Lubię wyzwania

Marcelina Zawadzka chodzi w ramonesce, jeździ na motocyklu i uczestniczy w rajdach terenowych. Nam opowiada o swoich ekstremalnych pasjach, pracy w „Pytaniu na Śniadanie”, ideale mężczyzny oraz wyjaśnia, dlaczego trzeba zapłacić, żeby się z nią spotkać.

Ma pani oryginalne zainteresowania, m.in. kitesurfing oraz jazda na motorze. Lubi pani ryzyko, czy raczej potrzebuje przestrzeni tylko dla siebie, bo z tym mi się kojarzy morze albo samotna przejażdżka motocyklem?

Odkryłam, że te sporty oprócz ryzyka i adrenaliny, którą pokochałam, dają też okazję do pobycia samemu ze swoimi myślami. Na co dzień otacza mnie mnóstwa ludzi, co zresztą bardzo lubię, ale od czasu do czasu potrzebuję pobyć sama ze sobą. To też kontakt z naturą, którego na co dzień mi brak. Podczas kitesurfingu (sport wodny podobny do windsurfingu, gdzie zamiast żagla używa się latawca − przyp. red.), jazdy na motocyklu czy choćby biegania − które też bardzo lubię − mam chwilę tylko dla siebie.

Pani pasją jest też off-road. Co to za sport?

To sport motorowy polegający na jeździe samochodem terenowym po specjalnie przygotowanych trasach, np. przez jeziora, wodę, między drzewami. Jest to szybka i nieprzewidywalna jazda. „Normalny” samochód by tego nie przejechał, ale nasze terenówki to lubią (śmiech). Ostatnio zrobiłam licencję rajdową. Od dłuższego czasu jeżdżę w teamie z Kasią Rebeką Jankowską (kierowca w rajdach terenowych − przyp. red.). Od niedawna mam też okazję trenować ze znajomymi z Orlen Teamu. Na razie to tylko rozrywka, nie sport wyczynowy. Może w przyszłości się to zmieni, chociaż nie jest to sport tani i potrzebni są sponsorzy.

Podczas takiego rajdu można się chyba nieźle poobijać. Zdarzały się jakieś wypadki?

Odpukać, jak na razie nie zaliczyłam dachowania ani większego siniaka. Podczas jazdy jesteśmy mocno przypięci, są specjalne mocowania, które nas zabezpieczają. Ewentualnie bolą ręce i kark − dlatego te partie ciała trzeba odpowiednio wzmacniać, ćwiczyć przed rajdem.

Na sprzęcie też się pani zna? Jak pójdzie opona, to pani wymieni?

To bym potrafiła. Nie znam się może jakoś specjalnie na markach samochodów czy na silnikach, ale wakacje wolałabym spędzić, leżąc pod ciężarówką i pomagając coś naprawić, niż leżeć na plaży i totalnie nic nie robić. Lubię takie brudne zabawy (śmiech).

Piękna kobieta z męskim pierwiastkiem, to przyciąga, czy odstrasza mężczyzn?

Niektórych odstrasza, innych przyciąga... Często mężczyźni widzą we mnie raczej kumpla, ale niektórym może się też wydawać, że ja mężczyzny w ogóle nie potrzebuję, bo sama potrafię wszystko zrobić (śmiech).

Co na przykład?

Wspólnie z siostrą robimy remont naszego mieszkania. Oczywiście z pomocą fachowców, ale same wszystkim kierujemy. Ostatnio na przykład wnosiłam osiem worów cementu po 25 kg każdy na trzecie piętro kamienicy (śmiech). Zaprawę też umiem zrobić i bez problemu położę tapety. Lubię takie wyzwania (śmiech).

No to jaki mężczyzna ma szansę u takiej zaradnej kobiety?

Na pewno taki, który też żadnej pracy się nie boi (śmiech). Taki, który tak jak ja lubi podróżować, ma otwartą głowę, swoje pasje, który mi imponuje. Na pewno nie będzie to facet, który układa włosy przez 45 minut, bo bywają i tacy (śmiech).

