Maja Popielarska: w królestwie roślin

"Obiecywałam, że w tym roku nie zrobię rewolucji w ogrodzie... Ale oczywiście ją zrobię, już mam kilka pomysłów na zmiany... Dlatego nie wolno ufać ogrodnikom, bo plany dotyczące swoich ogrodów zmieniają bardzo często."

Wraca pani ze spotkania z dziećmi. Czy to jakaś nowa akcja? A może przygotowanie do nowego programu w telewizji?


To było pierwsze moje tak duże spotkanie z dziećmi w ramach popularyzowania tematyki ogrodniczej i przyrodniczej z okazji wydania książki mojego autorstwa „Mania, mała ogrodniczka”. Opowiadałam dzieciom o roślinach, zwierzętach i wszystkim, co związane z ogrodami. To taka moja misja. Rano, przed spotkaniem, wymyśliłam konkursy, bo wiem, że dzieci je lubią, a nagrodami były rośliny, które kupiłam w sklepie ogrodniczym. Zaskoczyło mnie wielkie zainteresowanie dzieci tematem spotkania! To były małe dzieciaki, uczniowie pierwszej klasy i przedszkolaki. Nie przewidziałam, że wszystkie dzieci będą pytały o różne ciekawostki i chciały dostać kwiatki, a nie tylko te, które wygrały w konkursach. Był płacz i… cóż, obiecałam, że jutro zawiozę pozostałym dzieciom roślinki, i dlatego zaraz znów jadę do mojego sklepu na zakupy.


Czy Maja z programu „Maja w ogrodzie” ma ogród?


Och, stale o tym mówię, że mam ogródek i pewnie już wszyscy to wiedzą. W każdym razie obiecywałam, że w tym roku nie zrobię rewolucji w ogrodzie... Ale oczywiście ją zrobię, już mam kilka pomysłów na zmiany... Dlatego nie wolno ufać ogrodnikom, bo plany dotyczące swoich ogrodów zmieniają bardzo często.


Skąd w pani taka miłość do kwiatów?


Raczej jest to miłość do roślin i w ogóle do przyrody. Na moje uczucie złożyło się bardzo wiele czynników. Przede wszystkim piękny ogród moich dziadków, babcia mieszkająca w mieście, mająca na balkonie fasolkę ozdobną lub petunie. W domu stale obecne były pięknie pachnące frezje. Od dziecka kochałam i rysowałam kwiaty. A gdy się dało, czasem nawet tam, gdzie nie powinnam, zrywałam je i robiłam bukiety. Potem zostawiałam pęk kwiatków przy drodze i mówiłam, że może komuś się spodobają i je weźmie... i powstawał nowy bukiet. Także tata leśnik zasłużył się mojej miłości do przyrody. Zabierał mnie do lasu, pokazywał zwierzęta, takie jak dziki, sarny, jelenie, uczył zbierać grzyby, jagody, tłumaczył, jakie widzę rośliny. To tata był moim guru, zaraził mnie swoją pasją. Teraz ja znam się na roślinach trochę lepiej od niego i czasami chcę mu coś doradzić, ale on niechętnie mnie słucha. I może ma rację, bo to jego ogród.


W jaki sposób trafiła pani do telewizji?


Przez przypadek. Były wakacje i przeczytałam ogłoszenie, że jest casting do RTL7 na prezenterów. Poszłam z koleżankami, zaopatrzona w liche zdjęcie z czasu, gdy miałam 15 lat, bo trzeba było jakieś mieć, a byłam sporo starsza, już na III roku architektury krajobrazu. Miałam ze sobą parasol i usłyszałam – może to zbieg okoliczności – że mam zapowiedzieć pogodę. Wynik castingu trochę mnie zaskoczył i to miło, bo mnie przyjęto. Po wielu kursach i szkoleniach zaczęłam pracę w telewizji.


Jako dziecko mieszkała pani z rodzicami w Afryce. Jak pani wspomina ten okres?


Miałam niecałe 5 lat i specjalnie się tym nie stresowałam. Pamiętam niewiele szczegółów z tego okresu. W każdym razie robiłam to, co w Polsce, czyli łaziłam po drzewach z innymidziećmi, jadłam owoce z drzew, nieco inne niż w kraju, bo zamiast jabłek i gruszek były to: banany, pomarańcze, papaje – tam nazywane popo. Chodziłam do przedszkola w Ghanie, a potem byłam w szkole w Liberii. Niewiele się tam nauczyłam, mama próbowała nadrabiać zaległości. Współpraca nie była łatwa. Ale i tak trzeba było wracać do kraju, bo tam, w Afryce, zaczęły się niepokoje.


A jak było w szkole w Polsce?


Początkowo marnie, bo nie znałam polskich liter, tylko angielskie. Wprawdzie w domu, gdy byliśmy w Afryce, mówiło się po polsku, ale poza tym wszędzie, np. w szkole, mówiło się i pisało po angielsku. W Polsce poszłam od razu do drugiej klasy, więc miałam spore braki do nadrobienia. Nie pomagała mi w oswojeniu się ze szkołą zmiana klimatu i to, że otaczały mnie zupełnie inne dzieci. Trudno mi się było w tym wszystkim odnaleźć. Tak mi się teraz zdaje, choć wtedy nie narzekałam. A ja, jako jedynaczka, oczekiwałam atencji,w szkole w Afryce zawsze byłam „jedyna i dziwna”. Po drodze były jeszcze dwie inne podstawówki i liceum.


Czy ma pani jakiś swój sposób na odreagowanie stresów? Może się pani nim podzielić z naszymi Czytelnikami?


Gdy zdarzają się w życiu osobistym lub pracy trudności, bo nie lubię słowa stres, staram się nie brać ich sobie tak głęboko do serca. Uczę się nie być gąbką, w którą wszystko wsiąka. Oczywiście nie zawsze mi się to udaje. Pracuję nad tym, by odrywać od siebie to, co złe, a nie mam na to wpływu. Bardzo ważne jest także to, aby mieć oparcie w drugim człowieku! Ja mam to szczęście, że jesteśmy silni i tworzymy bardzo zgraną parę. Dobrze mieć też przyjaciół, na których można polegać.


A w jaki sposób dba pani o zdrowie rodziny, ma pani przecież męża i dwóch synów? A zwykle to kobieta „rusza” rodzinę?


Najważniejszą sprawą jest to, że moja praca sprzyja zdrowiu. Wiele godzin przebywam na powietrzu i wśród roślin. A przy kręceniu programu ruchu jest bardzo dużo. Poza tym dwa razy w tygodniu chodzę na pilates. Moi panowie biegają, jeżdżą na rolkach, zimą na nartach. Wszyscy lubimy wycieczki rowerowe, spacery. Ruch jest ważną częścią naszego życia i rodziny. Pilnuję także tego, co jemy, bo wiem, jak dużo zależy od dobrej diety i zdrowego trybu życia.


Jest pani ekspertem od roślin. Jakie kwiatki poleciłaby pani do domu i na balkon osobom, które nie znają się za bardzo na ich pielęgnacji? Takim, o których mówi się, że potrafi ą zasuszyć kaktusa.


Roślinom jest potrzebna dobra ziemia, pielęgnacja i uwaga. Jeśli ktoś zapomina podlewać roślinę, to chyba znaczy, że nie chce jej mieć, nie zależy mu. To punkt wyjścia: czy mi się chce? Czy mam ochotę? Odpowiedź twierdząca to zielone światło. A zawsze do dyspozycji i pomocy zostają fachowcy w sklepach, literatura i internet. Życzę im powodzenia (śmiech)!

Autor:

Komentarze