupiające ludzi z całego świata. Rycerzem może zostać każdy, kto ma tęgą głowę. Nie tylko lubi wino i dobrze znosi jego procenty, ale także zda arcytrudny egzamin na temat Egri Bikaver – z jego produkcji, roczników, bukietu. Egzamin oblany? Przynajmniej dobrym winem.

Autor: Anita Czech

Komentarze