Czyli bardziej drwal niż model?

Taaak (śmiech). Od wielu lat jestem w modelingu, ale nigdy nie spotykałam się z modelem. Oczywiście bardzo ich lubię, ale wybieram raczej mężczyzn praktycznych.

Wiem już, że lubi się pani pobrudzić, ale czy mimo wszystko tytuł Miss Polonia jakoś nie zobowiązuje? Tłuste włosy i podpuchnięte oczy nie ujdą Miss płazem...

Właśnie jestem na rodzinnej działce w Borach Tucholskich. Mam na sobie dres i chodzę w skarpetkach zrobionych na drutach przez babcię. Mama zaplotła mi dwa warkoczyki, w których chodzę cały wyjazd (śmiech). Nie mam też czasu na makijaż. Jest to czas, kiedy mogę odpocząć. To miła odmiana, zwłaszcza że w pracy zawsze jestem pomalowana. Przy oficjalnych wyjściach również mam makijaż, wówczas tytuł Miss zobowiązuje (śmiech).

À propos sińców pod oczami. Wzięła pani kiedyś udział w szokującym spocie dotyczącym przemocy domowej. O co chodziło?

Wsparłam wtedy Fundację Feminoteka. Spot miał naświetlić problem przemocy domowej. Byłam ucharakteryzowana na ofiarę przemocy domowej, miałam podbite oko i rozciętą wargę. Spot miał zachęcić kobiety − choć również mężczyźni doświadczają przemocy domowej − do mówienia o problemie, żeby nie wstydziły się przyznać, że ich dotyczy. Chcieliśmy też zmobilizować innych, żeby reagowali, gdy są świadkami przemocy, bo tylko tak możemy jej przeciwdziałać.

Uczestniczyła też pani w akcji charytatywnej „Poznaj Gwiazdę”. Komu miała pomóc i jaką pani odegrała w niej rolę?

Przedsięwzięcie miało na celu pomoc finansową dla Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w zakresie budowy protez dla dzieci. Do wygrania dla darczyńców była kolacja w moim towarzystwie. Licytację wygrały dwie osoby, dziewczyna i chłopak. Okazało się, że chłopak to mój kolega z dawnych lat. Śmiał się nawet: „Marcel, żeby się z tobą spotkać, musiałem za to zapłacić!” (śmiech). Było bardzo sympatycznie. Z tą dziewczyną mam kontakt do dziś.

Było o kolacji, a teraz zapytam o śniadanie? Jak się pani czuje w roli współprowadzącej „Pytanie na Śniadanie”?

Czuję się coraz lepiej. Cieszę się z tej pracy, z szansy, którą dostałam. Nie jest to łatwa praca − bo to jednak trzy godziny na żywo − ale fajne jest to, że za każdym razem poznaję innych ludzi. I to dużo ludzi (śmiech). To daje mi pozytywną energię i nawet jak jestem zmęczona, to zaraz mi to zmęczenie ucieka. Uczę się też fachu dziennikarskiego i już wiem, że na to potrzeba lat. Jestem na samym początku tej drogi. Z natury jestem gadułą, a tu formuła się zmienia, bo to ja zadaję pytania i uczę się słuchać.

To program na żywo, zaproszeni goście są pewnie zestresowani − ma pani jakieś sposoby, żeby ich trochę uspokoić?

Fajnie jest, jak mamy chwilę, żeby porozmawiać. W programach na żywo ciężko o czas. Staram się jednak usiąść z tymi ludźmi − przy nich na kanapie – i porozmawiać. Mówię, że „jesteśmy tylko my, nie ma kamer, więc proszę się nie denerwować”. Często po programie piszą do mnie, kontynuują historię, opowiadają, co się później stało. To miłe, bo znaczy, że dobrze się przy nas czują. Na pewno nie ma między nami dystansu. Czy to znajomy, czy nowopoznany − na początku każdy ma u mnie plus sto i musi się naprawdę postarać, żeby zejść w okolice zera, bo poniżej to się chyba nie zdarzyło. Może to jest to, co ludzi do mnie przyciąga.

Tak sobie myślę, że program na żywo jest trochę jak sport ekstremalny. Trzeba być gotowym na wszystko, szybko reagować...

Dokładnie, jest „trzy, dwa, jeden i wchodzimy!” (śmiech). Ta adrenalina rzeczywiście jest, tym bardziej gdy ktoś się zupełnie nie przygotowywał latami do pracy dziennikarza. A tak było w moim przypadku. Czasem któryś z gości nie dojedzie albo wcale nie chce rozmawiać o czymś, co jest zaplanowane. Tematy zmieniają się czasem ekstremalnie − od mody po tematy poważne. Na kanapie mamy jeszcze gości z poprzedniej, trudnej rozmowy, a musimy już przejść na temat zupełnie do wcześniejszego niepasujący i odpowiednio go zapowiedzieć.

Mówi się, że jesteśmy tym, co jemy. Co pani je, że tak dobrze wygląda?

Wczoraj robiliśmy ze znajomymi ognisko, dziś mamy grilla. Pewnie powinnam powiedzieć, że będę grillować dietetyczne płatki, ale prawda jest taka, że jadłam pieczone kiełbaski... po godzinie 24 (śmiech). Jem wszystko, chociaż chciałabym się zdrowiej odżywiać, bo wiem, że to bardzo ważne. Bywa, że jem więcej lub mniej, to zależy jak pracuję. Mieszkam z siostrą i póki nie mam swojej rodziny i dzieci, to pozwalam sobie nie planować posiłków. Jedzenie, na tę chwilę, nie jest dla mnie najważniejsze, jest „przy okazji”.

A jak pani dba o cerę? Czego nie może zabraknąć w pani kosmetyczce?

Uważam, że przy mojej pracy, gdy cera często obciążona jest makijażem, najważniejsze jest nawilżenie. Dlatego używam kremów i maseczek nawilżających. Piję też dużo wody. I to cała moja pielęgnacja. Jeśli chodzi o kolorowe kosmetyki, to jestem uzależniona od tuszu do rzęs. Uwielbiam wytuszowane rzęsy, bo wtedy czuję się ubrana (śmiech). Na co dzień używam hipoalergicznych kosmetyków, które są lekkie, delikatne, nieobciążające i dobrej jakości. Bardzo lubię cienie hipoalergiczne, bo są mocno napigmentowane, oraz pogrubiający tusz do rzęs.

Jest pani modelką. Czy ta praca ukształtowała jakoś pani styl? W czym się pani najlepiej czuje?

Lubię swobodę, muszę dobrze się czuć w danej stylizacji. Jeśli chodzi o styl, to lubię hiszpański, czyli koronki, żaboty i kobiecość. Lubiłam to, zanim było w trendach i chciałabym, żeby nigdy z mody nie wyszło. Podoba mi się styl Moniki Bellucci. A na co dzień chodzę w jeansach i zwykłym T-shircie. Lubię też skórzane kurtki, ramoneski. Mogę je założyć zarówno na motocykl, jak i „na wyjście”.

A ma pani czas na imprezy?

Bardzo lubię spotkania ze znajomymi, ale są to raczej domówki. Przyznam się, że nawet nie wiem, gdzie chodzi się teraz na imprezy. W czasie wakacji lubię odwiedzać knajpki nad Wisłą, bo są przy wodzie, więc chociaż trochę można odetchnąć naturą (śmiech).

Marcelina Zawadzka, dla przyjaciół − Marcel. Modelka, prezenterka telewizyjna, Miss Polonia 2011. Miłośniczka sportów ekstremalnych jak kitesurfing, motocross, off-road. Od 2015 roku współprowadząca program „Pytanie na Śniadanie” w TVP 2. Ambasadorka marki kosmetycznej Bell. Ma 27 lat.

Autor: Anna Komorowska, fot. Bell

Komentarze